Wspomnienie konspiratora

Niechaj tym razem moim się stanie udziałem opowieść o tym, co wydarzyło się w ojczystej mojej Judei lat temu bez mała dwadzieścia.

Moje imię brzmi Juszua, jeno zbieżność brzmienia zawołania mego z imieniem Nauczyciela i proroka z Nazaretu wynika z przypadku. Ale i tak mało kto woła mnie tym nazwaniem, a znany byłem zawsze  jako Syn Ojca, czyli Bar Abbas.

W młodości i wczesnych latach dorosłych zajmowałem się jako Hebrej, czyli wojownik (Gibbor), walką przeciw rzymskiemu ciemiężcy. Zyskałem nawet niemałą sławę wśród ludu, która jednak nie była mi wygodna, jako iż przeszkadzała w skutecznym wypełnieniu powinności mojej.

Ale zacznę od początku. Dajcie, proszę wody, bym mógł zwilżyć krtań wyschniętą, o tej porze roku powietrze tutaj drży od suchoty. Może być z odrobiną wina, ale niedużo. Nie chciałbym byście zarzucili mi konfabulację w widzie pijanym, ponieważ mówić będę o zdarzeniach dziwnych i niewyjaśnionych.

Wychowałem się w Judei, w maleńkiej wiosce położonej o kilka mil na południe od stolicy, a to za rządów nieudacznika Archealosa, syna Heroda Wielkiego. Mój ojciec hodował trzodę i bydło, a stada jego nie były najmniejsze.  Stać było rodzinę naszą na utrzymanie domostwa zacnego i kilku niewolników, a także wolnych robotników czasowych. Od maleńkości przebywałem na pastwisku i w gospodarskich pomieszczeniach, a w wieku lat siedemnastu poważano już mnie jako w miarę doświadczonego pasterza i hodowcę. Fach to był popytny, albowiem z uwagi na bliskość świątyni i sanktuarium, co piękniejsze zwierzęta zakupywane były z przeznaczeniem na ofiarę. Takoż byczki nabywali Grecy i Rzymianie jako bydlęta ofiarne i robocze.

Trzeba wyjaśnić sytuację, w jakiej znajdował się wówczas umęczony naród judejski. Znienawidzony okupant prócz zdzierania drakońskich danin, ingerował we wszystkie dziedziny życia Żydów, próbując nawet zmieniać uświęconą Tradycję wedle własnych pogańskich reguł. W innych prowincjach Rzymianie nie napotykali większego oporu, albowiem większość społeczności Imperium i tak wyznawała wielobóstwo, ale my wszak żyjemy zgodnie z Przymierzem.

I tak, zaraz po śmierci Heroda Wielkiego w roku 3762, na tron wstąpił, zgodnie z jego wolą, syn Archealos. W krótkim czasie bezkrólewia, lud Judei strącił z wrót Świątyni dwa złote orły umieszczone tam przez władze. Sprawcy zostali uwięzieni i skazani za beszczeszczenie cesarskich symboli. Ale ponieważ sporządzanie i wystawianie na widok wizerunków żywych stworzeń niezgodne jest z naszym Prawem, wydarzenie to dało początek powstaniu, które rozprzestrzeniło się na całą krainę Palestyny, oprócz Samarii, zwanej wówczas Sebastą. W kilka miesięcy później, rzymski generał imieniem Warus, brutalnie stłumił wyzwoleńczą walkę, wieszając na krzyżach dwa tysiące przywódców. Odtąd opór przeciw okupantowi zszedł do podziemia.

Drugim ważnym powodem, dla którego rzymska okupacja była nam nieznośna, to ich ustawodawstwo w sprawach pieniężnych. Nie znam się na zawiłościach naliczania procentów od pożyczek, ale powiem, co wiem. Cesarz Oktawian August wprowadził prawo zakazujące pobierania lichwy, a dopuszczając odsetki proste, cokolwiek to oznacza. Właściwie ludu to niezbyt dotyczyło, a bardziej nielicznych, a bogatych właścicieli wielkich ilości kruszców i monet, a oni byli wielce możni i władni wpływać na politykę Palestyny, a nawet całego cesarstwa, właśnie poprzez udzielanie pożyczek.

Ale najbardziej dotkliwym powodem niezadowolenia ogółu ludu Izraela, a zwłaszcza Judei, były praktyki pobierania danin przez cesarskich urzędników, którzy nierzadko kierowali się swoim interesem i odzierali lud nadmiernie, wkładając wszelkie nadwyżki do własnych kieszeni. Stąd obecność Rzymu w Palestynie miała charakter okupacji, w odróżnieniu od protektoratu w innych prowincjach imperium.

Pewnego dnia  do naszego latyfundium zawitała rzymska dekaturia a celnikiem na czele, w wyniku czego pozostaliśmy bez trzody, bez bydła a i dom trzeba nam było sprzedać dla okupienia się zdziercy. Dobrze, że w czas udało się nam dać znać niewolnikom, by się kryli, bo ich także by nam skonfiskowali. Natychmiast po odejściu cesarskich rabusiów uwolniliśmy ich wszystkich co do jednego, by także nie wpadli w chciwe łapska rządowego urzędnika. Ojciec mój zmartwił sie jedynie trochę, albowiem przezornie ukryte miał tu i tam jakieś walory, z którymi mógł ubieżać z całą rodziną do Peluzjum w Egipcie, albo nawet do Aleksandrii i rekonstytuowac życie od nowa, ale matka moja umiłowana z frasunku postradała zmysły, zaniemogła i wkrótce oddała ducha wielkiemu Adonai.

Wtenczas gniew mną wielki zatrząsł i przysiągłem, że za każdy włos na głowie mojej zmarłej Mamy, dziesięciu wrażych pójdzie do ziemi z mojej własnej ręki. Ojciec mnie mitygował, prawiąc, iż skuteczniejszą formą walki, czy zemsty, byłby właściwy nacji naszej podstęp, choćby wkręcenie się w rzymski system zarządzania, by go rozsadzać od środka. „Pobieraj nauki, mój synu i rośnij w znaczenie, a kiedyś ty i tobie podobni przyczynicie się do upadku całego Rzymu”. Tak mówił, ale czy kto słyszał, aby wściekły siedemnastolatek kiedykolwiek słuchał słów ojca swego? Zaraz więc uścisnąwszy go i siostry moje, znikłem z domu i tego samego wieczora wkradłem się do siedziby owego celnika, któregom własnoręcznie udusił. Przydała się tu wprawa w walce przeciw bydłokradom i innym złoczyńcom, od których trzeba było chronić żywinę.

Z rezydencji Rzymianina wyszedłem bogatszy o worek walorów. Było tam kilkadziesiąt złotych augustowych aureusów, a także cała masa denarów i sestercji w srebrze, jako iż herodowymi miedziakami nie warto się było obciążać. Zabrałem też długi, prosty miecz zwany spatą i krzywy nóż ostry po wewnętrzej stronie, taki, jakiego używali żołnierze Aleksandra trzysta lat wstecz.

I teraz pewnie oczekujecie, że wam powiem, jakobym bogactwa owe rozdał biednym.  Otóż nie, jeślibym tak rzekł, skłamałbym, wbrew Prawu, które Mojżesz przyniósł ze szczytu Synaju. Wszak nie mogłem obnosić się nie tylko z pieniędzmi, ale w ogóle ze swoją obecnością. Tak więc udało mi się rozdać tylko nieco więcej jak połowę, a za resztę nabyłem lekki saber wschodniej roboty i trochę sprzętu wojownika, jako że ciężka spata przeznaczona była do walki konnej, której z oczywistych powodów prowadzić nie mogłem.

Wielu Rzymian padło przez następne kilka lat za przyczyną moją.  Za każdym razem, gdy ubiłem wroga, powiadałem sobie w duchu: „Mamo, oto mała część zapłaty za życie twoje i niedolę”. Wtedy jeszcze nie myślałem o idei wolności żydowskiego narodu, chciałem jeno unicestwić jak największą liczbę znienawidzonych okupantów. Muszę przyznać, że nie wahałem się przed zaborem, a raczej odbiorem bogactw, gdziekolwiek to było możliwe. Wiele zubożałych rodzin wspomogłem dzieląc się z nimi łupem, jako że nie dla pieniędzy, a z zemsty prowadziłem walkę swoją.

Któregoś dnia zaczepił mnie jeden nieznajomy. Wyglądał i brzmiał jak prowokator w służbie pretorian i chciałem go zaraz pozbawić życia za pomocą owego aleksandrowego noża, który był jakby pomyślany do podrzynania gardła, ale on był lepszy ode mnie w walce wręcz i odebrał mi broń w kilka zaledwie sekund. Okazało się, ze należał do grupy skrytobójców walczących o niezawisłość krainy, zwanych sykariuszami, czyli sztyletnikami, którzy zajmowali się tym samym co ja sam. Ich walka nie miała powodów związanych z zachowaniem wymogów naszej religii, jeno dążyli do wolności narodu Judei. W większości przypadków pozbawiali życia zdrajców, Żydów i innych, idących na współpracę z Rzymem. Człowiek ten zaproponował mi, abym się co nich przyłączyl.

U sykariuszy nauczyłem sie wielu sposobów walki i tajnej roboty. Sztukę ukrywania sie opanowałem do doskonałości. Tak samo umiejętność jazdy konno, zabijania bez oręża, pływania, przetrwania, a nawet pojąłem podstawowe zasady pisania i czytania w kojne.

Przez wzgląd na osobliwą zawziętość moją w uśmiercaniu znienawidzonych wrogów narodu, szybko zyskałem mir w grupie swojej i nierzadko przyszło mi pełnić funkcję dowódcy w przypadkach gdy do wykonania zadania potrzebnych było kilku wojowników.  Akcje nasze stawały sie coraz bardziej brawurowe i wkrótce byliśmy nie tylko utrapieniem, ale wręcz postrachem urzędników okupanta, jak i nędznych kolaborantów.

Nie chcę opisywać w szczegółach naszej pracy. W oczach Rzymu byliśmy zbrodniarzami, podczas gdy ludnośc lokalna sławiła nas jako bohaterów. Teraz, z perspektywy czasu, nie widzę przyczyn, dla których powinienem się chełpić walką moją bądź co bądź zbójecką, przyznając  ze wstydem rację ojcu memu, który radził walczyć rozumem, a nie ostrzem sztyletu.

Wpadłem w sposób najgłupszy z głupich. Pretorianie wyłuskali mnie z tłumu wskutek zdrady któregoś z młodych sykariuszy. Donosiciel rzecz jasna nie przeżył nawet godziny po swoim czynie, ale ja znalazłem sie w łańcuchach w lochu pałacu pretorium, goszczącego cesarskiego namiestnika w częstych jego wizytach w Jerozolimie. Wprawdzie zdołano mi zarzucić jedno tylko zabójstwo, ubiłem bowiem żołnierza chroniącego szpicla, któy był rzeczywistym celem ataku mego, ale i to wystarczyło, abym po krótkim procesie skazany został na krzyż.

W sąsiedniej celi więziony był ów człowiek, o którym wspominałem na początku, Juszua z Nazaretu. Nie znam, pod jakim oskarżeniem, mogę jedynie przypuszczać, iż wedle kapłanów i rabinów, mógł być winien bluźnierstwa i lekceważenia faryzejskich praw, kupiectwu zaszedł za skórę raban straszliwy czyniąc u wniścia do świątyni, gdzie oburzony profanacją tego miejsca sam jeden powywracał stragany i kramy, rozgonił precz zwierzęta ofiarne, a biczem sporządzonym z własnego pasa złoił grzbiety lichwiarzom i handlarzom (widziałem to na własne oczy i już wtedy Juszua zaskarbił sobie w wyniku tego moja wielką sympatię). Pospolita gawiedź natomiast mieć mu mogła za złe, iż nie stanął na czele powstania przeciw cesarskiej władzy, jak lud oczekiwał, wykorzystując wielki swój prestiż, mądrość i zdolność porywania wielotysięcznego tłumu za sobą.

Namiestnik cesarski imieniem Pilatus przebywał właśnie w stolicy i możni Judei zwrócili się do niego o dokonanie sądu nad Nauczycielem. W moim przypadku sprawa była jasna, udowodnione zabójstwo, któregom się nie wypierał. Ale Juszua nie uczynił wszak nic zdrożnego, a dbałość o zachowanie powagi miejsca, w którym mieszka Adonai powinna była pracować na jego korzyść.

Ale starszyzna duchowa, zwłaszcza wysoko postawieni faryzeusze, porażeni byli strachem przed utratą, czy nawet umniejszeniem wpływów na lud. Juszua nauczał, iż Najwyższemu niekoniecznie podobać się musi niewolnicze przywiązanie do rytualnych gestów i zachowań, a bardziej Go zadowala rzetelne i godziwe zycie zgodne z Dekalogiem, jak Grecy nazywają nasze dziewicze Prawo .

Umęczono nieszczęśnika straszliwie, a Pilatus nakazał to uczynić celowo, albowiem nie widząc żadnego istotnego przewinienia jakoby popełnionego przez Juszuę, chciał uniknąć egzekucji jego.  A wiadomo jest, iż według obyczaju Rzymian ubiczowanych na krzyżu sie nie wiesza. Oprawcy nadgorliwie storturowali biedaka tak, ze z trudem się poruszał.

Jednak wzburzony motłoch wrzaskiem i jazgotem niebosiężnym żądał śmierci człowieka, którego zaledwie tydzień wcześniej witał jak udzielnego władcę jakiegoś, kładąc mu pod nogi kwiecie i liście palm wołając hosanna. Jako ostanią próbę ocalenia, namiestnik skorzystał z prawa zezwalającego na ułaskawienie jednego ze skazańców, a to z okazji naszego święta Przejścia. Tym drugim byłem ja.

Piłatowi nie szło zgoła o okazanie miłosierdzia. To był rządca twardej ręki, okrutnik i tyran. To mnie on chciał stracić, by sykariuszom dać przykład odstraszający i zasłużyć się łasce cesarza, którym zresztą był ponoć człowiek niespełna rozumu. Ponadto, żona jego z pobudek jakoby szlachetnych nakłaniała go, aby uczynił wszystko, aby uwolnić Juszuę.

Powiedział do tłumu: „Skoro przekroczył wasze prawo, sami go ukarzcie”. Jednak kapłani wyjaśnili, że im tego uczynić nie wolno. I w ten sposób, jak zawsze, dokonali zbrodni na niewinnym rękami cudzymi.

Postawiono nas, skazańców, naprzeciw siebie. On sie słaniał na nogach z wyczerpania, a głowę jego spowijał wieniec upleciony z kolczastych głęzi. Komu się chciało narażać dłonie na pokaleczenie sporządzając taką koronę. Musiał to być perwert jakiś, gotów poświęcić inwencję swoją po to, aby dołożyć się do cierpienia człowieka ku uciesze równie zwyrodniałej gawiedzi. Spojrzałem w jego oczy błękitne i rzekłem, że sam poproszę sędziego o jego uwolnienie, albowiem po pierwsze, wyrok na mnie z punktu widzenia rzymskiego prawa był sprawiedliwy i słuszny, a po drugie sława męczennika w walce o wyzwolenie ludu spowodowałaby, iż imię moje byłoby pamiętane przez wiele pokoleń.

Skarcił mnie Juszua za pychę moją Herostratesową, powiadając, że nic nie rozumiem i że powinienem był słuchać mego rodzica. Skąd on mógł wiedzieć, co mi ojciec mówił wiele lat wcześniej? Tak się wtedy zastanawiałem, ale wiele spraw wówczas tajemniczych, stało się niewiele później dla mnie jasnymi. On widział śmierć swoją jako zwieńczenie misji, która mu była przeznaczona.

Takoż nakazał namiestnik swemu heroldowi, aby rzucił w tłum ową alternatywę, kogo ma ułaskawić i uwolnić. Gawiedź bez żadnego namysłu wskazała na mnie. Nie zdziwiłem się temu, albowiem w oczach ludu my, sykariusze, byliśmy bohaterami, konspiratorami w walce o wolność nie tylko Judei, ale całej Palestyny, za wyjątkiem oczywiście pogardzanych Sebastów, czyli Samarytan. Ponadto, Juszua był mieszkańcem Galilei, a więc obcym, cudzoziemcem. Ponieważ zdjęto mi więzy, nie mogąc przekrzyczeć wrzawy, wskazałem palcem na niego, jego, jego każcie ułaskawić. Nie, uparty tłum żądał spektakularnej egzekucji, a to, jakem się później dowiedział, nie bez udziału agitatorów opłacanych przez faryzeuszy.

Jeszcze ukląkłem przed Pilatusem, oferując siebie za Nazaretańczyka, ale ten spojrzał wokół i rozłożył bezradnie ręce, po czym nakazał przynieść kubełek z wodą i umył publicznie dłonie, powiadając, że nie jest winien śmierci tego niewinnego.

Potem nastapił odrażający cyrk. Skazańców w liczbie trzech przepędzono ulicami miasta, a nieść musieli poprzeczne belki krzyża, do których mieli byc umocowani, czy to gwoźdźmi, czy to powrozami. Juszua, choć z natury postawny i silny, jako ze całe życie zajmował się ciesiołką, teraz był tak umęczony, że nawet jednej deski by nie uniósł. Przeto wyznaczono do tej roli jakiegoś przyjezdnego, zdaje się z Kartaginy, czy też Cyreny.

Już niedaleko miejskiej bramy korowód napotkał grupę pogan przybyłych na handel z dalekiej Północy. Kilkunastu chłopów na schwał na jeszcze większych koniach, uzbrojeni byli po zęby, a nosili się tak, jakby oręż był jedynie naturalną częścią ich postaci. Dobywszy mieczów, przystąpili do rozganiania ludu na cztery strony świata, z wyraźnym zamiarem odbicia i porwania skazańców, a zarówno miejscowi jak i rzymscy strażnicy i żołnierze, z trwogi i zaskoczenia poupuszczali tarcze swoje i włócznie. Jednak sam Nauczyciel, a potem sie okazało, ze również i Prorok, rzekł im kilka słów w jakiejś dziwnie brzmiącej mowie, która szeleściła i dzwoniła delikatnymi zgłoskami, na co oni ze zdziwieniem schowali broń i pozdrowiwszy go niczym boską istotę, zakręcili końmi i poszli swoją drogą.

Wiecie, ja wam powiadam Nauczyciel, czy Prorok, ponieważ wówczas nie wiedziałem tego, co wiem obecnie. On był kimś więcej i czymś więcej, niż natchnionym rabinem. On był wysłannikiem Najwyższego, owym z dawien dawna oczekiwanym Mesjaszem, posłańcem na ziemię w celu wyprostowania zamąconej mnóstwem przepisów i praw człowieczych wiary w Tego, Który Jest. W celu przypomnienia ludowi Judei, o jego wybraństwie , by poprowadzili ludzkość ku Dobru i Roztropności.

A potem okazało się, że jest jeszcze Kimś więcej, ale nawet nie śmiem o tym mówić. Wtedy zwyczajnie żal mi było tego człowieka, bo cierpiał niezasłużenie i z zawziętości judejskiego narodu. Trzeba było widzieć te twarze, wykrzywione w nienawiści i pogardzie, wypluwające obelgi i szyderstwa.  To dla tej podłej, nikczemnej masy sykariusze poświęcali całe życie swoje?

W końcu Juszua umarł na krzyżu. Wprawdzie najemnicy sarmaccy, którzy pełnić mieli funkcję katów, gdzieś się cichcem zapodzieli i trzeba bylo wołać ohydnych Nubijczyków, w międzyczasie ktoś ukradł gwoździe, nie wiadomo, czy po to, aby odwlec egzekucję, czy z uwagi na wartość żelaza równą niemal cenie srebra, wprawdzie jakiś cudzoziemiec z dala mierzył juz z łuku w łeb oprawcy, umęczonego Juszuę przybito do krzyża, a nad głową jego umieszczono ironiczną inskrypcję.

Skazaniec skonał w ciągu kilku godzin wśród prześmiewczych krzyków widowni. Musieli go byli mocno sponiewierać, albowiem na krzyżu można wisieć dwa albo i trzy dni, zanim się dokona żywota. W momencie zgonu jego nastapiło kilka nienaturalnych wydarzeń. Gwałtowna nawałnica z gradem rozpędziła zbiegowisko, przy czym trzęsienie ziemi utrudniło ucieczkę. Słońce na jakiś czas znikło, co spotęgowało panikę. A wtedy setnik rzymski, najemny Sarmata, rzekł głośno: On naprawdę musi pochodzić od samego Najwyższego. Umierając, rzekł: „Skończone!”  Co to miało oznaczać?

Chciałem podejść do grupki kilku niewiast i młodzieńca, którzy pozostali pod krzyżem do samego końca, ale w owej chwili musiałem znikać, ponieważ ktoś mi szepnął skrycie, że niedobrze mi pozostawać na widoku, jako że łaska namiestnika może jeździć na pstrym koniu i mógłby mnie nakazać zgładzić skrytobójczo. W każdym razie wiedziałem już na pewno, że Juszua, znany w greckojęzycznym Izraelu jako Isos, nie jest człowiekiem z tego świata. W tym przekonaniu utwierdził mnie fakt Jego powstania z grobu następnej nocy, a widziało Go później żywego więcej jak pięć tysięcy osób. I jadł z nimi rybę, więc nie była to zjawa, a rzeczywista postać.

Pokrótce powiem, co się ze mna stało potem. Za ukryte na czarną godzinę walory zakupiłem konia i kilka przedmiotów przydatnych w podróży i znikłem. Najpierw udałem sie do Libanu, gdzie w porcie Tyru zaokrętowałem sie wraz z wierzchowcem na trójrzędny statek wiozący cedr i jedwab do Rzymu.

Tam, zatrudniwszy kilku zabijaków, robiłem za ochronę co cenniejszych ładunków w drodze z portu do stolicy. Kilka lat później w Ostii popadłem w niewolę, a to za sprawą oddziału pijanych pretorian i wystawiono mnie na arenę, by pastwił się nade mna zawodowy gladiator na rydwanie. Korzystając ze swych umiejętnosci walki, podstępem go pokonałem i roztrzaskałem wehikuł jego, w następstwie czego dano mi rudis, drewniany miecz, na znak, że już nie muszę z bronią walczyć o przeżycie. Także czwórka przepięknych koni z rozbitej kwadrygi, z łaski cezara stała się moją własnością.

I wtedy poznałem niewielkiego wzrostem, ale mądrością wielkiego Saula, który pochodził z Tarsu. Ten faryzeusz wiele mi wyjaśnił, a potem polał mi głowę wodą, co oznaczało, iż zostałem przyjęty w poczet społeczności, którą Rzymianie z pogardą nazywają chrześcijanami.

Przeto powinnością moją jest teraz dawać świadectwo Prawdzie, co niniejszym czynię.  Pytajcie.  Jeśli zdołam, odpowiem, jeśli nie, odeślę was do mądrzejszych od siebie.

Ilustracje: Z Sieci

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Wspomnienie konspiratora

  1. Pani Blue pisze:

    Nowa opowieść, Panie Piotrze. Proszę wybaczyć, ale do uważnej lektury wrócę pewnie dopiero w piątek.
    Ilustracje z sieci.
    A ta ostatnia? Co to za płótno? Ależ piękne światło. Poza skryby. Jego szata. Cymes wszystko.

  2. bardzo pisze:

    Przypisuje się Walentemu z Bolonii. Ale na pewno nie wiadomo.
    Miło ze Pani zaglada.

  3. Pani Blue pisze:

    Światło jak u Rembrandta.
    Panie Piotrze, piękna opowieść, bardzo dobrze napisana. Wielu szczegółów nie byłam świadoma
    Chyba historia zatoczyła koło, bo dziś też w tamtych stronach chrześcijanie są znienawidzoną społecznością i cierpię przecież bardzo. Kobiety są porywane, siłą zmuszane do małżeństwa z wyznawcami islamu.
    To mi przypomniało o pewnej książce, kupionej, nieczytanej, o zgrozo.
    Na wszelki wypadek podaję link. Może Pana zainteresuje.
    D. Rosiak, Ziarno i krew
    Jak coś się w tym linku poknoci, to przepraszam z góry. Dawno tego nie robiłam.
    Jeszcze zwróciłam uwagę na wyraz: rekonstytuować.
    Jakoś rzadko go spotykam.
    Formant re jest angielski, ale zadomowił się w polszczyźnie i wyraźnie nabrał słowotwórczego potencjału.
    Przepraszam za szczegóły, ale nigdy nie mogę się oprzeć.

    A swoją droga, jakże prostuje się wszystko w naszym życiu, gdy GO przyjmujemy do serca, czemu daje świadectwo narrator Pana opowieści.

  4. bardzo pisze:

    Ale tenebryzacja praktycznie niewidoczna.

    Nie jest tajemnicą, że aktualnie mamy do czynienia z najgorszym i najintensywniejszym prześladowaniem chrześcijan w całej historii. Może kiedyś rozwiniemy tę tezę.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s