Zakończenie

Z perspektywy dwóch miesięcy z okładem, trudno dokładnie opisać, co i gdzie kiedy się wydarzyło.  Takoż, daty i godziny w dalszych relacjach mogą nie być całkiem dokładne. Zacznijmy od poniedziałku, akurat wypadł trzynasty marzec, urodziny naszej starszej pociechy. Trzynastka uchodzi w Rzymie za szczęśliwą liczbę. Rzecz jasna złożyliśmy Dziecku życzenia poprzez whatsAppa, po czym udali na Plac Hiszpański celem odwiedzenia Collosseum.

Obiekt nie powala autentycznością, ponieważ więcej w nim wstawek współczesnego betonu niż oryginalnych murów.  Niemniej, tu i ówdzie historia daje się dotknąć.  Zadziwia trwałość starożytnej rzymskiej zaprawy, której skład do dziś pozostaje niezbadany.  Ponoć w budowli znajduje sie kilka pokoi gościnnych, gdzie można spędzić noc za jedyne 500 eurasów. Szacunku godna jest dbałość miasta o przeszłość.

Kamienne bloki spojone betonem pochodza z rozbiórki sanktuarium w Jerozolimie. Widziały Nauczyciela okładającego sznurem jazgoczących straganiarzy, którzy uciekają z krzykiem i słyszały Wielkie Słowa.  To kolejny przejaw symboliki starcia trzech kultur w gwałtownej ewolucji czasów, jak w filmie Mela Gibsona Apocalypto. Niektóre elementy muru uległy specyficznej erozji w postaci otworów i kanałów, przypominających dziury wygryzione przez jakieś gigantyczne korniki. Ciekawe, jakim sposobem ta symboliczna budowla przetrwała tyle rewolucyjnych incydentów w ciągu ostatnich dwudziestu wieków.

Tego dnia byliśmy już lekko wymęczeni, także psychicznie. Ela widząc gigantyczny żuraw na budowie, czy też odbudowie ochrzciła go mianem łabędzia.  Wszystko jedno.  To ptica i to ptica. Przypomniał nam się zabawny lapsus sprzed lat w moim własnym wykonaniu, stwierdzający, że w Piedmoncie górki są włochate.  A miało być, że Włochy sa górzyste.

Część dnia trzeba poświęcić na małe zakupy. Stragany w okolicach placu di Trevi oferują kicz po cenach nierealnych. Wpadamy na Piazza Navone, ale jeszcze pora za wczesna na występy zwariowanych artystów. Zachodzimy do kościoła świętej Agnieszki i rzecz jasna uderza nas świetnie zachowany wystrój swiątyni. mamy zbyt mało czasu, by bliżej zapoznać się z historią kościoła, więc kupujemy naprędce broszurkę w języku polskim i idziemy dalej.

Nieopodal znajduje się Panteon, przeasygnowany na kościół Matki Boskiej Męczenników. Tu mieszczą się grobowce wybitnych i zasłużonych ludzi Italii, królów, artystów, świętych. Odsyłamy do drukowanych przewodników i Wikipedii, nie chcąc powtarzać po profesjonalnych opisach. Robimy kilka zdjęć, ze szczególną atencją wobec inskrypcji słów papieża Grzegorza XVI: „Tu leży Rafael, którego natura obawiała się, że jest od niej lepszym twórcą, a gdy zmarł, obawiała się, że sama również umrze.”

Mimo że dzień powszedni, w świątyni panuje ścisk. Wychodzimy i od razu natykamy sie na gitarzystę, którego nagranie zamieściliśmy w poprzednim odcinku opisu. Też go nagrywamy i szykuję się, by mu do futerału od instrumentu wrzucić 50 eurocentów.  Stojąca obok nas para śmieje się otwarcie, widać rodacy.  Chcąc nie chcąc, poświęcam całego euro. Niech ma.

Potem idziemy na Piazza Argentina, gdzie jest przystanek naszego autobusu. Tam z kolei gra ten cymbalista, którego też nagrywamy przez minutę czy dwie.

Na miejscu przesiadki wstępujemy do sklepiku po wodę mineralną i zauważamy, iż wódki są tu śmiesznie tanie, o czym byliśmy zapomnieli. Oczywiście, trzeba zaopatrzyć się w oryginalne Amaretto na migdałkach oraz ciemne Amaro. Szkockie whisky sobie darujemy. Te rzeczy można dostać w ruskim sklepie w Chicago.

Następnego dnia umówieni jesteśmy z księdzem Marianem, więc zbieramy siły, a kolację zaliczamy w hotelowej restauracji.

Jeszcze krótka wizyta w polskim kościele świętego Stanisława, a także w dość nowo otwartym biurze podróży, także polskim, jeszcze we środę przechadzka po Corso Vittorio Emanuele, szybkie zakupy i jeden trochę większy nabytek, otóż ponoć w Warszawie chłodno, więc w pakistańskim straganie trzeba kupić Eli kurtkę na wacie. Jeszcze podobiadek na wolnym powietrzu, świetnie zrobiona smażona rybka z czosnkiem, a jakże, i zieloną sałatą, wreszcie pakujemy się do powrotu.

Wizyta w Muzeum Watykańskim, Capella Sistina i w Bazylice zasługuje na odrębną notatkę. O tym jeszcze będzie mowa.  W rozdziale zatytułowanym „Wspomnienie”.

Umówiony prywatny taksówkarz czeka o czwartej w nocy pod drzwiami hotelu. O tej porze można gnać sto dwadzieścia kilometrów na godzinę. Jesteśmy na lotnisku o wiele za wcześnie, niemniej Ela od razu nadaje bagaż i siada, by poczekać aż zaczną otwierać bramki. W międzyczasie na drugim terminalu nadaję swoje bambetle i wracam na Eli stanowisko. Lotnisko Fumicino jest doskonale zaprojektowane i z terminalu na terminal idzie się mniej niż pięć minut.  I się w końcu rozjeżdżamy w przeciwne strony świata tego szerokiego.  Rozstajemy się, jak wówczas. Zobaczymy się za dwa miesiące z okładem. Czy jeszcze kiedyś zobaczymy nasz Rzym?  Cóż, nie wiemy nawet, czy dożyjemy następnego dnia, cóż więc tu planować.  Intencje są, a co z tego wyjdzie, czas pokaże.  Żegnaj, Stolico Świata.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s