Niedzielny relaks

Pójdziemy dziś do naszego kościoła św. Anny.  W języku amerykańskim Msza odprawia się o wpół do czwartej, toteż jeszcze pochodzimy sobie po mieście bez większych zobowiązań.

Lądujemy zatem na Placu Hiszpańskim. Dziś Rzymianie spacerują wraz z turystami, a miasto zapewnia wiele dodatkowych atrakcji. Sa więc uliczni grajkowie, a należy przypomnieć, że Włosi są w sprawach muzycznych niemal tak wymagający jak wobec sztuki kucharskiej. Toteż artyści usadawiają się w przyzwoitych odległościach od siebie nawzajem, aby nie czynić nawet przypadkowej kakofonii. Sto metrów od kolumny Trajana siedzi sobie starszy pan i ewidentnie jest wirtuozem klasycznej gitary. Ubrany jest dostatnio i chyba gra sobie dla przyjemności, niemniej przechodnie wkładaja mu do czapki jakieś drobne. Na sąsiednim placu, Piazza Argentina, także starszy pan przytargał autentyczne cymbały i jeszcze podłączył wzmacniacz na akumulator. Gra dwa czy trzy kawałki, w tym jeden pozbawiony refrenu.  Wiemy, bo dziwnym trafem znamy tę rzymską piosenkę.

Oczywiście, wszechobecne koty wylegują się bezczelnie na chodniku i na murkach.  Nikt im krzywdy nie zrobi, bo są one integralną częścią miejskiego folkloru, podobnie jak warszawskie gołębie. Zresztą wszyscy doceniają pożyteczna rolę, jaką spełniają tu te futrzaki, bez nich szczury zeżarłyby całe miasto wraz z jego mieszkańcami.

Można się przejechać dorożką, taką autentyczną, nie jakimś tam unowocześnionym wehikułem na oponkach. Konie noszą kapelusze z wyciętymi dziurami na uszy, albo fantazyjne czapeczki robione szydełkiem na miarę.  Wygląda to dość zabawnie, ale z pewnościa po włosku. U krawężnika stoi jeden fiakier, czekając w słońcu na pasażerów, a zniecierpliwiony koń skubie za rękaw jakiegoś turystę z plecakiem.  Ten mu nie pozostaje dłużny i tak się wzajemnie skubią.

Ela chce pójść na lody.  Ja nie, mimo, ze włoskie lody słyną na cały świat. Wiem, że przy takiej ciepłej pogodzie, po słodkich lodach natychmiast będzie mi się chciało pić.  A niesłodkich lodów jak na razie nie wynaleziono za wyjątkiem Japonii.  Wdajemy się w pogawędkę z miłą panią lodziarką i postanawiamy wyjaśnić lingwinistyczny dylemat.  Otóż twierdzę, że magro oznacza gruby, a Ela że chudy. Przegrywam zakład. Jeszcze staram się uzasadnić swoje racje, ponieważ mówi się „speravo di dimagrire” co oznacza, ze próbowałem stracić na wadze. Pani lodziarka powiada, że gruby to grasso, więc powinno się mówić digrassare. Po chwili dociera do mie, że w naszej ojczystej mowie także powiada się niekonsekwentnie, iż chcę się odchudzić, a nie odgrubić. Idiom włoski okazuje się identyczny z rodzimym. I jak tu nie lubić tych makaroniarzy.

Koniec końców, Ela spożywa te lody, a ja rozsądnie raczę się wodą mineralną. Prawie że rozsądnie, bo nadmiar wody musi gdzieś ujść, więc trzeba co jakiś czas wstąpić do restauracji i to wcale nie z głodu. Jeszcze zachodzimy do sklepu ze szmatkami i Ela kupuje apaszki na prezenty, o dziwo, wyprodukowane na miejscu, nie w żadnych tam Chinach, jak na ten przykład straganowe różańce. Panie ekspedientki upuszczają na cenie, bo niedziela i chyba będą wkrótce zamykać.

Wreszcie zasiadamy u świętej Anny. Dochodzi kilkadziesiąt osób, w większości młodych. Ksiądz Filipińczyk też młodziutki, gdybyśmy się trochę bardziej postarali, mógłby być naszym wnukiem. Śpiewa niewielki chórek, także filipiński, wygląda na to że szkolony profesjonalnie. Gitara trochę razi w tak dostojnym miejscu, ale niech tam.

Teraz warto zajść do zakrystii, aby pogadać z księdzem, jako że nasz ksiądz Marian, który zatwierdzał nasz ślub (nie udzielał, bo ślubu udzielamy sobie sami nawzajem), bawi właśnie w Mediolanie na rekolekcjach. Młody ksiądz udziela nam specjalnego błogosławieństwa i zdradza, że następnego dnia on też będzie obchodzić rocznicę. W ubiegłym roku pierwszy raz odprawiał Mszę.

Potem jeszcze raz przechadzamy się po placu świętego Piotra i wreszcie odnajdujemy te miejsca, które stanowią geometryczny środek łuków, na których stoją kolumny wokół placu. Faktycznie, stąd widać tylko jeden rząd, a przecież są dwa.

Kolejka do Bazyliki jakby krótsza niż dwa dni temu, ale i tak czas oczekiwania zbyt długi, aby się angażować. Jest także druga kolejka, o wiele krótsza, ale płatna.  Skoro już mamy płacić, to któregoś dnia pójdziemy do Muzeum Watykańskiego, a stamtąd do kościoła dostaniemy się już w ogóle bez żadnej kolejki i w cenie wstępu.

Zatem sta sera zaliczymy jeszcze kluchy i pojedziemy do domu, tym razem nie metrem, ale autobusami.

Znając pułapki związane ze zwiedzaniem Rzymu, staramy się lepiej czy gorzej, ale trzymać jakiegoś planu.  Uleganie pokusie zobaczenia wszystkiego naraz to dość powszechny błąd początkujących, którzy uchodzą nogi, niewiele zobaczą i niewiele zapamiętają.  Aby poznać Rzym, trzeba by tu mieszkać ze dwa lata. My tym razem jesteśmy tu, aby obchodzić naszą rocznicę i odwiedzamy tylko te miejsca zapamiętane lata temu, do których czujemy szczególny sentyment.

Nie mogę się oprzeć, by skomentowac tego klipa ściągniętego z Jutuba. Aktualnie widzieliśmy tego jegomościa. Tu policjanci każą mu tylko ściszyć z uwagi na sąsiedztwo świątyni.  W Polin by zaraz spałowali, zniszczyli sprzęt i wsadzili do kicia na 48. Chyba w Rzymie da się żyć…

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „Niedzielny relaks

  1. Pani Blue pisze:

    Niezapisane, niezanotowane – umyka. Dobrze, że Pan robił na bieżąco notatki i teraz może te wszystkie dni odtworzyć.
    To prawda. Czas się rozłazi w Rzymie, czy lepiej powiedzieć: mija szybko, ucieka, mknie.
    Jeśli tam wrócę, też zajrzę do różnych starych kątków.
    Tam zresztą każda uliczka ma swój czar. Lubię taką biegnącą równolegle do Tybru: Via Giulia. Z tej uliczki blisko do Campo de Fiori, jak dobrze pamiętam. Lubię wieczorną aurę w mieście. Stoliki na zewnątrz restauracji są przygotowane do kolacji. Nigdy ich nie widziałam zapełnionych, bo śpieszyłam się do metra i do kolejki podmiejskiej. Mieszkałam w Ostii. Uroku późnowieczornego Rzymu nigdy nie zasmakowałam. Trochę żałuję. Może nic straconego. Może nadrobię, choć mam coraz mniejszą nadzieję. Mam coraz mniejszą ochotę ruszać się z Warszawy.
    Pan pisze: sklep ze szmatkami. A przecież sklepy galanteryjne w Rzymie są chyba najpiękniejsze w świecie. Elę wiódł do „sklepu ze szmatkami” szósty zmysł. 🙂 Ona dobrze wiedziała, co robi.
    Świetne nagranie z You Tube’a. Bardzo lubię ten placyk przed Pantheonem. Jak zawsze w Rzymie zaburzone proporcje – Pantheon zwalisty, ciężki, duży, placyk raczej mały, choć jak pamiętam, jest miła fontanna.
    Fontanny w Rzymie. Well.
    [Kończy się to moje komentowanie głębokim westchnieniem.]

  2. b pisze:

    Rzym, mimo że inny wygladem, atmosfera jest troche podobny do Warszawy, tylko atmosfera tam na większą skalę, Bo tam sie kultywuje dusze miasta, a nie morduje jak w naszej Stolycy. Tam sie czuje tego ducha w każdej uliczce, podobnie jak na naszej Starówce, tylko że rzymska starówka to megastarówka ilościowo i jakościowo.

    Do Warszawy chyba juz nie zawitam, ale do Rzymu na pewno jeszcze wyskoczymy nieraz. Tam sie wraca.

    Dla mnie to wszystkie sklepy gdzie wiszą gacie na szpagacie to sklepy ze szmatkami, jako że tej dziedzinie ekspertyzy jestem całkowite dno. Dziewczyny mdleja na widok metki od szalika, a dla mnie szalik jak szalik. Ela jest wysokiej klasy specjalistą, bo z zawodu jest modelistką. Niewykorzystany talent. jakie to polskie…

  3. Pani Blue pisze:

    Może Pan zawita, Panie Piotrze. Ja jednak na to liczę.
    Kocham zwiedzać miasta, kocham poznawać ich ducha.
    Ostatnio tak słucham. Naprawdę piękny album

    Dla kobiety to niesamowita przyjemność te galanteryjne zakupy. Mam chusty i apaszki jedwabne sprzed 20 lat, albo i starsze. Bardzo trwały element naszej garderoby.
    Rozumiem Elę bardzo dobrze.

  4. bardzo pisze:

    Ja Was tez rozumiem, choc niekoniecznie czuję ten pęd do autodekoracji. Makuszyński w końcowym akapicie przedmowy do albumu Jeana Effela „Stworzenie swiata” pisał o Ewie co się wystroiła w piórka i pomalowała się burakiem i jęła uwodzić szympansa. Na co Adam poskarżył sie Stworzycielowi, po czym obaj usiedli i zaczęłi płakać.

  5. bardzo pisze:

    To nie ja, to Makuszyński

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s