Pewnego dnia w Palestynie

Czy zastanawialismy się nad rolą wizerunku zewnętrznego rzeczy wszelakiej?  Czy wygląd jest ważny, forma, czy też liczy się tylko funkcjonalność, treść. Rozglądając sie po sklepowych półkach, czy choćby straganach na rynku, zanikającej dziś instytucji, widzimy różnorakie opakowania, zwykle przerażająco barwne, aby złowić oko potencjalnego nabywcy, a na straganie rzodkiewki są poukładane w zgrabną stertę i zraszane co jakiś czas wodą, by sprawiały wrażenie przed chwilą zerwanych z grządki. Takoż długonosy handlarz końmi zachwala zalety swojego towaru, zręcznie pomijając wady, a gada przy tym wiele, głośno i prędko, wtrącając gdzieniegdzie obco brzmiące chrapliwe słowa.

W czasach, w które lubimy się przenosić, a również w naszej ulubionej krainie, jaką często odwiedzamy, utrzymanie czystości ciała, którą to czynność Grecy nazywali higieną, nie była sztuką wysokich lotów. Owszem, istniały regionalne łaźnie, gdzie mieszkańcy Palestyny dokonywali rytualnych ablucji, ale nie czynili tego tak często jak znienawidzony rzymski okupant. Rzymianie kąpali się codziennie, a co lepiej sytuowani spędzali większość czasu w łażni. Cesarstwo dopłacało do kosztów utrzymania owych przybytków, a nominalna cena do nich wstępu wynosiła jednego asa. Pytano samego cesarza, czemu kąpie sie siedem razy w tygodniu, a ten odparł: – Bo nie mam czasu żeby robić to częściej.

Wskutek brudu w połączeniu z klimatem, różnorakie choroby trapiły izraelskie narody. Najstraszliwszą w owych czasach był trąd, czyli lepra. Cierpiący na nią musieli podporządkować się rygorystycznym prawom, które dzis nazwalibysmy dyskryminacyjnymi. Musieli chodzić w rozdartych szatach, zakrywać twarz szmatą i nie wolno im było zbliżać się do zdrowych, szy też zdrowszych ludzi na odległość mniejszą od pięćdziesięciu podwójnych rzymskich kroków.  Dla ostrzeżenia innych, winni byli bezustannie wołać:  Nieczysty, nieczysty! Tak, wizerunek w owych czasach stanowił o wiele ważniejszą podstawę zachowania zdrowia i życia, niż w czasach obecnych.

Siłą rzeczy, trędowaci nie mogli poruszać się drogami publicznymi, a mieszkali w wydzielonych osadach, z dala od ludzkich skupisk.

Był skwarny, suchy dzień. Słońce niemal pionowo prażyło na czaszki nielicznych, którym przyszło pozostać w tę porę na dworze. Ileż to mądrości wielki Adonai przekazał ludowi swemu w prostym nakazie noszenia czapki, którą zwano jarmułką, czyli wysławianiem Najwyższego. Z gołą głową chodzili jeno egipscy poganie, od tysiącleci nawykli do upału i niewolnicy z Północy obdarzeni gęstą, jasną jak len czupryną, która robiła za nakrycie głowy od słońca.

Na kamieniu opodal rzymskiego traktu prostego jak sznurek, przysiadła zawinięta w łachmany postać. Znużony pielgrzym końcem podróżnego kija uniósł nieco ponad głowę skraj zawoju, by choć trochę powietrza wpuścić między ciało a tkaninę zlepioną kurzem i potem. Usiłował zawołać o wodę przechodzących traktem podróżnych, ale z wysuszonej krtani wydobywał sie jeno nieartykułowany charkot. Zresztą, nikt nie poświęciłby naczynia, na którym trędowaty mógłby pozostawić chorobę, ani nawet nie zbliżyłby się do pozostawionego przezeń dzbanka z niepolewanej gliny.

O tej porze dnia na drodze nie było wielkiego ruchu. Pilnująca porządku pretoriańska dekaturia rozłożyła się na odpoczynek u przydrożnej studni, a namiastkę cienia dawała im lniana płachta rozpostarta na kilku palach. Poganiacz niewolników także zezwolił na krótki popas, choć nie dla ulżenia nieszczęsnym, a z uwagi na swoją własną wygodę. Woły wyprzęgnięte z landary chciwie żlopały wodę z podstawionych drewnianych dzież.

Po pawimencie z płynnego kamienia szparko podążała grupa kilkunastu niebiednie odzianych mężów i kilku niewiast. Dwa czy trzy osiołki dreptały wesoło niosąc jakieś torby, kosze i juki. Podróżni stanęli na chwilę u wodopoju, by napełnić naczynia wodą na dalszą drogę, po czym zaraz ruszyli dalej ku północy, gdzie cieniste lasy i perliste rzeki Libanu. Wśród nich górował wzrostem jeden barczysty człowiek o włosach jasnych niczym niewolnik, a nie okrytych żadną choćby chustą. Widać wódz ich, czy też może naczelnik rodu. Odziany był w białą tunikę, a przez ramię przewiesił płaszcz zwany z grecka chlajną.

Widząc kalekę, przywódca zatrzymał swoich gestem ręki. Czoło pochodu stanęło tak gwałtownie, że któryś  z osiołków nadepnął na pięty idącemu przed nim pacholęciu, wzbudzając stłumiony chichot kobiet. Poleciwszy wszystkim zejść na pobocze, by nie tamowac drogi innym, ruszył w kierunku chorego, nie bacząc na przepisy prawa.  Ten chciał zawołać zgodnie z powinnością „Trędowaty, trędowaty!” ale wyschnięte gardło nie było w stanie wydać głosu. Zerwał sie więc na nogi i począł oddalać.

– Nie ubieżaj, dobry człowieku, zawołał ten w tunice – niosę ci wodę!

– Jam nieczysty, panie – wycharczał nieczysty.

– Najpierw się napij, a potem porozmawiamy o twej nieczystości…

Biedak stanął i przesłonił oczy dłonią, a słońce miał z prawej, czyli od południa.

– Tyżeś Juszua, panie!

Juszua odpowiedział promiennym usmiechem.

– Pij – rzekł krótko, podając mu swoje własne naczynie wypełnione wodą z winem.

Człowiek pociągnął oszczędnie, zatrzymując w ustach każdy łyk życiodajnego płynu.  Widać znał dobrze pustynne prawa Natury. Pokłonił sie do ziemi samej.

– Panie, skoroś już raczył pochylić się nad nieszczęściem…  jeśli byś zechciał, mógłbyś mnie oczyścić… Ale wielkość Twoja…

Juszua spojrzał mu w twarz niemal całkowicie pozbawioną nosa a pokrytą licznymi białymi wżerami. Dookoła osobnika rozchodził sie smród nieopisany.

– Zechcę – rzekł Juszua pogodnie. – Nie ruszaj się.  I wyciągnął rękę ku choremu.

– Chcesz mnie dotknąć, panie? – żachnął się ten przerażony – To wbrew prawu! Spalą cię żywcem  razem ze mną!

– Milcz.  Masz tu na powrót swój nos i już jesteś czysty. Teraz pójdziesz ze mną i w najbliższej łaźni doprowadzisz sie do porządku. Dostaniesz denara żebyś sobie na targu kupił jakiś przyzwoitszy przyodziewek, a te szmaty spalisz. Tymczasem niech któryś z moich owinie cię w płaszcz swój.

– Będe Cię wysławiał po całej krainie, wielki Uzdrowicielu… Na cytrze.

– Ani mi sie waż. Zaraz zleciałaby się tu rzesza ludu, a ja nie mam czasu na sprawy przyziemne. No już, ruszamy dalej, o kilka mil stąd na północ, w Kafarnaum, pretorianie mają łaźnię garnizonową otwartą dla wszystkich. Tam też pójdziesz do synagogi i przez kapłana złożysz ofiarę tak, jak przepisał Mojżesz…

– Cóż miałbym Najwyższemu zaofiarować, skoro sam nic nie mam?

– Jako, żeś już czysty, pójdziesz do pracy i niech pierwszy twój zarobek będzie ofiarą.  I  jeszcze raz ci powiadam, pomnij, milczenie złotem…

Należy się teraz kilka słów wyjaśnienia. W czasach Chrystusowych trąd był uważany nie tylko za fizyczną chorobę, ale jej przyczyn dopatrywano się w człowieczych występkach. Toteż podejrzany o leprę kierowany był najpierw nie do lekarza, ale do kapłana, który poddawał go kwarantannie siedmiodniowej, a następnie czternastodniowej. Gdy stwierdzono, iż człowiek nie cierpi na tę chorobę, ale na przykłąd ma zwykłą wysypkę, nakazywano mu wyprać przyodziewek i złożyć ofiarę z dwóch małych ptaków. Jednego z nich kapłan zabijał nad naczyniem z żywą wodą. W tym naczyniu zanurzał kawałek drewna cedru, nitkę hyzopu i drugiego ptaka, którego zaraz wypuszczał na wolność (kpł 14,7), a krwią tego zabitego namaszczał górną część ucha oczyszczanej osoby, prawy jej kciuk i wielki palec prawej stopy (kpł 14,14).

Uzdrowiony z pewnością wypełnił Chrystusowy nakaz. Jednak za kapłana nikt ręczyć nie może i jak piszą Ewangeliści, słowo poszło w lud.  Skutkiem czego On wraz z towarzyszami swymi unikać musiał człowieczych skupisk, a i tak tłumy doń ściągały, z nadzieją ulgi w cierpieniach rozmaitych.

Czy sława Jego i chwała źródło miała w owych uzdrowieniach przelicznych, czy też w naukach, które głosił, możemy się jedynie domyślać.

Tak to widzieć i świadczyć mógł szary człowiek współczesny Nauczycielowi, a nieświadom doniosłości Wydarzeń, a dla nas, ludzi Natury, Słowian obecnych w tamtym świecie, czasy owe jawiły się co najmniej dziwnie…

 

Reklamy
Opublikowano Fantazje kulinarne | 3 Komentarze

Zakończenie

 

Wczesnym wieczorem śnieg lepki a ciężki zakleił dębowe okiennice i dźwierza. Mróz chwycił siarczysty i trza było kociołek ustawić na palenisku, coby skapujący z komina topniejący szron nie ugasił płonących szczap. Nie jeno dzieciaki, ale ród cały, starzy i młodzi, otoczyli kręgiem Przepchę, który bajał jak najęty. Także Żeńka, choć zajęta mieszaniem w saganku kapusty z dziczyzną, nie spuszczała oka ze stryja, chłonąc całą sobą każde słowo jego. A ten, sącząc miód grzany z korzeniami, snuł opowieść swą, sam jakby w siebie zasłuchany.

Czytaj dalej

Opublikowano Fantazje kulinarne | 8 Komentarzy

Co było potem…

 

Tak więc był to ponury dzień marcowy, od rana wiało straszliwie, a kurz i piach chłostał boleśnie części ciała odkryte. Ludzie pozamykali się w domostwach, a liczni przyjezdni w gospodach. Abrijach siedział przy stole i w świetle oliwnego kaganka odliczał srebrne denary i drachmy, jako że zamierzał nazajutrz dokonać na targu jakichś większych zakupów. Cała rodzina skupiła się w największej izbie i z braku innych zajęć modliła się do tego ichniego Boga, którego zwano Adonai. Pod wieczór ktoś zakołatał do wejściowej bramy. Pewnie przez świst wiatru nie usłyszelibyśmy nawet, ale pies Greków podniósł raban na podwórku. Poszedłem otworzyć, a gospodarz za mną.

 

Czytaj dalej

Opublikowano Fantazje kulinarne | 2 Komentarze

W Palestynie

 

reconstruction-of-jerusalem-750x393Ba, na północ…  To rzec łacno. Jeno w Aleksandrii północ oznacza morze bezkresne, a koń nie korab. Trza nam pół swiata wokół wielkiej jechać wody, ukrywając kim jesteśmy. Cóż, koniec języka za przewodnika. Jeden Żyd, a właściwie Galilejczyk z Judeorum, skierował nas dalej na wschód, powiadając, iż po trzech dniach jazdy morze się kończy, wybrzeże skręca ku północy i tamtędy, wody się trzymając, coby nie pobłądzić, można dotrzeć do Grecji.  Ale jeszcze lepiej, powiadał, wsiąść na okręt w Cezarei, albo dalej w mieście Tyr, i przeprawić się do stolicy Imperium, a tam zniknąć w tłumie. O tydzień drogi stamtąd, w Aguilei mieszkają już nasi krewniacy Wenedzi.

– A co to jest imperium?

– To wielka kraina. W której łączą się ludy całego świata wokół morza, a włada nią włodyka nad włodyki, którego zwą cesarzem. Ówczesnemu Oktawian Augustus było i z ludu pochodził.

Czytaj dalej

Opublikowano Fantazje kulinarne | 4 Komentarze

Kolejna opowieść wigilijna…

6089719_las-nocaSzło już ku zachodowi.  Pierwszy śnieg zalegający na zmarzłej ziemi czynił grudniowy półmrok nieco znośniejszym. Drobne, białe płatki zdążały od niechcenia ku ziemi, kryjąc wdzięcznie wierzchnią stronę igliwia na głęziach młodych sosenek, pod którymi pozostawały zabawne ciemnozielone kręgi na białym tle. Wierzchołki drzew kreśliły na szarym niebie dwie linie wzdłuż duktu, niemal niewidocznego o tej porze roku i przy tej pogodzie. Tu i ówdzie przemykało się jakieś drobne stworzenie leśne, udając się widno na nocny spoczynek w przygotowanej za dnia kryjówce.

Świat szykował się do zimowego spoczynku pod białą puchową kołdrą.  Za trzy miesiące zabłyśnie słońce złote, przebiśniegi wyjdą na swiatło dzienne, zadźwięczy skowronek, pierwszy zwiastun przebudzenia i ziemia zacznie przeciągać się, ziewając niezadowolona, że Matka Natura przerywa jej tak smaczny sen.

Czytaj dalej

Opublikowano Fantazje kulinarne | 6 Komentarzy

Trzynastego grudnia

(Chicago,  1982)

Na pastwisku tak jak zwykle stoją osły i barany.  Woły, świnie, krowy, wieprze, u każdego pysk nalany.  Choć nażarte u koryta, jeszcze stoją, jeszcze żują.  My ich strzegli, lecz dziś one miłościwie nam panuja.  Za to nam już głód doskwiera, kiszki grają nam czastuszki.  I nie dają nam posłuchać nawet księdza Popiełuszki.  Zmrok zapada nad krainą, szron obleka trawy, chwasty. Dziś do ciebie przyjść nie mogę. Przecież grudzień to trzynasty…

Jeszcze wczoraj sprawiedliwe panowały nam zasady.  Na kolanach wół i osioł, i ze strachu baran blady.  Wszystkie świnie won.  I wieprze.  Wnet powszechne głosowanie.  Wszystko bydło zaraz beknie.  Skończy mu się zarządzanie.  Władzę byśmy wnet przejęli, naprawili zło wszelakie, a obecni prominenci dostaliby figę z makiem.

Lecz tymczasem Wojtek lizus, Herodowy totumfacki, właśnie wczoraj wziął podstępnie sytuację w swoje macki.  Mizdrząc do nas się i łasząc, obiecując referenda, udając porozumienie, zdradził nas, pieprzona menda.   Aktywistów pozamykał, mądrym pozatykał twarze, za to głupich powywyższał. Czy go za to los pokarze? Czy los kiedyś się zlituje nad narodem podupadłym?  Jak przewidział Orwell prorok, całą paszę świnie zjadły.

Więc zasklepmy się w skorupie.  Nie bójmy sie hemibiozy.  Aby mając wszystko w dupie, przetrwać czasy pełne grozy.  Cóż, że znów zacisnę pasa, zapłaczę nad pustą kiesą, lub nad życiem niewesołym.  Wszak Herody wieczne nie są.  Może w mroźną noc lutową znów zaświeci słońce złote, gdy szlag trafi litościwie kolejnego nam despotę…

 

Opublikowano Fantazje kulinarne | Dodaj komentarz

Indycze święto

Najpierw,
Gwoli wprowadzenia,
Co to ten Dzień Dziękczynienia

Zauważyć
Trzeba celnie,
Nie jest święto to kościelne.

Jak tradycji
Głosi przykaz,
Wszyscy muszą jeść indyka.

(Chociaż tego
Nie są w stanie
Przestrzegać wegetarianie).

Lecz nie traćmy
1195617425Czasu my tu.
Przejdźmy zaraz do meritum.

Czytaj dalej

Opublikowano Fantazje kulinarne | 1 komentarz