Roma Spogliata, po naszemu

Dziś jest nasza rocznica. Trzydziesta piąta zresztą. Mówiliśmy już o tym wcześniej, więc się nie powtarzajmy. Powinniśmy teraz pojechać do Watykanu i odwiedzić kościól św. Anny, do którego parafii przynależy administracyjnie całe watykańskie państwo .  W miarę mozliwości czasowych wstąpimy także do Bazyliki św. Piotra, gdzie znajduje się centrum cywilizacji, by pomedytować przez chwilę u grobu pierwszego papieża.

Dobrze.  Autobus, metro i wychodzimy na stacji Ottaviano-san Pietro, na skrzyżowaniu Via Ottaviano i Viale Giulio Cesare. Ulica Via Ottaviano wiedzie prosto do placu Resorgimento i dalej do Via di Porta Angelica, przy której to ulicy końcu mieści się nasz kościół i przejście graniczne do Watykanu.

Zaraz u wyjścia z metra wpadamy w potworny tłum ludzi i straganów sprzedających kolorową tanią szmirę, gwizdki, dzwonki, baloniki, szmatki.  Irytujący hałas piszczałek, brzęczyków, dzwonków i nawoływań handlarzy zagłusza obyczajny głos ulicznego ruchu. Niezbyt to obiecujący początek dnia, który chcemy spędzić na refleksjach i wspomnieniach w otoczeniu wielowiekowych reliktów.

W miarę zbliżania się do murów Wiecznego Miasta, handel sie wzmaga. Plastikowe różańce kosztują dziesięć euro za tuzin, plastikowe figurynki Matki Boskiej i świętych, niektóre świecące w ciemnościach fluorescentnym blaskiem, bezguście gipsowych miniaturek Colosseum i innych miejscowych obiektów, koszulki i czapeczki z inskrypcjami Rome i Italy, a także z innymi przesłaniami, niekoniecznie całkowicie przywoitymi. Czarni jak noc murzyni z Afryki oferują składane koszyki na orzechy, których działanie demonstrują co chwila z głośnym trzaskiem, Hindusi z plastikowymi piłeczkami z galarety i co tam jeszcze. Najbardziej natarczywi są jednak uliczni agenci oferujący grupowe wycieczki z przewodnikiem po Muzeum Watykańskim.  Nie, nie jesteśmy zainteresowani zorganizowaną przechadzką, jesteśmy tu po to, aby obchodzić nasza skromną rocznicę.

Via di Porta Angelica, czyli ulica Anielskiej Bramy, biegnie równolegle do watykańskich murów. Teraz w dodatku do dotychczasowego zamieszania pojawiają się liczni żebracy. Niektórzy z nich są agresywni, usiłując wzbudzić w turyście poczucie winy z powodu bycia względnie dobrze sytuowanym. Są trudni do uniknięcia, obejścia, ale jak na razie idzie nam nienajgorzej i jakoś posuwamy się do przodu. Jeden człowiek, niestary, pozbawiony obydwóch dłoni, siedzi spokojnie w cieniu ściany. Temu wręczamy euro czy dwa.

Wreszcie docieramy do odrzwi kościoła świętej Anny. Wrota są jednak beznadziejnie zamknięte na klucz i możemy najwyżej pocałować klamkę.  Szwajcarski gwardianin wyjaśnia uprzejmie, ze kościół zostanie otwarty o czwartej. Za dwie godziny.  No dobrze, chodźmy więc do bazyliki.

Plac świętego Piotra zlokalizowany jest może o sto kroków na południe. Pod klumnadami stoją liczne barierki z bramkami kontroli bezpieczeństwa.  Monumentalna bazylika największego kościoła na świecie zaprasza do środka.

Hola, hola, naiwny pielgrzymie. Nie tak szybko. Tu jest kolejka do punktu kontroli. Rozpoczyna się między arkadami, a kończy nie wiadomo, gdzie. Oceniając po prędkości, z jaka sie posuwa,  czas oczekiwania może ciągnąć się do czterech godzin. Sprzedawca wody zarabia swoją działkę na wodzie z pobliskiej fontanny w plastikowych butelkach. Lepiej wydać te kilka euro niż pójść się napić i stracić drogocenne miejsce w kolejce. Fontanienna woda jest tu jak najbardziej pitna, a smakuje jak nigdzie indziej.

Nie, aż tak religijni to my dziś nie będziemy, by stać w pełnym słońcu Włoch przez długie godziny. Spróbujemy znaleźć jakiś inny sposób aby dostać się do Bazyliki.

Przejdźmy się więc po placu a potem pójdziemy coś wrzucić na ruszt. Naganiacze do restauracji i trattorii nie próżnują, ale akurat to nie razi, jako że stanowi tradycję nierozerwalnie związaną z rzymskim folklorem. Za którymś razem spoglądamy na wręczony nam jadłospis i decydujemy się zejść na dół schodami do ulicy Tunezyjskiej i usiąść w tawernie Lino. Spaghetti con vongole niech trochę osłodzi nasza frustrację. Jedzenie stanowi integralną część życia Italii.  Dziś jesteśmy Rzymianami.

Kościół świętej Anny jest niewielki, ale bogato zdobny, podobnie jak wszystkie kościoły w Rzymie. Budowę świątyni rozpoczęto prawie pięć stuleci wstecz, a zabrało lat dwieście, aby ją ukończyć. Eliptyczna podstawa jest charakterystyczna dla wczesnego baroku. Usiedliśmy w pierwszym rzędzie ławek i przez chwilę wyobraziliśmy sobie, ze jesteśmy trzydzieści pięć lat młodsi i o tyle ładniejsi.

Cóż robić teraz? Nasz Rzym nie jest już tym Rzymem, jaki pamiętamy. Nie można tu już biegać po mieście jak przed laty, a raczej trzeba sie przepychać łokciami przez nieprzeliczony tłum turystów, handlarzy i naciągaczy.  Wstępujemy na chwilę do polskiego sklepu naprzeciwko bramy watykańskiej. Sprawdzamy w bankomacie, czy karta bankowa tu pracuje i zaczynamy myśleć o powrocie do domu. Krótka kolacja w trattorii przy ulicy Cornelia kończy nasz pracowity dzień.  Złózmy sobie rocznicowe życzenia…

 

 

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Roma Spogliata, po naszemu

  1. Xall pisze:

    Piękny jubileusz i pięknie opisany. Życzenia i serdeczności.

  2. Jędrek pisze:

    Bożego Błogosławieństwa na tą i kolejne rocznice!

  3. bardzo pisze:

    Dziękujemy, dziękujemy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s