Chleb po osiem

Nie ma letko, chleb po osiem – tak brzmiało popularne powiedzenie w epoce mrocznej, a zamierzchłej. Dla potrzeb wyłącznie semantyki, cofnijmy się myślą do owych czasów. W radiu leciały kawałki dość ambitne, nierzadko polskie i nierzadko klasyczne. Pogadanki, słuchowiska. Polak zarabiał powiedzmy trzy tysiące zet, na mieszkanie wydawał dwieście lub czterysta, ogrzewanie poniżej setki, woda za friko, elektryka, gaz nienajdrożej. Na żarcie dużo kasy nie szło, bo najdroższe artykuły mięsne były w sklepach nie tyle rzadkością, ile padały łupem bardziej przedsiębiorczych i zdeterminowanych w kolejce, za to podrobów i ryb było sporo. Mamy chlebek, mamy serek, niech nam żyje Edzio Gierek. Kiełbasa zwyczajna kosztowała dwadzieścia albo trzydzieści zet, myśliwska osiemdziesiąt, tak samo jak butelka nienajgorszej wódki czystej, choć była też i tańsza strażacka. Tylko piwo było przeważnie koszmarne.

Dziś zarabiamy powiedzmy cztery tysiące, z czego lwią część zabiera grupa ukochanych i bliskich naszemu sercu wybranych przywódców narodu. I tu nie oprzemy się pokusie zacytowania słów piosenki Małego Władzia z Chicago:

When it comes payday, I see my check, I’m missing some mony, but what the heck, it’s for income tax, as you all know, it’s for the man that we all love so…

I zaraz następuje kolejna zwrotka w mowie rodzimej: Jak przyjdzie pejda, coś jest ta źle, bo wzięli podatek, tak smutno mnie. Gdyby nie wzięli, to ja bym miał, więcej pieniędzy, bym fundo-wał.

Mieszkanie, szkoda gadać, gaz podrożał ponoć czterokrotnie, elektryka podobnie a chleb w wyniku czego powiadają że będzie po czterdzieści. Jeśli temu wierzyć, to zacytowane w tytule powiedzenie brzmiałoby niezwykle optymistycznie.

Jedna taka była aktorka, a dziś właścicielka i dyrektorka teatrzyku na emdeemie dotowanego przez państwo, zwana panią spod Polonii, co nie jest żadnym epitetem, jako iż zakorzonkowała się w miejscu, gdzie dawniej prosperowało kino Polonia, otóż ta dostojna pani skarży się, że musi kupować chleb na kromki i zamrażać. Coś w tym musi być.

Na ten frasunek mamy nienajgorsze remedium. Ale zacznijmy od początku i teraz dopiero to będzie wstęp.

Otóż mam dwoje potomstwa. Niestety, obydwoje do mnie podobne, jedno aparycją, drugie charakterem. na szczęście dają sobie radę w życiu, co jest przykładem na to, że życiowe dążenia mogą się ziścić w drugim pokoleniu. I jedno i drugie nie stroni od kuchni, co akurat chyba jest zjawiskiem pozytywnym.

Tak więc na przykład starsze z zapałem pichci w swojej obszernej kuchni, a dwie Wnuczki (znaczy się moje) ochoczo pomagają. Wymyśliło, ono to starsze, amerykański klops, czyli po naszemu meat loaf, żeberka po teksasku i, uwaga, włoski chlebek, o którym właśnie za chwilę będzie mowa.

Istotą włoskiego chlebka jest koszt czterokrotnie mniejszy (obecnie) od chleba sklepowego i czterdzieści razy lepszy smak i tekstura, a poza tym niezaprzeczalnym plusem jest, że wiemy co w nim się znajduje, ponieważ zawiera jedynie cztery ingrediencje.

Dość paplaniny, robimy chlebek.

Bierzemy trzy miski do ciasta, to będą nasze dzieżki. Może być jedna, ale lepiej trzy, a dlaczego, to się za chwilę okaże. Bierzemy trzy duże kubki do kawy. Może być jeden, ale…..itd. Bierzemy paletkę do manipulacji ciastem, bo ono to ciasto będzie lepkie. Zamiast paletki może być karta kredytowa.

Najsampierw do każdego kubeczka wsypujemy prawie dwie łyżeczki suchych drożdży, albo po jednej torebce. Dodajemy po łyżce cukru i mąkę na oko. To znaczy się do kubeczka, a nie na oko, ale na oko. I odstawiamy w ciepłe miejsce celem rozpędzenia zaczynu. Teraz przesiewamy do każdej z misek trzy szklanki mąki i dodajemy po łyżeczce albo trochę mniej soli. Dodajemy trochę ulubionych ziółek albo suszonego czosnku. Moje Dziecko pakuje tam dwie łyżki tej przyprawy, ale niecała łyżeczka moim skromnym zdaniem w zupełności wystarczy. Mieszamy dokładnie i gdy już drożdże dobrze chodzą, co się przejawia wzrostem masy i bąbelkami, dodajemy najpierw po półtorej szklanki bardzo ciepłej wody, ale nie gorącej, bo nam drożdże się zaparzą, oraz drożdże. Mieszamy dokładnie drewnianą łyżką i zgarniamy lepkie ciasto z łyżki do miski za pomocą plastikowej palety, albo karty kredytowej, która w tym wypadku sprawdza się doskonale. Nie wyrabiamy, nie ugniatamy, tylko przykrywamy i pozostawiamy w ciepłym miejscu do wyrośnięcia, co w pokojowej albo kuchennej temperaturze zabiera około godziny.

Gdy ciasto urośnie, mniej więcej dwukrotnie, albo trochę więcej, wykładamy na posypany mąka blat i lekko wyrabiamy około minuty, obtarzając przy tym w mące i wkładamy z powrotem do dzieżek, które lekko wysmarowaliśmy olejem albo wysypali mąką.

Ustawiamy piekarnik na 450 stopni F, czyli 235 stopni C i w międzyczasie wstawiamy przykryte kamionki, w których będziemy te chlebki piec. Jeśli nie mamy żadnego żaroodpornego naczynia, możemy posłużyć się zwykłym garnkiem, byle bez ebonitowych rączek. Każde naczynie wykładamy pergaminem. Podczas gdy ciasto finalnie dorasta, nasze foremki będą się rozżarzać.

Gdy już mamy w piekarniku pożądaną temperaturę, wrzucamy ciasto do foremek, przykrywamy i ustawiamy czasomierz na pół godziny. Po pół godzinie odkrywamy i dopiekamy jeszcze od ośmiu do dziesięciu minut, po czym wykładamy na deskę, przykrywamy czystą szmatką i czekamy jeszcze kilka minut, ponieważ spożywanie świeżo wyjętego z pieca chleba grozi śmiercią lub kalectwem, co opisuje książka pt. Piotruś Pan.

Czemu upiekliśmy trzy albo nawet cztery chlebki zamiast jednego? Bo lepiej jest upiec więcej na tej samej ilości gazu, który podrożał niemożebnie, a to wszystko wina Putina. I chwała wam Wladymir Wladymirowicz, ponieważ dzięki temu zaczęliśmy sami sobie piec chlebek zamiast kupować po piekarniach albo co gorzej po sklepach spożywczych.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „Chleb po osiem

  1. Pani Blue pisze:

    Przepis ciekawy, Panie Piotrze. W przypadku chlebków zdaję się jednak na profesjonalizm piekarni. Byłby Pan zdziwiony, chodząc dziś po Warszawie. Piekarń i to dobrych jest naprawdę teraz dużo, niemal na każdym rogu ulicy, a przy okazji można też zamówić kawę i kupić inne rzeczy: gotowe kanapki do pracy, rogaliki croissanty, kubki z deserami, ciasta, dżemy pyszne. Kupuję zawsze chlebek krojony, pół albo ćwiartkę.
    A swoją drogą, taka mi myśl przyszła do głowy, gdy czytałam dzisiejsze fantazje. Jest drożyzna, to prawda, opozycja twierdzi, że dzieje się tak wskutek rozdawnictwa PiS-u i proponują powrót do liberalnego modelu gospodarki, sprzed 2015 r.
    W istocie cały czas jest liberalnie. Ludzie pracują po 10 dziennie. Dzieci w żłobkach. Babcie nie bardzo pilnują maleństw, bo też wolą dorobić do emerytury. Ogólnie klimat zarabiania, ścibolenia, odkładania na raty mieszkaniowe. Pęd, duże tempo życia, wiele młodych rodzin już na stałe jest zagranicą, w Anglii, w Hiszpanii, w Niemczech.
    A mi przypomina się, jak pokolenie wojenne (właściwie: przedwojenne) miało znacznie skromniejsze potrzeby. Mówiło się: jest chleb, nie śni się po nocach, jest dobrze.

    • bardzo pisze:

      Ano, u Was chleb lepszy, a u nas polskie kiełbasy. Dziwne, ale salcesony droższe niż szynki. Czasami nie chce się wyjść do sklepu, na przykład pogoda pod Psem, albo bez pieluchy nie wpuszczają do piekarni. A mamy chcicę na włoski chlebek no to możemy sobie zrobić. Tutejsza wata nawetniechlebopodobna zresztą nie nadaje się do jedzenia, choć jako przynęta na ryby jest doskonała.

      Cóż, co do powszechnego kitrania pieniędzy, to demagogia trafiła na podatną glebę. Bieżące pokolenie nie znało niuansów zachodniej kultury finansowej. Jak naganiali na przykład na szwajcarskie pożyczki, akurat bawiłem w Kraju i wielkim głosem wołałem, olejcie to. Ale kto by tam słuchał jakiegoś bubka co z wizytą przyjechał do Warszawy, Pomieszkał na zachodzie i wydaje mu sie ze wszystko wie. No i zrobili po swojemu, a jak sie poprzekręcali, to wtedy: O, wykrakał. I teraz ściśnij pas, pora iść…

  2. matirani pisze:

    Znasz „poolish”? Mozna mniej drozdzy kupowac… https://bakerpedia.com/processes/poolish/ no i smak niby lepszy. JBNB, ja na zakwasie tylko… milego i smacznego.

  3. bardzo pisze:

    Ależ oczywiście że można namnażać tak drożdże i nie tylko drożdże, bo i zakwas na jogurt, a przy kefirze to jest powszechna praktyka. U nas rozpędza się drożdże nie tak długo, bo cierpliwości nie starczy. Ale zawsze robimy zaczyn roboczy. Poza tym, rozpędzone drożdże pracują w cieście szybciej i wydajniej, niż gdybyśmy dodawali po prostu pokruszone do dzieży. Ale nie wiedzieliśmy że to się nazywa poolish. Niewiele nazw wynalazków nawiązuje do polskości (w konsekwencji tańczonego kongresu wiedeńskiego w 1815). Ostatnim takim ewenementem była szybko zresztą zarzucona metoda wprowadzania danych na kalkulator zwana Polish Reverse Notation. W przypadku piwa zawsze drożdże się rozpędza przez kilkanaście godzin. Dziękuję za linka.

    • Macko pisze:

      U mnie zakwas juz napedzony od rana, rozbudzony i aktywny, wymieszany z maka zytnia na 2h, aby podbuzowal sie jeszcze bardziej, pierwsze i drugie mieszanie maszynowe odrobione, jedno skladanie reczne tez, a teraz w lodówce sie schladza, bo ciasto jak ma 30° to sie wyrabia nieciekawie. Jak mu spadnie temperatura to jeszcze troche porozciagam i poskladam i bedzie dojrzewac do jutra w lodowce… ok, ok, to masochizm pradukcyjny, ale miny zjadaczy chleba na degustacji sa bezcenne. Milego

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s