Nie ma przypadków…

Nie ma przypadków, są tylko znaki, jak zwykł był przypominać pan Roman z Teksasu.

Od naszego niefortunnego przypadku w Wisconsin upłynął rok, dwa dni i może pięć albo sześć godzin. A może nawet godzin i osiem, bo już było ciemno, i przecież mamy inną strefę czasową. Pojechaliśmy sobie z moja Pociechą niefrasobliwie do sąsiedniego miasteczka po jakieś meble do kuchni zakupione przez telefon.  Podczepiliśmy przyczepkę i w drogę.

Przy kamieniołomach szosa biegnie taką jakby groblą, gdzie po obydwóch stronach są półtorametrowe rowy o dość stromych zboczach. Tam trzeba jechać szczególnie ostrożnie, bo nigdy nic nie wiadomo. Teraz jeździmy starymi i tanimi samochodami, żeby nie było żal jakby co.

W pewnej chwili, akurat przy tych kamieniołomach, Potomek, który siedział własnie za kółkiem, woła – O, shit! Ponieważ jest on osobą nie pozbawiona klasy, raczej takich ekspresji na codzień nie stosuje. Zatem musiał był zobaczyć coś ekstremalnie niezwykłego w negatywnym sensie tego wyrażenia się.

Wytężywszy swój wzrok starczy, dostrzegłem w oddali jakieś wirujące czerwone światła, a gdy podjechaliśmy bliżej, dał się słyszeć samochodowy sygnał w trybie alarmowym. Zatrzymaliśmy się i podeszli bliżej. Na poboczu, nad rowem z dwoma kołami w powietrzu wisiał minivan, i on wlaśnie tak irytująco trąbił. Drzwi były pogięte, z maski harmonijka, a cała biżuteria na wierzchu. W rowie na boku leżało coś, co przed trzydziestoma sekundami nazywało się samochodem, a właściwie minivanem. Wyglądało toto mniej więcej tak, jakby king kong, albo inny goliat zmiął maszynę w garści w srebrzystą kulkę, niczym aluminiowe opakowanie od mydła. Ponieważ Syn poleciał sprawdzić tego w rowie, podbiegłem do tego co wisiał i patrzę, drzwi są uchylone.  Zaglądam, a tam murzynek za kierownicą, ciężko przerażony i jakaś niemurzyńska kobita. Powiadam, zanim benzyna wybuchnie, wychodźcie z auta, jeśli możecie, a jeśli nie możecie to czekajcie na pogotowie i gdzie jest gaśnica jakby co. Moglisię ruszać i jakoś się wygramolili na zewnątrz, ale ja już tego nie widziałem, bo chłopak mi krzyczy, „Tata, dawaj narzędzia!”, więc leciałem po coś ciężkiego do podważenia drzwi.

Niestety, kilka dni wcześniej czyściłem samochód gruntownie i opróżniony był z rzeczy zbędnych i także niezbędnych, znalazłem tylko rękawiczki robocze.

Wspólnymi siłami jakoś te drzwi otworzyliśmy. W środku siedział zszokowany dziadek, niewiele młodszy ode mnie. Dziadek, powiadamy, spróbuj się poruszyć, a jak możesz, to wychodź. Dziadek zjawił się częściowo na wierzchu i starał się jakoś wydostać, więc najwidoczniej nie był zupełnie połamany. Ale w szoku ludzie robią czasem rzeczy nadludzkie, więc bardzo ostrożnie wydłubaliśmy nieszczęśnika ze środka. Nawet zabrał ze sobą telefon, znaczy, niezupełnie musiał być w szoku. Usiadł na trawie i trzęsącymi się rękami próbował gdzieś zadzwonić. Dziadek, powiadam, nie martw się, to tylko samochód. Ten się zreflektował, że kosztem dobrze zaprojektowanej maszyny być może ocalił życie i potwierdził znaczenie Opatrzności.

Młody wystukał numer do nagłych wypadków 911, ale telefon nie łączył. W dzisiejszych czasach mało co pracuje jak powinno. Wreszcie ktoś inny się dodzwonił, jako że jeszcze kilka osób wyskoczyło do pomocy.

Murzynek ucierpiał najbardziej, leżał na trawie i ciężko mu było się poruszyć, kobita dostała spazmów, a ten wydłubany dziadek ewidentnie radził sobie względnie najlepiej.

Skoro już zgromadziło się tylu chętnych do pomocy, straż pożarna i karetka w drodze (oczywiście najsampierw zjawi się szeryf), nic tu po nas i pojechaliśmy swoja droga.

Do rzeczy samej. Co się okazało. Wszyscy sobie spokojnie jechali, a ograniczenie szybkości było do 85 km/godzinę. My jeździmy teraz wolniej, bo mamy sezon, w którym jelenie wypadają na drogę, a są to stworzenia tak liczne jak głupie. Jakiś szczyl zapragnął sobie powyprzedzać, pewnie dla fasonu, bo ile czasu można zaoszczędzić na półtorakilometrowym odcinku. Gościu, który jechał z przeciwka, unikając kolizji skręcił na lewy pas, a tam już ktoś jechał i też skręcił na swój lewy, gdzie z kolei jechał inny pojazd, który też skręcił i zrobiła się kaszana.

Po co ja to wszystko piszę. Otóż, czasowa korelacja tego wypadku z naszym sprzed prawie dokładnie roku, wskazywałaby na to, że Ktoś chce nam coś powiedzieć. Po drugie, zamiast memento mori, przypominajmy sobie ustawicznie, że wszędzie jest pełno idiotów na drogach i nawet najwyższe szoferskie umiejętności nie pomogą gdy ktoś szuka zguby swojej i innych.

Zdjęcie z Sieci

Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „Nie ma przypadków…

  1. Xall pisze:

    Jednak „memento mori”. Warto pamiętać o spowiedzi.

  2. bardzo pisze:

    Testament nie wart funta kłaków (454 gramy), Trzeba zrobić trust i uczynić beneficjentami spadkobierców. Bo testament testamentem, ale jest taka procedura, co się nazywa probate, dla sprawdzenia wiarygodności, rzetelności i ważności testamentu, kosztuje duże tysiące w każdym stanie którego spadek dotyczy i trwa w nieskończonosć. Trust całkowicie unika tego probatu i drastycznie zmniejsza podatki zwiazane z przekazaniem mienia, a także ma moc wykonawczą natychmiastową.

    Niestety z powodu koronego wirusa, pani adwokatka od trustów nie przyjmuje klientów. Zatem lepiej przekazać wszystko dzieciom i wnukom za jeszcze zycia.

    Albo na cele dobroczynne, jeśli kto odwazny.

  3. matirani pisze:

    Przy okazji… wpadlo mi w ucho ( i w oko ) od Ks. Oko: https://www.youtube.com/watch?v=on7VPe_SG7s
    Milego

    • bardzo pisze:

      Dziękuję, piekna polifonia, choć to raczej nie na temat. Nie mogę ich skomentować, bo nie mam ruskiej bukwy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s