Nowe Love Story, rozdział drugi – ten pierwszy dzień

Anglo-American version to come soon.

 

W poprzedniej epoce, każdy niemal spacer po Rzymie rozpoczynaliśmy od naszego ulubionego miejsca, a mianowicie od placu i bazyliki Santa Maria Maggiore. Postanowiliśmy zatem i tym razem pierwszego dnia nawiązać do tradycji i od razu tam sie udać.  Zaraz więc po śniadaniu wykupiliśmy jednorazowe bilety na miejską komunikacje i podjechali do pobliskiej stacji metra.

Teraz będzie niewielka dygresja.  W recepcji hotelu poinformowano nas, że trzydniowy karnet na poruszanie sie po mieście kosztuje eurorubli 38, a tygodniowych nie ma. Coś nam to się prawdopodobnym nie wydało, skoro półtoragodzinny bilet stoi euro siedemdziesiąt. Młody i chyba jeszcze nieswiadom sztuczek praktykant konsjerżki jednak powiedział, że tygodniowy abonament owszem, jest i kosztuje € 21. Na stacji metra okazało się, że niewiele się pomylił. Ale 38 to chyba było przeholowanie, albo celowe wprowadzanie jankeskich turystów w błąd.

Na stacji Cornelia do metra zjeżdża sie trzema sekcjami ruchomych schodów, nie licząc zejść na piechotę. Na oko, to będzie ponad sześćdziesiąt metrów pod ziemią. Ale to jeszcze nie jest najgłębsze metro na świecie, takie znajduje się bodajże w Kijowie, a mianowicie stacja Arsenalna.  Sto pięć metrów w głąb.

Wylądowaliśmy na placu Stazione Termini, skąd do naszego miejsca jest tylko pięć przecznic na południowy wschód.

Pierwsze, co nas uderzyło u celu, to patrole wojska z karabinami gotowymi do użytku.  Dziarskie chłopaki profesjonalnie jednak trzymają palec obok spustu, a nie na. Ich zadaniem nie jest zapewnienie porządku, tylko w razie potrzeby puszczenie starannnie wymierzonej serii.  Od porządku to jest policja i są karabiniery. Jeśli w ogóle są.

Jednak porządkowi chyba zajmują się wyższymi sprawami niż prozaiczne pilnowanie ładu, bo ich akurat wtedy zupełnie nie było.  Jakiś afrykański arab spał sobie na środku trotuaru na wznak śniąc o szczęściu, żebracy w łachmanach grzali się w cieple porannego słoneczka.  Trzeba nam było obejść kościół dookoła, aby po przejściu przez bramki jak na lotnisku dostać się wreszcie do wnętrza.

W bazylice znajduje się muzeum papieskie, jako iż papieże, zwłaszcza Pius Piąty, lubili sobie tam pomieszkiwać. Wiedząc, że w ciągu tygodnia wiele nie zobaczymy, postanowiliśmy nie rozmieniać się na drobne, co w Rzymie jest szczególnie niełatwe i muzeum ominąć. Nie mieli zresztą windy.

Zatrzymaliśmy się na chwilę przed obrazem Matki Boskiej Protektorki Ludu Rzymu, który (o czym jeszcze nie wiedzieliśmy) podobno został namalowany na grubej płycie stołowego blatu przez świętego Łukasza, a legenda zadziwiająco jest podobna do tej dotyczącej Częstochowskiej ikony. Malowidło to przybyło do kościoła piętnaście wieków temu, a trzeba nadmienić, że obiekt wybudowano około roku 430 AD. Przedtem obraz był przechowywany w Jerozolimie i okolicach, gdzie odkryła go święta Helena i przez Konstantynopol przewiozła do Rzymu.

Ale najważniejszą relikwią bazyliki dą dwie skromne deseczki umieszczone w kryształowym relikwiarzu. Są to szczątki żłobka, albo kolebki, w której spał mały Chrystus w miejscowości Dom Chleba (Beth Lechem). Wydaje się, że mamy do czynienia raczej z meblem, niż ze sprzętem, ponieważ otwór w jednej z listewek swiadczy o nieco bardziej misternej konstrukcji niż sklecony żłób do karmienia żywiny.

W tym samym punkcie znajduje się także grób świętego Jeremiego, który przetłumaczył Nowy Testament na łacinę.

Wielkość tego miejsca przytłoczyła nas tak, że straciwszy głowę nie wiedzieliśmy, jak się modlić. Powtarzanie formułek mogłoby byc despektem dla jego świętości. I tak przyszła refleksja, że w ogóle sama obecność nasza z naszą przyziemnością zaburza niejako harmonię tego wycinka przestrzeni, która niezupełnie należy do tego świata. Ludziska wprawdzie łazili wokół jak po promenadzie i trzaskali zdjęcia seriami, ale cóż, mrówki też łażą sobie niefrasobliwie po świecie, a świat wielki niewiele sobie z tego robi.

Nie wiedziałem, czy wypada, ale zrobiłem ukradkiem kilka zdjęć, obiecując sobie, że zapytam przy wyjściu i jak co, to wykasuję.

Sztywnymi z wrażenia językami wyklepaliśmy jakieś gotowe słowa wyuczonej modlitwy i przeszedłszy wzdłuż bocznych naw opuściliśmy świątynię.

 

Tak, można było robić zdjęcia, pod warunkiem że bez flesza. Tak powiedziała pani dyżurna.

Ten pierwszy dzień mieliśmy spędzić na luzie. Pójdziemy więc do fontanny di Trevi, gdzie spotykają się turyści z całego świata, potem na jakies kluchy i do domu.

I teraz całe wrażenie wielkiego Rzymu przytłumiła sytuacja prozaiczna.  Nie wiadomo było, czy się smiać, czy płakać.  Otóż moje ślubne szczęście założyło na łażenie po mieście ładne, skórkowe buciki za kostkę. Przeciez tu jest światowa stolica elegancji, jakże można było inaczej. I masz babo placek. Nogi spuchły, obtarły się i nijak dalej iść się nie da.  Może trzeba by zakupić jakies tenisówki. A jesteśmy właśnie na Via del Corso i od samego patrzenia na ceny można oślepnąć.

Ale moja Żona ma męża z Bardzo charakterystyczną mordą (cholera wie, skąd się to wzięło) i choć jest on kompletnym beztalenciem w sprawach handlowych, jego aparycja wskazywałaby jakby na co innego. Spróbujmy to jakoś wykorzystać.  Weszliśmy do jakiegoś negocjo (tak sie po włosku nazywa sklep) i dawaj się targować, skutkiem czego moja Najprzeuszanowniejsza wyszła w miękkich szmaciakach, wprawdzie zdobnych brokatem, ale wygodnych i  za nawet całkiem ludzkie pieniądze. Jeszcze trzeba było wstąpić do apteki po plastry na te wcześniej nabyte odciski i już stało się w miarę możliwym osiągnięcie dość lekkim marszem Piazza di Trevi.

I tu nam się gęby wyciągnęły. Spoza ciżby w ogóle nic nie widać.  Żadnej fontanny, jakieś tylko górne części torsów posągów ponad głowami tłumu.  Aby dotrzeć do jakiegoś choćby symbolicznego miejsca z widokiem na obiekt, trzeba zrobić użytek z łokci. Ty pilnujesz mi pleców i swojej torebki, powiadam do mojej Eli, a ja będę robil za spychacz.

Nie, tu się nie da posiedzieć, zrelaksować jak przed dekadami. Dwa, trzy zdjęcia i spadunek.  Już mnie łeb zaczyna pobolewać, bo jeszcze nie wspominałem, że mam rodzaj agorafobii, a może ochlofobii. Nie znoszę tłoku.

Jeszcze po drodze na Piazza di Poppolo jakiś Hindus wycyganił od nas parę groszy, wciskając nieco przywiędłe róże oraz bajer i z westchnieniem ulgi wsiedliśmy do metra, by wysiąść na pierwszej stacji na zewnątrz murów Aureliana, celem uniknięcia człowieczych tabunów.

Na każdym rogu tu knajpka. Trafiliśmy na klasyczną, rzymska trattorię, połączenie baru z bufetem i małą restauracyjką. Usiedliśmy na zewnątrz pod parasolem i trzeba było odszukać obsługę, bo w tej sekcji byliśmy jedynymi gośćmi.  Pan kelner, kucharz i kasjer zarazem w jednej osobie siedział ze wszystkimi przy barze i popijał sobie campari. Wjechały kluchy con vongole, carbonare, a na deser jedno tiramisu na dwoje. Proszę się tak na nas nie patrzeć potępiająco, przecież tego dnia mieliśmy już w nogach więcej kalorii niż mogłyby dostarczyć dwa takie podobiadki na twarz. A może i trzy.

Z tyłu widniały jakieś potężne schody. Dokąd prowadzą, pytamy – ano, do Muzeum Watykańskiego. Dobrze wiedzieć, jutro stąd będzie bliżej.  O, nie powiada to moje ślubne, ja tam na górę zapieprzać nie będę. Podjedziemy autobusem, jak wszyscy cywilizowani ludzie. Cóż, come vorrei, happy wife, happy life.  A w ogóle to tutaj obchodziło się wczoraj Dzień Kobiet, więc tanti auguri.

Przy przesiadce z metra do autobusu na Cornelii, wstąpiliśmy jeszcze na chwilę do supermarketu, by kupić to i owo na kolację, jako że nie chciało nam się już zjeżdżać na dół do hotelowej knajpy. Un etto di prosciuto, dwa rodzaje salami i słynne rzymskie buły, z chrupiąca skórką a w środku nic.

Teraz dopiero czujemy te kilometry w dolnych kończynach.  A miało dziś być na luzie. Jeszcze tylko pięć minut i jesteśmy w domu.

Wsiedliśmy w 49 zamiast 446. Ta linia autobusowa dochodzi do hotelu od strony zakrystii.  Po ciemku niewiele widać. Ale dzielnica nienajgorsza, można popytac ludzi.  O, jest biuro handlu nieruchomościami, oni na pewno znają okolicę. Powiadają wysiedliście na złym przystanku, macie do przejścia jeszcze około kilometra, większość drogi pod górkę.  Piękne moje Żonele zaczyna burczeć, zły znak. Może cię wezmę na barana?  Burczenie się wzmaga o kwintę wyżej. To ja już może nic nie będe mówić.

To był dzień!

Zdjęcia własne oraz z wikipedii
Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Nowe Love Story, rozdział drugi – ten pierwszy dzień

  1. Pani Blue pisze:

    Nigdy żadnych eksperymentów z butami w podróży. Przelatałam Londyn, Rzym, Wiedeń, bo w ogóle kocham te duże europejskie miasta, i nigdy nie miałam żadnego obtarcia pięt czy palców. Ale szanowna małżonka była i tak bardzo dzielna, i dobrze, że natychmiast Państwu dopisał refleks i te włoskie szmaciaki zostały kupione.
    Trochę forsownie to zaplanowaliście. Ja w Rzymie tak trochę bardziej się leniłam. Na Piazza di Poppolo wygrzewałam się na słońcu jak kocur, a potem powędrowałam na Wzgórze Pincio i podziwiałam panoramę miasta w pięknym wieczornym świetle. Nie da się zapomnieć takich chwil. Wiem, że nigdy w żadnym mieście nie zwiedzę wszystkich muzeów, kościołów, więc rozkoszuję się ich aurą, klimatem. Chłonę to wszystko oczami, łowie dźwięki, zapachy. Pełna integracja sensoryczna.
    Czy ja byłam a Bazylice Santa Maria Maggiore? Kurczę. Chyba nie byłam. A pięknie Pan o niej pisze. Braki zostaną nadrobione. Bo jak nie pojechać do Rzymu drugi raz? Na pewno to zrobię.
    Piazza di Trevi. Owszem, też miałam poczucie pewnego zaburzenia proporcji. Mały placyk, fontanna ogromna. Człowiek na człowieku dosłownie. Też tam z Dzieckiem długo nie zabawiłyśmy. Ale chwile niezapomniane. Zdjęcia zostały pstryknięte.
    Muszę sięgnąć do pudła, gdzie wszystko trzymam: bilety z Rzymu, jakieś zapiski zrobione na serwetkach, mapki, pocztówki, święte obrazki.
    Ach. Ledwie 7 lat temu. A mam poczucie, że jakaś epoka w moim życiu minęła.
    Komunikacja w Rzymie. Panie Piotrze, na pewno tańsza niż w Londynie czy Wiedniu. A ich metro, takie nie bardzo, powiem szczerze, jakimś linoleum czy gumą – wyłożone, takie miałam wrażenie, wąskie peroniki, niziutkie stropy. Potem po powrocie do kraju w metrze warszawskim oddychałam z ulgą, pełną piersią.
    No ale oczywiście nie uprzedzam faktów. Bo znowu się rozgaduliłam. 🙂

  2. bardzo pisze:

    Brzydkie metro, ale bardzo sprawne i na każdym przystanku stoi szwadron piechoty z automatami. A pistolety maja nie tylko w kaburach przyczepionych na wysokości kolan, ale dodatkowo na takiej kolorowej spiralnej żyłce jak dziecko zabawkę albo smoczek. Fajni są ci makaroniarze.

  3. Pani Blue pisze:

    Też ich lubię. Przekonałam się, jaki mają dobrotliwy stosunek do dzieci i bezdomnych. Za to ich szanuję.
    Rozczuliły mnie Pana wpisy. Zmieniłam swoje zdjęcie profilowe. Jestem w Rzymie. Łapię do chusteczki kropelki wody na placu św. Piotra. 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s