Wspomnienie

Któregoś z owych dni zaszliśmy do Muzeum Watykanu.  A jak to było, opowiem.

Najsampierw podjechaliśmy do pierwszego przystanku na Viale Vittorio Emanuelle II. Tam po dokonaniu zakupu kilku drobiazgów wsiedli w autobus słynnej linii 42.  A czemu słynnej, to sprawa podnoszona przez wszystkie przewodniki po Rzymie. Otóż autobus 42 łączy wiele sztandarowych zabytków Wiecznego Miasta, przez co większośc pasażerów stanowią turyści.  Rzecz jasna  tworzy to szwedzki stół dla miejscowych kieszonkowców, a wiadomo, że po Barcelonie Rzym zajmuje drugie miejsce pod względem kradzieży tego typu. 

                                                                                                                           Na zdjęciu – u wejścia do Muzeum

Zwiedzeni nazwą przystanku wysiadamy na San Pietro.  Okazuje się, że należało było wyjść o jeden wcześniej i teraz musimy na piechotę dymać chyba ze dwa kilometry wokół murów Watykanu.  Przejść przez Plac Św. Piotra, całą ulicę Anielską, potem w lewo i pod górkę, a jeszcze nas po drodze zaczepił naganiacz do wycieczek zorganizowanych.  Nie, dziękujemy, wiemy czym to pachnie.  Szalonym galopem przez osiem kilometrów watykańskich korytarzy podczas bombardowania tonami informacji potrzebnych i niepotrzebnych, co zaowocuje umordowaniem i niespamiętaniem nawet najważniejszych spraw.  Cena?  Bagatelka. 58 eurorubli od ryja.  Idziemy dalej.

Kolejka do wrót przybytku osłonięta jest od słońca wysokim murem.  O tej porze dnia i w dzień powszedni oczekiwanie nie trwa dłużej niż pięć minut. Zadziwiające, jak urodzeni bałaganiarze, jakimi są sympatyczni Włosi, potrafią wykazać się perfekcyjnym organizacyjnym zmysłem, gdy sie rozchodzi o pieniądze, w tym przypadku opłaty za bilety wstępu. Już jesteśmy w środku i podziwiamy eksponaty najprzerozmaitsze jeszcze przed wykupieniem biletów. Trzeba powiedzieć, że przedsionek, acz aż zbyt przestrzenny, imponuje funkcjonalnością raczej niż przepychem.  W kasie bilet stoi 13 euro.  To spora różnica wobec wcześniej oferowanej ceny przez ulicznego agenta.

Zdjęcie – boczne drzwi w watykańskim murze

Przysiadamy na dogodnie ustawionej ławeczce wyściełanej miękkim podkładem, żeby opatrzyć obuwie, napić sie wody z plastikowej flaszki i odetchnąć nieco.  Obok nas pędzi strumień zwiedzających.  Zastanawiamy się, jakby to wyglądało gdybyśmy weszli w godzinach szczytu. Wreszcie podnosimy się i ruchome schody zabierają nas na piętro. Chcemy się skoncentrować na Kaplicy Sykstyńskiej i na korytarzu do niej wiodącym.  Po drodze zaliczamy jednak kilka bocznych sal gdzie mieszczą się rozmaite rzeźby, posągi, pomniki. Wszystkie doskonale utrzymane.  Niektóre można dotknąć, choć na wszelki wypadek ukradkiem. Dziwne to uczucie gdy trzymamy w dłoni część dzieła artysty sprzed kilku tysięcy lat. To tak, jakbyśmy wsiedli w wehikuł czasu projektu pana Wellsa.

Drzwi się otwierają i wchodzimy do sławetnego hallu i teraz dopiero nieprzytomne bogactwo uderza nas jak obuchem w łeb.  Nie, nie chodzi tu o perły, kamienie, kruszce, banknoty. Tu jest feeria eksponatów, z których każdego wartość pieniężna jest w ogóle niewyobrażalna, ale wartośc artystyczna, historyczna, kulturalna powoduje, że we własnych oczach na ich tle widzimy się małymi bakteriami na ziarenkach pyłku tego świata.  A jest tego tysiące, dziesiątki tysięcy i na nie nie istnieje żadna wycena w ziemskiej mierze. I to wszystko ma paść ofiarą dzikiego żywiołu przybyłego z Afryki na pontonach i tratwach pod nadzorem sorosowych kanonierek?

Z drugiej strony ten natłok bezcenności przypomina nam o marności czegokolwiek na tym świecie. To wszystko może przestać istnieć za przyczyną jednego zdmuchnięcia Losu, choćby w postaci owej ciemnej nawały barbarzyńskiej dziczy. Ponoć raz już w historii Rzym doświadczył zniszczenia całego kulturalnego dorobku, a stało się to jakoby z rąk naszych, z rąk Wandali.

Przeważająca większość skarbów to freski na ścianach i sufitach.  Wyjaśnijmy za Łysiakiem, że fresk to nie jest po prostu jakieś tam malowidło na scianie czy suficie.  Fresk powstaje poprzez nałożenie barwnika na mokrą jeszcze, świeżą zaprawę, która tężeje wraz z farbą. Fresco w mowie Makaroniarzy oznacza po prostu świeży. Tworzenie fresku wymaga nie tylko artyzmu, ale wysokich lotów wiedzy z zakresu budownictwa, zwłaszcza właściwości betonu, szybkiej, pewnej ręki i zdecydowania. Iluż to asystentów musiał mieć każdy z kreatorów owych wszystkich cudów? Ileż to stuleci zabrało, aby nagromadzić tyle wiekopomnych arcydzieł i to w jednym miejscu. Cóż, z jednej strony propagujemy skromność, ale z drugiej, gdybyśmy byli jako chrześcijańska społeczność konsekwentnie ubodzy, bezlitosny świat wygniótłby nas do ostatniego.  Niby Ucho Igielne, ale dla Najwyższego nie ma rzeczy niemożliwych.  I tego się trzymajmy w odpowiedzi na zarzuty tych, którzy chcą, aby nas nigdy nie było…

Wzdłuż ścian gdzieniegdzie stoją stoiska z pamiątkami. Owszem, można tu nabyć poważne, gustowne artykuły, figurki, krucyfiksy, broszurki, pocztówki, różance, a nawet biżuterię, ale tu i tam widać chińskie badziewie.  Wszystko droższe niż na zewnątrz, co jest zrozumiałe. Podchodzę do poważniej wyglądającego sprzedawcy i powiadam, przepraszam, że zadam panu kilka pytań godnych ignoranta i proszę o wyrozumiałeść.  Strzelaj, dziadek, odpowiada mi ten (choć może nie dosłownie). Gdzie jest Ostatnia Wieczerza boskiego Leonarda? Patrzy się na mnie jak na profana (i ma rację) i powiada, w Turynie. Mogę jeszcze jedno? Proszę, powiada z pewną dozą rozbawienia.  A chusta św. Weroniki? Poważnieje i powiada, muszę się upewnić i szepcze przez chwilę z pania asystentką, po czym powiada, że w  Manopello, w północnej części kraju.  No to już się nie będe kompromitować, dziękuje za cierpliwość i przepraszam jeszcze raz.  Ależ prosimy, dziękujemy że się tu zatrzymałeś.

Są przeliczne arrasy z Arrasu, obrazy, rzeźby, posągi. Długo by opowiadać…

Na zdjęciu:  arras z Arrasu

Od zadzierania głowy boli kark, a pamięć w telefonie niebezpiecznie pęcznieje. U celu naszej wizyty, w Kaplicy nie wolno fotografować, więc wyżywamy się tu, w sieni.  Ależ cóż to za sień.  Szerokości pewnie z dziesięciu metrów, wysokości nawet nie wiem jakiej, a na długość to chyba kilometr i to tylko w tej części.  Zafascynowani otoczeniem, nie zauważamy kierunkowskazu wiodącego do Sistina. Musimy zawrócić, podjechać windą na inny poziom, podejść nazad kilkaset metrów i dość wąskimi schodkami zejść na dół.  Jesteśmy w dużej, prostokątnej sali, zatłoczonej po brzegi.  Liczni strażnicy pokrzykują na zwiedzających, żeby nie fotografowali, ale ci udajom, że nie rozumiom po włosku ani angloamerykańsku i w ogóle i walą zdjęcia aż furczy. Nie wiem, po co, bo wszędzie można kupić obrazki i pocztówki o wiele lepszej jakości niż te uchwycone na smartfonie. Ale tu chodzi o strzelenie sobie samostrzału, co może godzić w powagę tego miejsca, jest to bowiem świątynia.

Zanim zaczęłiśmy sie rozglądać za Stworzeniem Świata, jak magnes przyciągnął nas Sąd Ostateczny, zlokalizowany za ołtarzem. Sporo scen jest dla nas zrozumiałych, ale kim jest ten atletycznie zbudowany starszy człowiek, który wiosłem okłada przerażony tłum, by szybciej wysiadał z jego łodzi? Na samym dole obrazu. Potem okazało się, że to Charon, a rzeka to rzecz jasna Styks.  I tu kolejne zaskoczenie wynikłe mianowicie ze skojarzenia greckich motywów pogańskich z chrześcijańska wizją Tamtego Świata.

(Sąd Ostateczny – obraz z Sieci, Nasz Dziennik)

Stworzenie Świata to niewielki kawałek sufitu w pobliżu środka Sali.  Nic imponującego w porównaniu z ogromnym freskiem zza ołtarza.  Na szczęście można usiąść na ławie przy ścianie, oprzeć kark o boazerię i z nieco wygodniejszej pozycji obserwować wielkość tego miejsca.  Pomodlić się jest rzeczą niemozliwą z uwagi na kłębiący się na wszystkie strony tłum.  A gdy zamkniemy oczy, to nie widzimy tego, po co tu w ogóle się zjawiliśmy…

Jeszcze by się połaziło, popatrzyło, choć wiemy, że tego się nie da w całości zobaczyć.  Życia nie starczy. Ponadto, szron na głowie i nie to zdrowie, mimo ze w sercu ciągle maj.  Pójdziemy do Bazyliki, bo stąd to tylko kilkadziesiąt metrów i nie trzeba już stać w wielogodzinnej kolejce, jako iż już nas przetrzepali na bramce przy wejściu do Muzeum.  Posuwamy się, wiedzeni drogowskazami.

Tabuny, tabuny ludzi. I z nagła znajdujemy się w największym kościele na świecie. Owszem, jest szok.  Ale nie z uwagi na wielkość, czy też raczej ważność, ale ze względu na wrażenie jakby zeświecczenia tego Centrum Cywilizacji. To teraz wygląda jak deptak w parku Łazienkowskim w niedzielę lat pięćdziesiątych. Tu się gada głośno, chodzi szybko, strzela tysiące zdjęć. Na siłę usiłujemy sie pomodlić u grobu Pierwszego Papieża, który nas nie za bardzo widział jako przynależnych do Kościoła, dopiero mikry wzrostem, ale intelektualny gigant Paweł z Tarsu zdołał mu jakoś wyperswadować, że Słowianie (i inni) to też ludzie. Do dziś szeroki strumień brzęczącej monety świętopietrza płynie tu z całego świata, dzięki czemu możemy podziwiać cuda sztuki wieków dawnych.  Dlatego się z nami liczą, choć nie chcą się do tego przyznać.  Pawle z Tarsu, jesteś wielki.

Jeszcze w przelocie zobaczyliśmy zmianę warty szwajcarskich gwardzistów, jeszcze wizyta w miejscu, do którego nawet Wałęsa piechotą chodzi. Chopy wchodzą tam bez przeszkód, ale nasze piękne białogłowy muszą cierpliwie czekać w kolejce na swoją kolej. Ela wchodzi poza kolejką, jako iż jej urzekający uśmiech rodowitej Rzymianki zrobić musiał wrażenie na cieciu, który wpuszcza, kierując ruchem. Jeszcze przydzielił specjalne miejsce w specjalnie wydzielonym kompartmencie dla specjalnych gości.  Ciekawe, czy odprowadzenie przebiega równie specjalnym kanałem…

Przy Via Ottaviano znajduje się jubiler. Jeden z wielu, ale ten jakoś budzi zaufanie. Ponieważ cała ta nasza przygoda wynika z 36 rocznicy zamążpójścia, trzeba to jakos finalnie uczcić i nabywam skromny pierścionek, a raczej rodzaj finezyjnej obrączki dla mojej Ślubnej. Sprzedawca się śmieje, bo z poważną miną żądam certyfikatu autentyczności. Powiada że tego się już od lat nie praktykuje. To już chyba ostatni tutaj zakup.

I na koniec owa rybka z czosnkiem na wolnym powietrzu, o której była już mowa. W piwnicy lokalu znajduje się dodatkowa jadalnia,na wypadek, gdyby ktoś nie czuł sie wystarczająco bezpiecznie obserwowany przez przechodniów w tym zaułku. Albo nie chciał siedzieć w sali barowej.

 Trzeba zbierac się do powrotu.  A szkoda, bo już zaczęliśmy całkiem składnie gaworzyć po miejscowemu. Czy tu kiedyś wrócimy?  Kto wie. Zakusy barbarzyńskiego Wschodu na ten region świata są wciąż silne. Wiele stuleci temu Rzym uratowały kruzady, teraz samo to pojęcie jest politycznie niepoprawniackie. A teraz… nie chce nam się uczyć jeszcze jednej mowy, obcej i złowrogiej dla słowiańskiego podniebienia.  Za rok tu może być mroczno i niegościnnie.

Teraz to juz naprawdę koniec…

 

 

 

 

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Wspomnienie

  1. Pani Blue pisze:

    Mnie też wspomnienia z pobytu w Muzeum Watykańskiego głęboko zapadły w serce. To moim zdaniem obowiązkowe miejsce pielgrzymki każdego z nas. Można sobie odpuścić różne hurgady, albo tak modne teraz – północne kierunki turystycznego podróżowania, a TAM trzeba pojechać. Patrząc na to bogactwo sztuki, tak jak Pan, miałam wrażenie, że tu jest doskonała równowaga między wiarą i uwielbieniem piękna przez człowieka, jego artystycznymi talentami. Jakże inny to świat niż odarte ze sztuki katedry w Holandii, które mogłam oglądać kilka lat temu.
    Tak jest. Arrasy z holu i freski w Kaplicy Sykstyńskiej – ich doskonałość zapiera dech w sercu. Akurat umieścił tu Pan zdjęcie z moim ulubionym arrasem. Ileż triumfu jest w postaci Jezusa Zmartwychwstałego. Jakiż to posiało popłoch wśród strażników rzymskich. A to wszystko wielkie przecież, na cała ścianę, utkane. Genialna sztuka gobelinu. Genialna.
    Z freskami to samo. Ściana pusta, biała, trzeba pokryć freskiem. Jakie to proste i nie-proste jednocześnie. Ostatnie moje wrażenia, freski w Katedrze Ormiańskiej we Lwowie – autorstwa Jana Rosena, oglądane w czerwcu. Absolutne cudo.
    Wzrusza fakt, że kupił Pan żonie rocznicową obrączkę. Nie wiem, co to jest ten certyfikat autentyczności, ale biżuteria (złota, srebrna) ma zawsze taka maleńką karteluszkę, i tam są podane właściwości kruszca i znak firmy. Trzymamy to potem w tych ślicznych pudełeczkach, po wieczne czasy.

    Jeszcze wrażenia z Bazyliki św. Piotra (oj tak, to osobny rozdział). Także program Państwa podróży zrealizowany na maksa. Gratuluję. 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s