Zimowe grillowanie

Dotychczasowe rozważania to były prawdę powiedziawszy gotowce, rozbitkowie z wraku Titanica pod tytułem Rewiry Gajowego Maruchy.  Bardzo mi szkoda tego forum, jako że spotkałem tam wiele wartościowych osób, a nawet udało mi się nawiązać kontakty dość bliskie i w jednym przypadku zdewirtualizowane.  Szczególnie to cenne, jako że poprzednio nie miałem w zasadzie znajomych, jedynie Psa, moje wędki i strzelby.  A także zestaw kuchennych noży i widelcy.

zimowe grilowanieCóż, nie jest to miejsce na sentymenta, a raczej staramy się utrzymać pogodną i miłą atmosferę, bo jak nie tu, to gdzie?  Popiszmy dziś trochę z głowy, choćby po to, aby sprawdzić, czy ona, ta niby głowa, wciąż jest na miejscu.

O czym by tu napisać, żeby było ciekawie?  Na potrawy wigilijne jeszcze za wcześnie, na chłodniki za późno. Opowiedzmy więc o dość nowej tendencji, modnej w Ameryce, a mianowicie o zimowym barbecue.  Sprawdziłem pisownie, tak się to prawidłowo „spelluje”.  Po polsku się mawia grillowanie, a zdaniem pewnego profesora polonisty, publikującego się ongiś w dziale „Byki i Byczki” w Życiu Warszawy, forma często używana staje się poprawna.

Najsampierw zajmijmy się genezą idei barbecue. Wynalazek ten przypisywany jest pracownikom budowy linii kolejowych (są też inne wersje), którzy wykopywali doły w suchej teksańskiej ziemi, tam instalowali prowizoryczne ruszta ze stalowych prętów, a żar przygotowywali z odpadów podkładów pod szyny. Nie wiem, jak wpływał na smak potraw dziegieć, jakim się impregnuje drewno na podkłady i buty russkiego sałdata, ale może wtedy stosowano smoły drzewne.  Ktoś odkrył, że drewno bukowe tworzy najlepszy żar, a potem jeszcze ktoś inny wynalazł aromatyczne drewno Mesquite i tak narodziło się klasyczne teksańskie barbacue.

Gajówkowy pan Roman zamieścił kiedyś gdzieś klasyczny przepis na prawdziwe teksańskie barbecue, ale mi go gdzieś wcięło. Przepis wcięło, znaczy się, a nie pana Romana. Chodziło o to, że kawał wołowiny piecze się bardzo pomału, przez wiele godzin, nad żarem, a obok na ruszcie stoi żeliwny kociołek z fasolą, pieprzem chili i przyprawami.  Potem kroi się mięso na cieniutkie plastry i każdy sobie bierze na talerz, a na wierzch polewa sosem z fasolą.  To musi być naprawdę niezłe.

Niestety, w warunkach tej (tfu!) cywilizacji, wykopanie dołu na backyardzie (podwórku z tyłu domu) pociąga za sobą wizytę komisji miejskiej nasłaną przez wścibskich sąsiadów i szykanami, łącznie z pieniężnymi grzywnami najrozmaitszymi. Tak więc wymyślono, że prywatnie każdy może sobie postawić blaszanne urządzenie do grillowania (forma często używanna… itd.) , opalane węglem drzewnym i sobie prażyć stejki do woli. Jednym z atrybutów wiosny jest wszechobecny zapach palących się węgli i pieczonej na świeżym powietrzu wołowiny.  Albo hamburgerów, czy hot dogów, jako że mięso na BBQ do najtańszych nie należy.

Kilka dekad temu zaczęto sprzedawać ruszta opalane propanem, a nawet elektryczne, które można używać nawet w domu. Rozpalanie takowych nie wiąże się z pracowitym polewaniem węgli rozpalaczem w płynie (gdy się to czyni nierozważnie, można doznać efektów dźwiękowych i otrzymać kalotechnikie, czyli makijaż politycznie nader poprawniacki), oraz z dmuchaniem w celu szybszego otrzymania białego żaru.  Bo przecież każdy harcerz wie, że na płomieniu się nie piecze.

Takie ułatwienie zachęca do grillowania w zimną pogodę, a nawet w mrozy.  Włącza się urządzenie, wkłada mięso i obserwuje termometr piekarniczy przez szybkę w oknie domostwa.  Fajnie.

Każdy ma swój pilnie strzeżony sposób na stejka.  Stejk to plaster wołowiny o grubości incz i kłoder, czyli cal i jedna czwarta, czyli po naszemu 31,5 milimetra. Ale przecież nikt nie pójdzie do sklepu z suwmiarką, więc potraktujmy tę wartość jedynie jako sugestię.  Sposób, który zawsze wychodzi, wygląda następująco:

Bierze się cztery stejki na pieczeń, nie mogą być zupełnie chude, jak to zwykle bywa przy pieczonej wołowinie, ale o teorii porozmawiamy kiedy indziej. Niewielki przerost tłuszczu w wołowinie nazywa się kwiatem.  Kładziemy mięso na płaskiej tacce i posypujemy pieprzem, niewielką ilością oregano i przyprawami, jakie lubimy. Nacieramy z lekka pastą otrzymaną przez roztarcie nożem na deseczce jednego ząbka czosnku z solą.  Na rynku istnieje zatrzęsienie gotowych mieszanek ziołowych do marynowania mięsa na BBQ. Krajowy preparat „Grill” bije na głowę większość amerykańskich, jako że nie ma dodatku chemicznych tenderyzatorów, czyli zmiękczaczy. Spryskujemy wodą, albo herbatą (sic!) i nakłuwamy widelcem, żeby ciekła faza wsiąkła w głąb mięsa. Na koniec smarujemy jakąś tanią brandy. Przykrywamy przezroczystą folią i wstawiamy do lodówki.

W międzyczasie opowiem o takiej zabawnej sytuacji, jaka się u nas kiedyś zdarzyła. Moja pociecha (lat ponad 20) także znajduje przyjemność w gotowaniu, smażeniu, a nawet piecze ciasta rozmaite, za co sam zabieram sie bardzo rzadko.  Do stejków zawsze używało brandy zwanej JB, pędzonej w Tennessee, ojczyźnie amerykańskich bimbrowników.  Pewnego pięknego dnia wróciłem zmordowany z roboty i chciałem się napić szkockiej whisky (amerykański odpowiednik zwie sie whiskey).  Na lodzie i z wodą sodową.  Zwykle nie pijam mocnych napitków, bo potem nie mogę spać, ale jedna szklaneczka nie zaszkodzi.  Wyciągam ja tego skocza i patrzę, zostało tylko ćwierć flaszki. Pytam się potomstwa ze zdziwieniem, bo wiem, że ono raczej gustuje w dobrym piwie, niż w wódkach, co się stało ze skoczem? A ono mi na to, no jak to, przecież użyłem do grilla.  Czemu do grilla, jeśli masz miejscowe JB? A bo to jest o wiele lepsze. Pewnie, że lepsze.  Cztery i pół dychy juro za flaszkę i to na przecenie w wolnocłowym sklepie w Amsterdamie, to spróbowałoby nie być lepsze.  Nie wiedziałem, powiada mi dziecko, że to takie drogie. No dobrze, na przyszłość używaj czegoś tańszego.

Dobrze, powiedzmy, że po pół godzinie (ale im dłużej, tym lepiej), mamy stejki gotowe do prażenia. Rozpalamy gazowego grilla. Węglowymi urządzeniami zajmiemy się w innym sezonie, dziś jest za zimno na klasykę. Staramy się całą robotę przeprowadzać w miejscu osłoniętym od porywistego grudniowego wichru, a to po to, żeby mieć lepszą kontrolę nad procedurą.  Gdy temperatura osiągnie 400 stopnie Farenheita (Gdańszczanin), czyli 205 stopni Celsjusza (Szwed jakiś zapyziały), albo więcej, przecieramy ruszt połówką cebuli nadzianą na widelec, żeby się nie przyklejało. Kładziemy teraz mięso i zamykamy klapę urządzenia. Pieczemy dokładnie siedem minut, po czym odwracamy i pieczemy jeszcze cztery minuty.  Taki stejk u nas wychodzi medium, zaraz wyjaśnimy, co to oznacza. Ale każdy ruszt jest inny i trzeba go wyczuć.  Gotowe mięso ma barwę brunatną, z ciemniejszymi pręgami od elementów grilla.  A w środku to jest tak: Jeśli przekrój jest ledwo ciepły i krwisty, to sie nazywa rare. Jeśli różowy i gorący, to jest medium, a jak szary i tylko trochę soczysty, to wtedy well done. Profesjonalne stejkownie nie gwarantują jakości fazy well done, dlatego lepiej zamawiać medium-well.

Nie, nie zapomnieliśmy o soli.  Jak ktoś chce, zawsze może sobie posolić przy stole. Do wołowiny spożywa się kartofle pieczone w folii aluminiowej, także na ruszcie. Rozcina się je wzdłuż do połowy i do środka wkłada masło i kwaśną śmietanę. Nieodłącznym dodatkiem jest także kukurydza w kaczanach, gotowana, albo również pieczona w liściach, a polewa się ją roztopionym masłem. Nie, to nie jest tak tłuste, jakby mogło wyglądać, ponieważ większość masła spływa z kolby kukurydziannej za mankiet, zgodnie zresztą z zasadą Murphy’ego, opublikowaną przez Petera.

Zaraz po upieczeniu, a nawet w ostatniej fazie pieczenia, niektórzy smarują mięso sosem BBQ, ale osobiście uważam, że ten kondyment przeznaczony jest raczej do żeberek, szczególnie wieprzowych, w przyrządzanu których murzyni z Południa nie mają sobie równych.  Oj, przepraszam, amerykańscy Afrykańczycy.

No i teraz piwo. Tubylcy piją piwo do wołowiny. To cienkie coś dostępne za psie pieniądze w miejscowych sklepach, poza nielicznymi wyjątkami nadaje się doskonale do mycia włosów, do gaszenia miejscowych płomieni na stejkach w trakcie pieczenia, jeśli decydujemy się piec przy otwartej przykrywie, czasem do ciasta naleśnikowego, albo ostatecznie do polewki piwnej, ale do picia to się ono zupełnie nie nadaje. Na szczęście w USA mikrobrowary rosną jak grzyby po deszczu, a proszę mi wierzyć, Amerykanie świetnie wiedzą, jak się gotuje dobre piwo, tylko jakoś przemysł tego nie chce czynić. Piwo to temat już nie rzeka, ale ocean.

Grillowa ciekawostka:  Kokakola, a szczególnie pepsikola, jest niezłym tenderyzatorem mięsa, a to ze względu na kwachy fosforowe i cytrynowy, jakie zawiera w ilościach nieprzyzwoitych.  Ponadto syrop będący składnikiem „napoju” karmelizuje na powierzchni kotleta i daje ładną skórke. Ale proszę mnie źle nie zrozumieć.  Kokakolę polecam gorąco, szczególnie wersję diet, a to do odrdzewiania zastałych śrub podczas naprawy samochodu.  Także przetarcie zderzaka zwitkiem cieniutkiej folii aluminiowej zmoczonym w kokakoli owocuje ładnym połyskiem chromowanego metalu. Długo nieużywana bropń myśliwska czyści się nienajgorzej przy użyciu kokakoli.

No dobrze, może na ból żołądka, nie za często i nie za wiele, i to produkcji meksykańskiej, bo słodzona cukrem, a nie syropem kukurydziannym, zresztą pierwotnie kokakolę sprzedawano jako środek na niestrawność.

Ale w kuchni, czy przy stole, to ja bym tego raczej nie stosował.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Zimowe grillowanie

  1. Dzonyy pisze:

    Fantastyczne.
    Ale muszę się pochwalić, mam w ogrodzie coś, co nazywam budą, taki rodzaj niewielkiej stodoły z zadaszeniem, w której jest ruszt z kominem. Zdarzyło się robić grilla znajomym i sobie oczywiście przy minus 20 stopniach. Piękna sprawa, śnieg i grill.
    Pozdrawiam

  2. bardzo pisze:

    Jeśli jeszcze było coś zacnego do popicia, jak herbatka po piracku, to już to widzę oczami rozbuchannej wyobraźni.

  3. Dzonyy pisze:

    Śnieg, zaśniezony ogród, mróz, grupka kulinarnie zakręconych ludzi i oczywiście, herbatka po piracku w bardzo rozsądnych ilościach. Szaszłyki, prawdziwne takie, z baraniny przekładanej cebulką, słoninką, i papryką, cevapcici (chyba tak się pisze), które kolega robi fantastyczne a ajvarem ,który też sam robi, no i stejki. Ale że z brandy te stejki, to nie wpadłem na to. Następnym razem:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s