Na sierpniowy wieczór

Od Anki zimne wieczory i ranki… albo inaczej – zimne w porównaniu do tego, co bywało przed Anką, czyli dniem 26 lipca. W praktyce oznacza to bardzo przyjemną temperaturę pod wieczór każdego dnia. Aż się prosi, by posiedzieć sobie pod gruszą albo morwą. Oczywiście siedzenie o suchym pysku zakrawa na barbarzyństwo, dobrze jest coś przetrącić i lekko zakropić.

O tej porze roku raczej unikamy pracowitego pichcenia w kuchni, a raczej zdajemy się na relaksującą aktywność przy barbecue czyli po naszemu przy ruszcie zwanym też grillem. Urządzenie to może być napędzane węglem drzewnym, jak za dawnych lat, albo gazem nad wulkanicznymi kamykami. Osobiście uważam się za zwolennika tej drugiej technologii, aczkolwiek doceniam urok tego niepowtarzalnego aromatu nadawanego żywności przez węglowe brykiety.

Dziś przygotujmy kilka lekkich, łatwych i przyjemnych przekąsek, które jednak z pewnością wzbudzą aplauz u naszych gości, jeśli oczywiście ludziska mimo panującej epidemii, która ewidentnie zbiera mnogie a śmiertelne żniwo, w ogóle będą skłonni nas odwiedzić.

Barbecue możemy podzielić na dwie zasadnicze kategorie: full wypas, czyli ze stekami, pieczoną kukurydzą, kurczakami, do czego musimy obowiązkowo przewidzieć czipsy, sałatki, a czasem i krewetki w sosie koktajlowym, oraz wersję prostą, czyli taką, która obejmuje hamburgery, hot dogi (wymawiamy: „had’ks”), czasem jakąś kiełbaskę a w wersji rodzimej kaszankę z cebulą (uwaga na okoliczne koty!). Wyższe rodzaje imprez barbecue, na które przychodzi się w krawacie i na których grywa skrzypaczka utwory Bacha, Beethovena i Gershwina, niech nie będą przedmiotem dzisiejszej gonitwy myśli.

Wyjaśniam, iż umieszczenie Gershwina, autora licznych pioseneczek dla ludu, w tym filmowych, w jednym rzędzie z Wielkimi Klasykami, to gryząca ironia z mojej skromnej strony. Pani skrzypaczka na takich imprezach grywa mimo wszystko Gershwina i jemuż podobnych.

Zatem zróbmy sobie coś. Poniższe dania będą trochę inne od oryginałów, bo owe zwyczajne potrawy możemy sporządzić według przepisów z niewieścich magazynów, albo witryn na Sieci.

Uff.  Dość gadania. To było wypełnienie obowiązku kulturowego, albowiem każda porada praktyczna, czy to na Tiwi, czy w Radiu, czy na Sieci, musi zawierać nużący makaronistyczny wstęp, czyli gadanie o niczym.

Do roboty.  Zakasujemy rękawki… ech, znów gafa. O tej porze roku nie mamy co zakasowywać, ponieważ ubrani jesteśmy w koszulki z napisem, zwane swojsko tiszertami. Takoż bierzemy główną z naszych ingrediencji, jaką jest mielona wołowina. Jakieś 60 deko. Chyba nie zdradzimy sekretu, mówiąc, że im wyższy jej gatunek, tym lepiej. Zwykle do hamburgera potrzebujemy mięso nieco tłustsze, niż do innych celów, powiadają że 20 procent tłuszczu to optimum, ale w naszej instancji nasz surowiec może być całkiem chudy, a dlaczego, to się za chwilę okaże. Rozpłaszczamy bryłę mięsa lekko na deseczce i przykrywamy kawałkiem folii dla ochrony przed muchami i innym fruwająco-pełzającym paskudztwem. Rozchodzi się o to, żeby surowiec doszedł do temperatury pokojowej, a raczej kuchennej.

Teraz weźmiemy około 200 ml majonezu, tyle samo keczupu, najbardziej lubię węgierski, na śliwkach i półtorej łyżeczki suszonej papryki, najlepiej wędzonej. Mieszamy ręcznie, żeby nam się majonez nie rozwarstwił, albo co gorsza nie odwrócił, co może się stać przy mieszaniu mechanicznym. Możemy także dodać maleńką szczyptę oregano, a nawet curry.

W międzyczasie, sześć pasków bekonu podsmażamy na patelni, najlepiej żeliwnej, ale może być każda nieprzywierająca, aż będą chrupiące, ale nie przypalone.

Skoro już nasze mięso, to znaczy wołowe, nie wykazuje lodówkowej temperatury, mieszamy je z tym sosem, który przed chwilą sporządziliśmy, pozostawiając na zaś połowę jego ilości.  Robimy sześć hamburgerów o grubości półtora cm każdy. Kładziemy na ruszt według ulubionej procedury (niektórzy podkładają folię aluminiową z dziurkami, inni bez dziurek, jeszcze inni kładą bezpośrednio na ruszt, można także użyć żeliwnej płaskiej patelni – w tej materii ogranicza nas wyłącznie własna imaginacja).

Amerykanie lubią mięso czerwone, a nawet krwiste. Nie polecam. W celu otrzymania stadium medium rare, co oznacza ciemnoróżowe w środku, hamburgery opiekamy przez 3 do 4 minut z jednej strony i 3 minut z drugiej. Uważam, że najlepiej smakują medium, czyli takie szarawe z lekkim różowawym odcieniem i na to potrzebujemy 4 minut z każdej strony.  Jeśli mamy termometr wmontowany w grilla, zatrzymajmy się na temperaturze 175 stopni C, a jeśli mamy termometr kuchenny, to mięso w środku powinno wykazywać 80 – 85 stopni, wtedy jest gotowe.

Amerykańskie buły do hamburgerów na nasz krajowy gust w ogóle nie nadają się do spożycia. Są waciano miękkie, rozłażą się w rękach i smakują mniej więcej jak nasze ciastko bez kremu z uwagi na szczodry dodatek syropu kukurydziannego. No, może niezupełnie jak ciastko, ale wzorem Jankesów lubimy sobie czasem w opisie pozwolić na odrobinę przesady. Polskie swojskie pieczywo wydaje się tu być najlepszym wyborem.  Albo amerykańska buła, tyle że z prywatnej piekarni, ale oczywiście kosztuje ona tyle ile jest warta.

Smarujemy połówki bułek pozostałością naszej majonezowo-keczupowej mieszanki, kładziemy na każdej hamburger.  Tylko szybko, bo wystygnie., Na to podsmażony boczek, słuszny plasterek pomidora, plasterek czerwonej cebulki i liść sałaty, która poza walorami organoleptycznymi posiada właściwość zatrzymywania skapującego tłuszczu. I teraz wiemy, czemu mogliśmy użyć chudego mięsa. Otóż bekon jest wystarczająco tłusty.

Ową połówkę kładziemy na talerzu, jak trzeba, to może być papierowy, A druga połówkę bułki obok. Każdy z konsumentów może sobie indywidualnie ubrać swojego hamburgera, a to musztardą, a to keczupem, a to sosem Barbecue, może także dosolić i dopieprzyć (w tym również jesteśmy dobrzy). Tubylcy lubią sobie obok nasypać trochę frytek.

Kentucky Burbon z wodą sodową i lodem może być tu właściwym dodatkiem.

A teraz hot dog po włosku. Czemu nie? Skoro W Cincinnati regionalnym daniem jest spaghetti z chili, to czemu miałby nie być hot dog po włosku? Miejscowi emigranci ze słonecznej Italii nazywają go bruschetta hotta doggs.

Upieczemy na grillu hot dogi, najlepsze są takie, co zawierają 100 procent wołowiny.  Bo trzeba nam wiedzieć, że do tanich parówek dodaje się literalnie  wszystkiego, a czego, to nie będziemy wyszczególniać, aby nie odbierać apetytu sobie i bliźniemu swemu.

Rozcieramy ząbek czosnku, kroimy w kostkę świeży, słodki pieprz, może być zielony, czerwony, albo żółty, byle nie tęczowy. Potocznie nazywamy go słodka papryką. Kroimy czerwoną cebulę w cienkie plasterki. Małe pomidorki przepoławiamy, a jeśli nie mamy, to te normalne kroimy takoż w kostkę. W misce ubijemy sobie dwie łyżki octu balsamicznego, albo soku z cytryny, tyle samo oliwy z oliwek oraz te wszystkie składniki, które przed chwilą pokroiliśmy. Dodajemy sól, czarny pieprz i jakieś 8 deko pokruszonego sera feta. Także świeżą albo suszoną bazylię i bardzo niewiele oregano.

Bierzemy polskie podłużne bułeczki, bo te amerykańskie to jest w tej aplikacji jakiś ponury dowcip – one są może i zjadliwe, ale zupełnie niepraktyczne z uwagi na strukturę – hot dogi lubią z nich wyskakiwać na śnieżnobiałą koszulkę, oczywiście wraz z barwnymi dodatkami, pozostawiając w dłoni pechowego konsumenta jakieś nędzne okruchy. Otóż na każdego hot doga w bułce kładziemy tę mieszankę z miski i konsumujemy ze smakiem. Uwaga: praktyczna rada.  Dobrze jest najpierw do bułki włożyć owe dodatki a parówkę na wierzch.

Teraz ukłońmy się w stronę Teksasu. Tam mieszkają poczciwi pracowici Meksykanie, których kuchnia emanuje tysiącem smaków i aromatów oraz pieprzem. Zrobimy sobie taco z kurczakiem.

Jeśli w zamrażalniku mamy jakieś kawałki pieczonej kury  pozostałe z obiadu, rozmrozimy je i pokroimy w cienkie paski. W niewielkim rondelku zblanszujemy cienko pokrojoną czerwoną kapustę w ilości około jednej szklanki. Pokroimy w kostkę pomidor i szalotkę, albo niewielką cebulę. Wrzucimy do miski i wymieszamy. Dodamy pół szklanki ananasa z puszki. I przygotujemy 20 deko tartego sera, oryginalny przepis woła o Monterey Jack, ale może to być jakikolwiek ostry żółty ser.

I jeszcze zrobimy teksański sos vinaigrette. Wytrzepiemy pół szklanki oliwki z oliwek z sokiem z limonki albo dwóch do smaku. Dodamy sól i pieprz. I mamy gotowy sos.

Jeśli chcemy na dziś wieczór być prawdziwymi tex-mexami, weźmiemy też trochę cilantro, to jest rodzaj takiej aromatycznej pietruszki.

I teraz tak: Właściwie to powinniśmy nałożyć kurę i tę naszą mieszankę do skorupek specjalnie przeznaczonych do taco. Jednak w Starym Kraju nie zawsze będzie nam się chciało szukać po sklepach tego dość egzotycznego składnika. W takim razie to nasze taco przemianujemy na nacho i na szerokim talerzu albo tacce rozsypiemy czipsy kukurydziane (w miarę możliwości takie bez soli) i na nie położymy co trzeba. Skropimy sosem, a obok na talerzyku położymy pokrojoną limonkę.

W parze z taco (ewentualnie nacho) stoi niezmiennie tequilla, którą spożywa się w sposób specyficzny. Na dłoń u nasady kciuka sypiemy szczyptę soli, bierzemy w palce stakanik tequilli i najpierw zlizujemy sól, potem pijemy co tam mamy, na koniec zagryzamy limonką.

Buen apetito…

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s