Kuchnia parafialna

Jak to zostało nadmienione w jednym z komentarzy, chwilowo zajmujemy się obsługą kulinarną spotkań parafialnych w ramach programu Alpha. Sam program w założeniu ma na celu samouświadomienie sobie miejsca jednostki w życiu, a więc krótka prelekcja wideo, a potem dyskusja w temacie poruszanym w audycji. Nihil novi.  Ale ważne jest, że grupa sąsiedzka się spotyka i poznaje.

Obydwoje z moją Ślubną mamy tu swoja prywatną misję. Usiłujemy mianowicie zaprezentować miejscowym polską kuchnię dnia codziennego. Nie tam żadne pierogi (ruski wynalazek), ani „Kapoosta with Koowbassa”, ani placki kartoflanne, które zresztą pod nazwą blintzes zawłaszczyła sobie tutejsza społeczność mieniąca się Żydami, ale to, co za naszych czasów powszechnie jadało się po domach.

Trzy pierwsze ekscesy już opisaliśmy w komentarzu, o którym była mowa na wstępie. Czwartego i piątego razu nie było.  Natomiast miał już miejsce szósty raz. A jak to było, opowiem.

Mamy dobrych przyjaciół w Wisconsin. Nie widzieliśmy się od kilku miesięcy, więc uzgodniliśmy, że spotkamy się na parę dni, a w drodze powrotnej możemy sobie po drodze zrobić świąteczne zakupy w polskich sklepach z jadalnym żarciem w Chicago. Niewiele myśląc, wskoczyliśmy w wehikuł, niestety, nie czasu, i ruszyli w drogę. „Hit the road, Jack, and don’t you come back no more”… no nie, przecież wrócimy za parę dni.

Nad samym przebiegiem wizyty nie warto się rozwodzić oprócz jednego wyjątku. A może dwóch wyjątków.

W sobotę było ponad dziesięć centymetrow śniegu, a na drugi dzień 15 stopni ciepła i deszczyk. W poniedziałek już w miarę ciepło i słonecznie, a we wtorek…

Cofnijmy się w czasie (bez wehikułu  czasu niestety) o kilka dni. Dziecko zamówiło sobie w mieście Fort Atkinson zielona kawę, albowiem postanowiło się zająć domowym wypałem kawy. Zaprojektowało sobie i wykonało specjalną aparaturę i w skali laboratoryjnej przeprowadziło kilka próbnych szarż. Teraz, powiada, czas na półtechnikę. I od razu zakupiło prawie dwieście kilo surowca.

Problem w tym, iż przesyłka może kosztować sumę dość poważną. Toteż, powiada mi owo Dziecko, dobrze się składa, skoczycie do Fort Atkinson i przywieziecie mi ten koks. Właściwie, czemu nie, ale magazynier powiada, że towar gotów będzie dowysyłki dopiero we wtorek. Biedni ci nasi gospodarze, będą musieli się z nami męczyć dwa dodatkowe dni.

Zabrałem naszego gościnnego gospodarza za halc, wsadziłem do samochodu  (Dziewczyny niech sobie w tym czasie swobodnie poplotkują o nas bez nas), rura i w plener.

Nie wyobrażacie sobie, jak piękne jest wiejskie Wisconsin o każdej porze roku, nawet dziś, późnym przedwiośniem. Landszaft tu jest nieco pofałdowany, usiany licznymi gospodarstwami, przeważnie hodowlanymi, a charakterystecznym znakiem tego regionu jest wysoki, okrągły silos na kukurydzę obok każdej stodoły. Kukurydzą karmi się zimą mleczne krówki, a przecież Wisconsin jest krainą sera i masła.

Ale trzymajmy się tematu. Trzy wielkie wory z kawą nie bardzo optymistycznie nastrajały w materii miejsca na przewidywaną ilośc wiktuałów, na nabycie których w Chicago byliśmy nastawieni. Ale cóż, nadrabiając miną,  z udawanym optymizmem we środę rankiem ruszyliśmy w drogę powrotną.

Najpierw zatrzymaliśmy się niezupełnie po drodze, w sklepie Rich’s. To rodzaj wielkiego supermarketu, gdzie sprzedaje się produkty głównie polskie i z Polski. Zajechaliśmy tam, ponieważ ten sklep, który mamy bardzo po drodze, znajduje się na Góralowie, a juhasy nie mają śledziowych tradycji i sledzi z beczki nie sprzedają. Myślimy sobie, nakupimy się u Ricza i zaraz lecimy jednym pociągnięciem do domciu.

Zaparkowali zatem przed sklepem i weszli do środka. Ale ponieważ za trzy dni będzie Wielkanoc. zaraz utonęliśmy w potwornym tłoku i ścisku, w tłumie Rodaków, którzy z obłędem w oczach czekali na swoja kolejkę obsługi.  Bo trzeba wiedzieć, że w celu nabycia kiełbas, czy garmażerki, trzeba wyciągnąć numerek.

Nie, to nie dla nas. Tylko w sekcji samoobsługi wybraliśmy kilka filetów śledziowych prosto z Islandii via Kanada, kilkanaście funtów kapusty kiszonej, spirytus najwyrektyfikowaniuchniejszy i tam jeszcze kilka drobiazgów, po czym wrócili na trasę, żeby po chwili przeprosić się z naszymi góralami, gdzie kolejki prawie wcale nie było, choć numerki owszem. Tam zaopatrzyli się w wędliny, kaszanki, sery i sporą ilość kiełbasy dębowej oraz swojskiej dla zaprezentowania na najbliższym spotkaniu Alfy. Chicagowska polska kiełbasa niczym nie ustępuje wiejskim wyrobom, jakie pamiętamy ze Starego Kraju.

Dlatego, reasumując powyższe,  pod naszą nieobecność parafianie przez dwa tygodnie musieli zadowalać się pizzą dowożoną od pobliskiego pizzownika.

Święta były burzliwe. Jak miałyby takie nie być, skoro odwiedziły nas Dzieciaki z Wnuczkami, które posiadają w sobie niewyobrażalne zasoby energii i humorów. Z jednej strony, fajnie być Babcią i Dziadkiem, któych Wnusie obściskują co chwila, ale coś za coś. Co chwila trzeba coś naprawiać, sklejać, albo przynajmniej sprzątać.  Wreszcie, w pierwszy dzień Świąt towarzystwo pojechało i nastała świdrująca w uszach cisza i pustka, którą usiłowaliśmy zapełnić czynnością odgruzowywania krajobrazu po bitwie.

We wtorek wyciągnąłem gotowacz elektryczny z glazurowanej gliny i umieściłem w nim poszatkowaną kapustę, zalaną mlekiem, żeby przy gotowaniu nie śmierdziała. Przepis na bigos znajduje się gdzieś w czeluściach tego bloga. Potem, gdy oklapła, oczywiście dodałem tyle samo kiszonej i zacząłem podsmażać boczek z czosnkiem, cebulką, zielonym słodkim pieprzem i grzybkami.

Aby nie rozwlekać, powiedzmy w skrócie, że pod wieczór oboje z Elą spróbowaliśmy tego specjału i nawet nam początkowo smakował, ale po chwili ze wszystkich zakamarków nędznego ciała zaczą lecieć żywy ogień. I gryzący w oczy dym. Cholewa, przepieprzyłem. (Nie pieprz, Pietrze, wieprza pieprzem…).

Cóż, zawsze mamy ten plan B. Poprzedniego dnia przezornie zaopatrzyliśmy się w dwie główki kapusty, więc całą procedurę gotowania bigosu musieliśmy powtórzyć, ale już bez żadnych przypraw i zmieszać obydwie części, tę część A pieprzną i tę część B bezpieprzną. Operacja dała już  efekt dość zadowalający, choć nuta pieprzniści była wciąż trochę wyczuwalna.

Potem tylko kartofelki i sałata (w mistrzowskim wykonaniu mojej ślubnej Artystki) i mozna już się prezentować. Na miejscu w przyparafialnej kafeterii zainstalowana jest stalowa płyta do smażenia większej ilości smażeniny, które to urządzenie postanowiliśmy wykorzystać. Wymagało to trochę wstępnego czyszczenia olejem i potem gorącą wodą, przy czym poparzyłem się nieco parą i uprażyliśmy wreszcie te kiełbasy, z których wyszło około czterdziestu porcji.

Bilans był taki, że w trakcie zebrania na dyskusję o rzeczach wzniosłych czasu pozostało niewiele, albowiem towarzystwo przez godzinę miało zapchane dzioby polskim żarciem. Została jedna smutna kiełbaska, ze dwie łyżki smażonej cebulki, sałaty na jedną porcję i bigosu może jeden talerz. Kartofli pozostało trochę więcej, ale organizatorzy jeszcze przed zakończeniem imprezy sprawnie zgarnęli je do wykorzystania na później. Bo trzeba przyznać, że tu mało kto wie, jak się robi kartoflanne puree ze smietanką, szczypiorkiem, posypane koperkiem i smakowicie polane roztopionym masełkiem. Tutejsze „mashed potatoes” to paćka wodno ziemniaczanna, która aromatem przypomina szmatkę do mycia naczyń po kilkakrotnym użyciu. I tak, zwykłe nasze polskie, swojskie tłuczone grule urastają do rangi rarytasu.

Cóż, poza krótkim elementem grozy spowodowanej nadmiernym pieprzeniem, czas spędzony we dwójkę przy kuchni stał się wartościową przygodą, zwaną tu rodzinnym value time. I niby nic, taki sobie lewy bigosik, trochę kiełbachy z pyrami a kulinarzom miło, że to szybko znika, a kto może, ustawia się po dokładkę.

 

Zdjęcia własne

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

13 odpowiedzi na „Kuchnia parafialna

  1. Xall pisze:

    Już tam lepiej zajmować się kuchnią, niż programami alfa, czy tam beta… Współczesne parafie zajmują się ludźmi, a nie Bogiem. Zatem lepiej pokrzepić ciało niż ducha taką duchową strawą…

  2. bardzo pisze:

    Ech, panie Xall… Nasza powinnoscią jest wprowadzanie prawidłowości w świadomości nowoczesnego uczęszczacza do kościoła. To rzecz jasna przerasta nasze skromne możliwości, ponieważ ci, co sugerują zajmowanie sie ludźmi mają większy autorytet i większy posłuch niż my. Ale czasem trzeba powiedzieć coś, po czym ogół milknie na chwilę. Do tego jest okazja na przykład na zebraniach Alfy. I tak przez żołądek do umysłu, a skoro kucharz jest władcą żołądka, (no dobrze, podniebienia) to i może się coś i w głowie zostanie.

    Trzeba zajmować się zarówno Panem Bogiem, jaki l ludźmi, z tym, że pana Boga stawia się na pierwszym i jedynym miejscu, potem długo nic, a potem dopiero ludzie. Tak mniej więcej powiada Najważniejsze Przykazanie Nauczyciela z Nazaretu.

    Długo by snuć takie rozważania. Wracajmy zatem do kuchni, bo tam sie życie zaczyna, trwa i kończy. Bez żarcia człowiek bowiem najpierw durnieje, a potem zdycha jak Pies pode płotem.

    • Xall pisze:

      Dobrze powiedziane! Chociaż… Kościół jest instytucją Boską i powołaną do kultu Bożego.

  3. Pani Blue pisze:

    Jak wszystko zjedli, musiało być bardzo smaczne. Zgadzam się, polskie kiełbasy nie mają równych sobie w świecie. Choć jestem na diecie, jakoś dobrej kiełbaski nie mogę sobie odmówić.
    Tak sobie myślę, że ta wspólnota parafialna ma szczęście, że ma w swoim gronie tak dobrego człowieka jak Pan. Oczywiście moje uszanowanie dla Żony, jej wkład w te wszystkie radości jest przecież ogromny.
    Przy okazji – to jak ona przyrządza tę sałatę?
    I prosimy o zdjęcia Wisconsin. Nie wierzę, że Pan nie zrobił. 🙂

  4. bardzo pisze:

    Zdjęcie z Wisconsin (to zimowe) jest autentykiem. Po drodze do Ft. Atkinson nie robiłem, bo byłem zajęty jazdą – jechaliśmy bocznymi drogami.

    Sałata? Nic prostszego. Najpierw do niecki idzie poszarpana, albo pokrojona sałata, potem cebula i powinien czosnek, ale przecież mamy do czynienia z zebraniem kilkudziesięciu osób, więc bez czosnku. Pomidorki, u nas takie małe wielkości wisienki, ogórek (wiem, wiem, ogórek gryzie się z pomidorem, ale to nie dla nas tylko dla ludzi), oliwka, czasem serek feta. Sól, pieprz, olej, ocet winny albo cytrynka. Potem się miesza, próbuje i dokłada tego, co uważamy że brak.

    My to traktujemy jako zabawę, a główną korzyścią tych zebrań jest zacieśnienie więzi wspólnotowych. To potrzebne. Jeszcze trzy razy i idę robić coś innego.

    • Pani Blue pisze:

      Ale dlaczego ma Pan przerywać? Ludzie powinni być razem. Siedzą w domach przy kompach, ale to za mało. Warto mieć więzi z sąsiadami, z parafianami, dawnymi kolegami z pracy. Rzecz jasna i te rodzinne. Robi się ciepło. Na dobre zacznie się pora przejażdżek rowerowych, grillowania w ogrodach, na działkach. Ja uwielbiam ogródki kawiarniane. Jest szansa przy dobrej kawce spotkać się w końcu ze znajomymi, na luzie, bez nadmiernego pośpiechu. Liczę każdy dzień wiosny, lata i wczesnej, słonecznej jesieni. Każdym się cieszę. Jestem na wskroś miejską istotą, nawet w środku lata, w upał, jest mi dobrze w mieście. Choć oczywiście niesie mnie też w plener, na łąki wilanowskie, na łęgi wiślane, na Pola Mokotowskie czy do Łazienek, w każdym razie między drzewa, trawy, ptaszyny, kwiaty i stawiki.
      Tylko z troską myślę, czy tegoroczne lato nie będzie zbyt suche. 😦
      PS. Te małe pomidorki nazywamy tutaj koktajlowymi. Są słodkie, nadają się idealnie do sałatki greckiej, ale właściwie do każdego warzywnego dodatku.

  5. bardzo pisze:

    Pola Mokotowskie to już dawno nie plener. Kilkanaście lat temu była tam kawiarnia, do której mozna było przyjść z pieskiem albo kotkiem. Ta dzicz, w tkórej zbieraliśmy głóg na wino i owoce róży (zwane przez sztubaków z podstawówki babskimi wszami) na nalewki (nie mylić z Nalewkami), otóż te dzikie pola, to już zamglona przeszłość i to nie wiadomo, czy w ogóle realna. Nie ma już Pola Mokotowskiego. To znaczy jest, ale jako park z wybetonowanymi alejkami. Ze mnie zupełnie nie jest city boy.

    Tak, ludzie powinni być razem, bo są zaprojektowani tak, aby zyc w grupie. Ale do życia w grupie potrzebna jest zgoda. I nie chodzi o zgodne poglądy czy zapatrywania, ale o zgodną ich wymianę, przy czym prawa Natury zawsze dominują. Aktualnie mamy rozwałkę społeczności i trzeba prowadzić tę syzyfową robotę w kierunku powrotu do podstaw. A to jest trudne, ponieważ współczesne ludziska słuchaja tylko tych, któzy wykazują sie elokwencją, to znaczy mówią dużo, głośno i szybko, a niekoniecznie tych, którzy mają coś do powiedzenia. A ponieważ na starość bystrość jakby zszarzała, do umysłów trzeba trafiać przez żołądek.

    Asortyment produktów zywnościowych po tej stronie Oceanu i w Starym Kraju to dwa różne światy. Podobno i tu i tam króluje GMO i chemia, ale i tu i tam można wyłuskać coś wartościowego, z tym, że w Warszawie jest z czego, a tu trzeba trochę pogłówkowac. Małe pomidorki nazywane są tu w zależności od kształtu i wielkości, cherry tomatoes, grape tomatoes i innymi poetyckimi imionami. Zwykle przed dodaniem do sałatki przecina się je na pół i jest sztuczka pozwalająca przekroić nawet dziesięć jednym pociągnięciem noża. I tu nasuwa się refleksja. Taki duży nóż kuchenny u Was nazywany jest nożem szefa kuchni, a to jest błąd amerykanizacji wynikający z prymitywnego przetłumaczenia krajowej nazwy chef knife. Chef to jest kuchmistr, a szef kuchni to kitchen manager. Chef gotuje i krzyczy na kucharzy i kuchcików, a kitchen manager nie musi nawet wychodzić z kantorku, no moze pod koniec dnia na inspekcję. Jak nieporządek i zużyty nie zlany do beczki, to szef kuchni weźmie kuchmistrza na dywanik. Zatem chef knife to jest nóż kuchmistrza.

    Teraz gotuję gulasz po węgiersku na 40 gąb. Kopytka zrobiłem wczoraj. Planuję jeszcze marchewki po rzymsku i zwykły krupniczek.

  6. Pani Blue pisze:

    Panie Piotrze, betonują, to prawda, a potem rewitalizują. I alejki betonowe zamieniają się w grysikowe, od których w suche lato wieje kurzem,a w sandały wchodzą maleńkie kamyki. Vide: zrewitalizowany Wilanów.
    Rewitalizaja. Modny wyraz w Polsce. Jak nawet używam na potrzeby domowe. Jak coś mi stoi w lodówce, stoi i zalega, to mówię, że muszę „zrewitalizować” np. upieczonego w sobotę kurczaka. Albo rewitalizuję ryż, albo nadwiędłe warzywka. W sumie to napuszone, sztuczne, durne właściwie, ale tak mówię. Jak wyraźnie chcę zaznaczyć, że mam do mojego kuchcenia ironiczny stosunek. 🙂

    Czy na fantazjach był przepis na gulasz po węgiersku? Powiem szczerze, nie pamiętam!

  7. bardzo pisze:

    Nie było przepisu na gulasz po węgiersku. I teraz nie sądzę, abym był moralnie upoważniony do podania takiego przepisu, bo dzisiejszy gulasz sknociłem dokumentnie. Wiadomo, że wołowina gulaszuje się dwie i pól godziny, a wieprzowina godzinę, czasem nawet niecałą. Toteż chcąc zrobić gulasz węgierski wołowo wieprzowy, wstawilem ten pierwszy najpierw, a wieprzowy potem. Tak, zeby dodać jakieś pól godziny przed zmięknięciem wołowiny. Co się okazało. Wołowinka zrobiła sie w niecałe dwie godziny, a zanim świnia zmiękła, to krowa się rozgotowała. Musiałem wyjaśniać, że to jest gulasz po rusku. (uwierzyli). Było smakowite, tylko prezentacja do luftu. Także były marchewki po rzymsku i sałata grecka i kopytka. Przyszło mniej ludzi niż się spodziewaliśmy, więc zostało trochę żarcia, ale marchewka poszła prawie cała. I zrobiłem trochę kaszy jęczmiennej dla próby, bo dobra do gulaszu i wielu zasmakowała. Ślubna buja Wnuczki, więc sam biedny wszystko musiałem pichcić i sałatę kroić z trzech główek sałaty iceberg (którą jakiś tuman w Starym Kraju przetłumaczył jako sałatę lodową i tak się powszechnie przyjęło. A mówi się iceberg, bo jak się ją porwie, wrzuci do miski i wymiesza, to jest tago cała fura, co wygląda jak góra lodowa, czyli iceberg.

    Należy dodać, że było mi smutno, gdy kroiłem ten schab na świńską frakcję. Kupiłem na przecenie i myślałem że to jakieś dziadowstwo, a to był najpiękniejszy schabowszczak, jaki kiedykolwiek widziałem i szkoda go było na gulasz. Nie wiem, czemu przecenili.

  8. Pani Blue pisze:

    Co Pan wymyślił? Gulasz węgierski z wieprzowiną? Muszę to w sobie przepracować. Jadłam gulasz w Budapeszcie. I to w przyzwoitej restauracji. Nie wyczuwałam w tamtym gulaszu najmniejszej porcji wieprzowiny. Jadłam z lekko głębokiego talerza, z kapką śmietany, z drobiną jakiejś wściekle ostrej papryki i ze świeżą białą bułeczką. Było to przepyszne i sycące.
    Do dobrego gulaszu jest potrzebna dobra brytfanna i i prawie 3-godzinne duszenie w piekarniku.
    Kurczę, narobił mi Pan ochoty na takie mięsko.
    Pomogłabym Panu chętnie w krojeniu tej sałaty. Niestety, jest Pan tak daleko. 😦
    Schaboszczaka niech sobie Pan nie żałuje. Należy jeść rzeczy gatunkowo najlepsze.

  9. bardzo pisze:

    Dusiło się dwie i pół godziny, przez co mięsko się rozpadło. Wydaje się, że trzeba było zmieszać obydwie frakcje po godzinie i po dwóch byłoby na czym zęba oprzeć.

    Ale przyzna Pani, że mam odwagę przyznać się do błędu, mimo, ze mogłem ten fakt po prostu przemilczeć. Nikt nie jest doskonały, prawda?

    „Nobody is perfect and I am nobody, therefore, I am perfect” – nie znam autora tego sofitycznego aforyzmu.

  10. Pani Blue pisze:

    Ja kolei nie mieszałam mięs, ale mój gulasz wyszedł jakiś tłusty. Wcześniej zasmażałam cebulę, paprykę i marchewkę na oliwie, może za dużo mi się jej chlusnęło.
    Normalna rzecz. Czasami knocimy te nasze dania. Mimo naszych najlepszych chęci i niemałych starań. Dla Pana wielki plus, że szczerze Pan o tym pisze.

  11. bardzo pisze:

    Nie trzeba zasmażać. Podprażamy oprószone mąką mięso bardzo giewałtownie na odrobinie tłuszczu i jak już juz ma się przypalić, przenosimy do rondelka. i dusimy pomalutku. Tak być powinno. I dopiero potem dodaje się warzywka, które same się będą podsmażać w tuszczu, który jednak trochę będzie wychodził z mięsa. Właściwie to oprócz czosnku i cebuli nie trzeba nic więcej, no, może świeży pieprz słodki i ostry. Kiedy przyprawy, to zależy czy mielone, czy w ziarenkach.

    W tym tygodniu będzie barszczyk czerwony z pierogami przemycanymi z Kanady i jakaś sałata. Nie będziemy się wysilać.To już koniec programu. Będzie tym razem tacka na dotacje, czemu towarzystwo ma się nawtranżalać na koszt parafii?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s