Febbre di sabato sera

Sobota. Pójdziemy sobie na plac świętego Jana, popatrzymy na schody Scala Santa, a jeśli zdążymy to wskoczymy na Via Sannio przy Piazzale Appio, gdzie można dostać wszystko. Rzetelni poszukiwacze przygód powinni raczej udać się na ten główny targ przy Porta Portese, ale my nie, a to z obawy przed profesjonalnymi kieszonkowcami.  Zatem bazarek przy Piazza di San Giovanni.

Zachodzimy w południe, a więc na godzinę przed zamknięciem. Pod zadaszeniem z płótna i blachy fallistej mieści się całe miasteczko, a właściwie rodzaj hali handlowej. Tu można kupić wszystko, a jeśli się znamy na tkaninach, to za psie pieniądze możemy się nawet nieźle i markowo odziać.  Nie znam się na włokiennictwie, ale to Eli wyuczona profesyja i zdaje się, że nawet coś tam chciała nabyć.

Wkrótce handlowcy zwijają się i idą na sobotnią sjestę. Nic tu po nas, pójdziemy się trochę przejść a może i wstąpimy na jakieś popołudniowe kluchy. Wychodzimy więc z kompleksu i zmierzamy w kierunku północnym.  Życie powoli zamiera, jak zwykle o tej porze dnia.

W pewnej chwili Ela przypomina sobie, że tu w okolicy mieszka nasz świadek na ślubie, ów słynny Giorgio.  Zaraz.  Nie pamiętamy nazwy ulicy, ale to musi być jedna z tych poprzecznych.

Ależ tak.  Nazwa brzmi znajomo, teraz numer.  Zdaje się, że trzynasty, ale pamiętamy charakterystyczny wygląd wejścia i małego podwórka na froncie. O, jest.  Trzynasty to numer mieszkania, jak oznajmia tabliczka z nazwiskiem przy dzwonku.

To co, czy będziemy im przerywać popołudniową drzemkę?  Pewnie, kto wie, kiedy znów będzie okazja się zobaczyć.  Dzwonimy i odzywają się głosy zaspane. Po kilku minutach wychodzi gospodarz i zaprasza nas na lampkę wina do bufetu naprzeciwko. Pani domu musi się wszak nieco oporządzić.

Tempus fugit. Gdybyśmy powiedzieli, że z czasem wyglądamy coraz młodziej, to byśmy skłamali w żywe oczy. Niemniej, czynimy to z wdziękiem. Giorgio, wyglądasz lepiej, niż kiedykolwiek. Młodziej to może i nie, ale rzeczywiście się szelma trzyma nienajgorzej.  Szanowna małżonka też.  Imponuje u niej świetna znajomość polskiej mowy.

Chwalimy się potomstwem, wnukami, pracą. O czym tu innym rozmawiać po trzydziestu sześciu latach niewidzenia? Nasi dawni rzymscy znajomi na emeryturze, jedni mają kłopoty, inni nie. Niektórzy repatriowali do Starego Kraju.  Wymiana kawałów i anegdot. Włoskie żarty o karabinierach są łudząco podobne do naszych o rodzimych milicjantach.

Cóż, miło było, ale komu w drogę, temu sójka za morze. Trzeba się zaokrętować do metra i wracać. Via Appia Nuova rozgrzebana, zupełnie jak w Warszawie i musimy okrążać ogrodzenia w poszukiwaniu drogi. Rozglądamy się za jakimś miejscem, gdzie możnaby coś przetrącić, zgłodnieliśmy cokolwiek, wszak niezapowiedziani goście mogą liczyć najwyżej na dobrą kawę i jakieś słodkawe przegryzki. W końcu decydujemy podjechać w okolice nam już znane, i tak jak poprzedniego dnia, zaliczamy kluchy na Via Cornelia, po czym lądujemy w hotelu.

Zapomnieliśmy nadmienić, iż poprzedniego dnia w pokoju czekała na nas butelka włoskiego Spumanti i słone orzeszki. To Dziecko za Oceanem, znalazłszy namiary na hotel, dało znać dyrekcji o naszej rocznicy, a ponieważ na imię ma tak samo jak Wieczne Miasto, przez sentyment miejscowych poczęstunek zaliczyliśmy za zupełnie friko. Toteż, wyciągając zmęczone kończyny wysoko pod sufit,  konsumujemy resztki owych orzeszków i tego bełta, a także zakupione po drodze słodycze, z których Rzym słynie.

Zaczynamy czuć się tu jak u siebie, podobnie jak wtedy…

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Febbre di sabato sera

  1. Pani Blue pisze:

    Niesamowite, że ich zastaliście w domu, że nie zmienili adresu, że mogliście po tylu latach spotkać się i pogadać.
    Mam fajne zdjęcie z bazaru w Hadze. Siedzę jakaś smętna. Czekam na makaron zasmażany w patelni wok. Wokół arabki w chustach, z małymi dziećmi. Też jakiś czarnoskóry osobnik. Nikt mnie nie zaczepiał. Byłam dla tych ludzi jak przezroczyste powietrze. To był mój drugi kontakt z multi-kulti. Wcześniej – w Londynie.
    Rzym odbierałam inaczej. Ale to było kilka lat temu. Pewnie się teraz zmieniło.
    Dziecko za Oceanem ma talent dyplomatyczny. 🙂

  2. bardzo pisze:

    W cywilizowanym świecie nie eksmituje się lokatorów z błahych powodów. Szczególnie gdy zamieszkali kupili sobie lokal. Dobra dzielnica, po co zmieniać. Jeszcze wnuki będą tam mieszkać.

    „to jest mój las. Ja tu poluję i mój ojciec tu polował i mój przedziad tu polował. I moje dzieci, wnuki i prawnuki tu będa polować” (z Apocalypto)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s