Flaaki gorące

To chyba jakieś niedopatrzenie… Wprawdzie w mowie Waszyngtonów, a zwłaszcza Mark Twainów, opis popularnego dania został zamieszczony, jednak brak go w ojczystym języku. Chociaż najbardziej by tu pasował soczysty warszawski akcent…

Cóż, spróbujmy nadrobić lukę będącą skutkiem tej niemiłej wpadki. A linka do amerykańskiej wersji zamieśćmy poniżej, mając nadzieję, iż nie będzie to poczytane za przejaw grzesznej pychy, albowiem większość z nas posługuje się mową rządu niezbyt nam delikatnie mówiąc przychylnego.

Polish traditional dish – beef tripe

 Flaaaaki gorące!…  Wierzcie mi, choć geograficznie ileś tam tysięcy mil na zachód, myślami przebywam cały czas w mojej Warszawie.  Musi to byś jakies zwariowane miejsce, wobec którego nie spoosób być obojętnym.  Tu każdy kamień ma cos do powiedzenia, każde skrzyżowanie ulic ma swoją wymowe, każdy skwer kryje jakąś swoją tajemnicę, mniej, czy bardziej intymną, mniej lub bardziej tragiczną.  Bazar Różyckiego.  Niegdyś mieściło się tu centrum arystokracji warszawskiej przedsiębiorczości.   Prywaciarze mieli swoje stałe stoiska, solidne firmy, no bo jakżeby można inaczej?  Gówniane zakłady wobec zdrowych kapitalistycznych zasad nie miały tu racji bytu.  Co innego rzecz jasna sprzedaż naręczna…  Do dziś pamietęm ten zapach flaczków z pieprzem i „mariankiem”, emanujący spod chusty przykrywającej koszyk, coby zawartość nie wystygła.  Micha smakowitych flaczków, a do niej ukradkiem seta 45% kompotu z kartofli, to nieodłączny atrybut dnia spędzonego na Różyckim, czy na ciuchach.   I ten swieży polski chlebuś z chrupiaca skorka grubą na pół centymetra… Nie było mowy o problemach z higieną.  Babcia wymyła gary i talerze w zimnej wodzie z kranu w pawilonie komisu od Ząbkowskiej, a resztę zalatwiala dezynfekcja wspomnianym eliksirem.  Flaki mogły byc wołowe – najlepsze, cielęce, tzw. krezki – bardzo delikatne, lub wieprzowe – za którymi osobiście nie przepadałem.  Najlepszy materiał na flaki to wielki wołowy kałdun, o w miarę foremnym kształcie.  Żołądek cielęcy na krezki zdobywało się w zakładzie farmaceutycznym, jako pozostałość po solankowej ekstrakcji podpuszczki.  Albo u rolnika.  W Ameryce flaki sprzedaje się już wstępnie oczyszczone i wybielone chlorkiem, niestety dość tłuste. Kupują je Meksykanie na pieronsko pieprzna potrawę menudo, Wlosi na trippa, które spożywają z kartoflami na gęsto i oczywiście Polacy – którzy flaki konsumują pod kartofle na rzadko.  W Polsce flaki kroi się na płaskie płaty, po czym dokładnie czyści.  Można to robić w wannie, skrobiąc je nożem pod wodą z niewielkim dodatkiem soli.  To jest najbardziej niemiła czynność, ale warto.  Flaków musi być bardzo dużo.  Nie wiem dlaczego, ale potrawa nie wychodzi, gdy jest jej mniej, niż jakieś siedem litrów.

Mamy zatem juz oczyszczony kałdun, około 4 – 5 kilo.  W USA czyścimy tylko trochę, ale wycinamy te obrzydliwe narośla tłuszczu od wewnętrznej strony.  Kroimy teraz na kawałki, mieszczące się w naczyniu i obgotowujemy w wodzie przez może 20 minut, często odszumowując.  Nasze amerykańskie dzieci wysyłamy w tym czasie do kina z powodu nieopisanego fetoru, jaki roznosi się po całej kuchni i domostwie.  Tego delikatne chicagowskie noski znieść nie mogą.  Zlewamy wodę i powtarzamy operację, tym razem przez 30-40 minut.  W Polsce czynimy to 5 – 6 razy, w USA trzy razy wystarcza, w przeciwnym razie danie straci smak.  Po drugim gotowaniu, (USA), gdy flaki są jeszcze dosyć twarde, ale juz jędrne, zapędzamy całą rodzine do krojenia ich w cienkie paski, około centymetra szerokości.  Zakładam, iż dzieciaki z kina wróciły.  W kuchni już nie śmierdzi, proszę mi wierzyć na słowo.  Moja teściowa kroiła drobniej, otrzymując potrawę na mój gust zbyt miekką, delikatną, graniczacą z konsystencją galarety, choć wciąż pełną smaku.  Pokrojone flaki zalewamy ostatnią wodą i gotujemy do miękkosci.  Dokładamy warzywka pokrojone „w slomkie” –  a więc trochę marchewki, pietruchy, selera korzennego, itp. a nawet cebuli, którą można podsmażyć lub opalić jak na rosół.  Osobiście podsmażam lekko wszystkie powyższe warzywka na odrobinie tluszczu.  Jeśli lubimy trochę intensywniej, dodamy trochę posiekanego i podsmażonego czosnku (razem z warzywkami).  Łączymy wszystko z rosołem, w klasycznej postaci wołowym, ale można oszukać jakimkolwiek innym, a nawet, (o zgrozo!) szwajcarskim Knorrem w koncentracie.  Nie za dużo, bo wyjdzie wodniaste.  Teraz wykazujemy się prawdziwą inwencją artystyczną.  Przyprawiamy “mariankiem”, smak tego ziółka musi być wyraźnie wyczuwalny.  Listek bobkowy, z którego wieniec nosił rzymski cezar oraz spektakularni zwycięzcy walk na arenie i ziele angielskie to obowiazujace dodatki do niemal każdej polskiej zupy.  Na wiadro flaków nie przekraczamy liczby 5 sztuk niewielkich listków bobkowych  i 20 ziarenek ziela angielskiego.  Powyższe przyprawy trzeba trochę pogotować, aby wypuściły smak.  Dosypujemy pieprz, jeśli mamy – to ziołowy, trochę startej gałki muszkatołowej i imbir.  Jeśli też mamy, to bardzo niewiele przyprawy curry powder i na koniec dodajemy pieprz i sól.  Intensywność smaku możemy uregulować dodatkiem Vegety, ale potrzeba taka nie powinna zaistnieć.  Potrawa powinna byc w miare przezroczysta (nie zamącamy jej mąką, bo zepsuje się szybko), brunatna z punkcikami majeranku i bardzo intensywnie aromatyczna.  Cząstki flaczków powinny być nie za miękkie, ale łatwe do pogryzienia.  W ogóle musi to wygladać apetycznie.  Niektórzy twierdza, ze flaki po warszawsku musza byc “z pulpetamy”.  Prosze bardzo.  15-20 minut przed momentem, w którym stwierdzimy finis coronat opus, wrzucamy pulpeciki zrobione z surowej mielonej wołowiny z odrobiną soli i pieprzem.  Pulpety powinny by wielkości małej śliwki.  Gotujemy pomału, by nam się pulpety nie rozpadły.  Podczas ostatniego gotowania, flakow sie nie przykrywa, a ubytki uzupełnia gorącą wodą z czajnika.  Możemy zdjąć nadmiar wygotowanego tłuszczu, aby zaoszczędzić na cholesterolu, nie mówiąc o kaloriach.  Podajemy  w miseczkach z grubej ceramiki, wtedy danie długo trzyma ciepło.  A tej potrawy nie sposób pochłonąć szybko.  Zbyt smaczna.  Przegryzamy ciemnym polskim chlebem z grubej śruty żytniej, albo grahamem.  Praski tez jest dobry.  Do flaków nie podajemy wina, bo po prostu nie pasuje.  Natomiast bomba piwa to dodatek całkiem prawidłowy.   Również bardzo zgrabnym uzupełnieniem jest pięćdziesiatka dobrej czystej.  (aczkolwiek pamiętamy przykazanie jedenaste: nie mieszaj!!!!!) Mimo, że za przyczyną ich sytności, do flaków można wypić trochę więcej, niż do czegokolwiek innego, musimy uważac, żeby się nie wygłupić, co zawsze podkreślam.  Rzecz jasna, flaki, jako potrawa mięsna, nie nadają się na tradycyjną Wigilie.  Także jako sporządzone z organów zwierzecych, nie mogą być uważane za koszerne.  Ale weź i odmów starszemu bratu, któremu ślinka leci aż do pasa.  Nie wypada.  Mówimy wiec mu, ze pięćdziesiątka lub dwie wszystko koszeryzuje i już mieć możemy sumienie spokojne.

Opublikowano Fantazje kulinarne | 7 Komentarzy

Dynia

Nie tak dawno mieliśmy święto. Strasznie wielkie święto, które w Polsce wcale a wcale nie zostało zdelegalizowane, w przeciwieństwie do przypadającego w tym samym czasie Wszystkich Świętych, potocznie zwanego Świętem Zmarłych. Chodzi rzecz jasna o zwyczaj Halloweenu, który jakoś niepostrzeżenie nabrał rangi święta i rozprzestrzenia się na cały świat.

Ten zwyczaj wiąże się z wieloma dziwnymi praktykami z których wiele zahacza o niebezpieczne sfery, a nawet satanizm. Oczywiście, nie pasuje to zupełnie do mentalności Słowianina, dla którego Słowo posiada wielkie znaczenie i niesie ze sobą wielką moc sprawczą.

Jednym z elementów, powiedziałbym, główną częścią obchodów jest eksponowanie wszem i wobec dyni, ale nie jako warzywa, a raczej jako dekoracji, która akurat pasuje do aktualnej barwnej pory roku, choć wiara w odstraszające duchy właściwości pozbawiona jest wszelakich podstaw (w przeciwieństwie do czosnku).

W ten sposób marnuje się w USA tysiące ton dyni, która jest cennym surowcem roślinnym, bogatym w łatwo strawne węglowodany i mikroelementy, jak witaminy i związki mineralne.

Czytaj dalej
Opublikowano Fantazje kulinarne | 21 Komentarzy

Nie ma przypadków…

Nie ma przypadków, są tylko znaki, jak zwykł był przypominać pan Roman z Teksasu.

Od naszego niefortunnego przypadku w Wisconsin upłynął rok, dwa dni i może pięć albo sześć godzin. A może nawet godzin i osiem, bo już było ciemno, i przecież mamy inną strefę czasową. Pojechaliśmy sobie z moja Pociechą niefrasobliwie do sąsiedniego miasteczka po jakieś meble do kuchni zakupione przez telefon.  Podczepiliśmy przyczepkę i w drogę.

Przy kamieniołomach szosa biegnie taką jakby groblą, gdzie po obydwóch stronach są półtorametrowe rowy o dość stromych zboczach. Tam trzeba jechać szczególnie ostrożnie, bo nigdy nic nie wiadomo. Teraz jeździmy starymi i tanimi samochodami, żeby nie było żal jakby co.

Czytaj dalej

Opublikowano Fantazje kulinarne | 5 Komentarzy

Zupa

Długo, bardzo długo jak na znikomą ważkość tematu myśłałem, jak by tu zatytułować poniższy tekst. W końcu wyszło jak wyszło.

Czasu niewiele, jako że obydwie Wnuczki przebywają u nas z wizytą, dobrych chęci aż nadto, a co jest wybrukowane dobrymi chęciami, nadmieniał św. Jan Bosco. Szkoda więc słów, do roboty.

Czytaj dalej

Opublikowano Fantazje kulinarne | 2 Komentarze

Kluchy na łachu

Na czasie i na szybkensa kilka ulotnych myśli w temacie „klusek na łachu.
Właściwie to nie są kluski, a mięciutkie buły drożdżowe gotowane na parze i podawane do gulaszów, mięs pieczonych i smażonych, a w Austrii i Niemczech nadziewane marmoladą i posypywane makiem z cukrem. Wtedy nazywają się germknodel (z umlałtem nad o). W wersji pierwszej popularne w Czechach i w Słowacji. Czesi najczęściej sporządzają je w postaci większego bochenka i kroją w ukośne plastry, Słowacy raczej podają jako mniejsze bułki i nazywają je buchtami.

Czytaj dalej

Opublikowano Fantazje kulinarne | 1 komentarz

Na sierpniowy wieczór

Od Anki zimne wieczory i ranki… albo inaczej – zimne w porównaniu do tego, co bywało przed Anką, czyli dniem 26 lipca. W praktyce oznacza to bardzo przyjemną temperaturę pod wieczór każdego dnia. Aż się prosi, by posiedzieć sobie pod gruszą albo morwą. Oczywiście siedzenie o suchym pysku zakrawa na barbarzyństwo, dobrze jest coś przetrącić i lekko zakropić.

O tej porze roku raczej unikamy pracowitego pichcenia w kuchni, a raczej zdajemy się na relaksującą aktywność przy barbecue czyli po naszemu przy ruszcie zwanym też grillem. Urządzenie to może być napędzane węglem drzewnym, jak za dawnych lat, albo gazem nad wulkanicznymi kamykami. Osobiście uważam się za zwolennika tej drugiej technologii, aczkolwiek doceniam urok tego niepowtarzalnego aromatu nadawanego żywności przez węglowe brykiety.

Dziś przygotujmy kilka lekkich, łatwych i przyjemnych przekąsek, które jednak z pewnością wzbudzą aplauz u naszych gości, jeśli oczywiście ludziska mimo panującej epidemii, która ewidentnie zbiera mnogie a śmiertelne żniwo, w ogóle będą skłonni nas odwiedzić.

Czytaj dalej

Opublikowano Fantazje kulinarne | Dodaj komentarz

Sratabonare

A życie płynie.

Jest lato, prawie połowa sierpnia. Do niedawno było gorąco jak jasna anielka, teraz jest po prostu gorąco. Nie chce się przygotowywać obiadów ani nic na ciepło. Ale rzeczywistość pogania batogiem i rodzina głodna, więc któż ją nakarmi jak nie emeryt, który i tak nic nie ma do roboty, leser jeden.

Czytaj dalej

Opublikowano Fantazje kulinarne | 2 Komentarze

Kilka tygodni wstecz…

Dziś nie będzie o jedzeniu.  Dziś będzie tak trochę o sensie życia.

Trzy miesiące wstecz nasze spojrzenie na świat uległo diametralnej zmianie, a to za przyczyną paskudnego wypadku, jaki wydarzył nam się w Wisconsin. Mimo straty samochodu, którym cieszyliśmy się przez pół roku, mimo obrażeń cielesnych mojej posiniaczonej i poobijanej Ślubnej, cieszymy się, że za sprawą Opatrzności udało nam się pozostać przy życiu i względnym rozsądku.

A życie jeszcze raz pokazało, jakie jest kruche i ulotne.  Możesz być najlepszym na świecie kierowcą, bez wypadków i mandatów i być obecnym na drogach przez wiele lat, a nie wiadomo kiedy z podporządkowanej drogi wyjedzie przed maskę jakaś nieprzytomna mentalnie kobita i pstryk, moment, już cię nie ma i z samochodu pozostaje kupa pogiętego żelastwa, potrzaskanego plastiku i szkła. A co, jeśli się najlepszym na  świecie kierowcą niestety nie jest, choć zupełnie najgorszym może niekoniecznie…

Czytaj dalej

Opublikowano Fantazje kulinarne | 11 Komentarzy

Wnioski z przebiegu procesu umałosolniania ogórków

Wszystkich (obydwoje) odbiorców przesłań zamieszczanych na tym niezbyt poważnym forum przepraszam za zwłokę w komentarzu dotyczącym ogórkowego eksperymentu. Przyczyny tego opóźnienia leżą w sytuacji osobistej, która nie jest żadną tajemnicą, skoro perturbacje nie wynikają z naszej winy.

Czytaj dalej

Opublikowano Fantazje kulinarne | 4 Komentarze

Jak robiliśmy ogórki małosolne.

Czy u nas cokolwiek może być dokonane bez niepotrzebnych pierepałek? Pytanie, obamiam się, retoryczne. Ostatnie kilka dni przebiegło pod znakiem kiszonych ogórków, specyficznie, małosolnych. Lubimy małosolne, jako dodatki do rozmaitych sałatek, albo do schrupania w całości, a gdy te końcowe nieco skapcieją, używamy je do zupy ogórkowej.

Było to tak: Pewnego pięknego poranka, moja Ślubna zauważyla w sklepie warzywnym zgrabne ogóreczki, w sam raz do zakiszenia. Trochę przydrogie, ale w porównaniu do bazarowych cen, nie takie straszne. Bo farmerzy na bazarach cenią się ze wszystkim i dyktują cyfry zupełnie z Kosmosu. Oczywiście zakupiła jakieś pięć kilo i zaraz zapytała o koper.  Bo jak tu kisić ogórki bez kopru?

Uprzejmy pan obsługujący poinformował, iż na koper jeszcze nie ma sezonu. Ciśnie się na wargi pytanie, to po jakie anielkie w ogóle sprzedają te kiszeniaki, skoro i tak nie ma ich z czym ukisić?

Czytaj dalej

Opublikowano Fantazje kulinarne | 7 Komentarzy