Jeszcze jedna Opowieść Świąteczna

o-17417Nazywam się Tetliteas, a pochodzę z krainy doryckiej po wschodniej stronie Morza Egejskiego.  Moim rodzinnym miastem jest Kos, położone na wyspie o tej samej nazwie. W chwili obecnej jednakże zamieszkuję na stałym lądzie w Halikarnas, skąd pochodził wielki historyk i podróżnik Herodot.

Niechże wyjaśnię pewien szczegół dotyczący mojej ojczyzny. Doryda to region niejako przedzielony morzem Egejskim na dwie różne części.  Strona zachodnia ze Spartą znajduje się w dolinie rzeki Pindos na Peloponezie. Wschód Dorydy to wybrzeże Karii w Azji Mniejszej. U nas mówi się dialektem doryckim, ale zaledwie kilkanaście mil na północ od Halikarnasu dominuje miękki akcent joński i eolski.  O nas pisał Tukidydes jako o Dorach, sąsiadach Karyjczyków, którzy zresztą zamieszkawszy w naszych miastach, skutkiem rządów Mauzolosa, zhellenizowali się całkiem i przejęli naszą mowę i obyczaje.

Od pewnego czasu pełnię w Halikarnasie posługę miejskiego radnego.  Wielu zazdrości mi tej pozycji i jak się mniema, związanych z nią przywilejów, ale wierzcie mi, proszę, służba publiczna to kolosalna odpowiedzialność wobec ludu, który ufa przedstawicielowi swemu i z całą pewnością nie ma na świecie takich łask, które to jarzmo zrównoważyć by mogły. Takoż niewiasta moja najprzenadobniejsza nalega, bym się mojego urzędu zrzekłszy, zajął dziećmi i wnukami, ale nie jest łatwo pozostawić społeczność z tyloma napoczętymi a niedokończonymi sprawami a i na następcę trudno wybrać osobę zdatną.

Ale nie o tym pragnę wam opowiadać. Chciałbym abyście posłuchali historii mojej, w której pojawia się najprzedziwniejsze wydarzenie, jakiego obyczajny człek nie może sobie nawet wyobrazić, nie tylko pojąć,  a i mnie samemu trudno do dziś uwierzyć w prawdziwość tego, co się stało lat temu trzydzieści i pięć.

Jakem na początku rzekł, urodziłem sie w mieście Kos.  Ojciec był rybakiem i powodziło nam się dobrze, albowiem wody Morza Egejskiego obfitują w wielką mnogość przeróżnych morskich stworów, z których sporządza się niebiańsko smakujące potrawy.  Nasza rodzina, jak i inni okoliczni rybacy, zaopatrywała w morskie owoce wszystkie miasta Heksapolis, a to Knidos, Kos i te położone na wyspie Rodos, a więc samo Rodos, Lalysos. Lindos i Kamejros. Pewnego razu matka moja postanowiła wytwarzać także sery, a trzeba wam wiedzieć, że tradycje hodowli bydła i trzody silne są nie tylko w Helladzie kontynentalnej, ale również u nas, wyspiarzy.  Zatem nabywszy kilka sztuk zwierząt, zabraliśmy się za wypas i przeróbkę mleka.

Jeden z niewolników naszych, Dak z gór dalekiej Północy zwanych Karpatami, okazał się być doskonałym pasterzem i serowarem, więc wyroby nasze nienajgorzej się sprzedawały, a stado bydła i owiec rosło liczbą.

Teraz rzec wam muszę o przykrej przypadłości, jaka dręczyła mnie od wczesnych lat dziecięcych.  Otóż od maleńkości cierpiałem na poważną wadę wymowy, jąkając się niemal nie do zrozumienia. Dlatego w szkole uważano mnie za przygłupa, nigdy nie wywołując do odpowiedzi z zadanych domowych prac, a i w gimnazjum uznali mnie za upośledzonego zarówno na ciele jak i na duszy, przez co w żadnym z tych miejsc nie usiedziałem zbyt długo.  Jednakże nie chcąc pozostać zbyt daleko w tyle za resztą młodzieży, przysłuchiwałem się z dala wykładom belfrów, a także w samotności oddawałem się fizycznym ćwiczeniom i próbom rozmaitym, jakie podejrzałem i o jakich usłyszałem od starszych.

Dzięki temu, od złośliwych rówieśników niewiele cierpiałem przykrości, ufny zresztą w swą umiejętność posługiwania się biczyskiem bawolim, długim na dwanaście stóp, z którym nigdy się nie rozstawałem.  Trzeba wam także wiedzieć, iż nigdy nie zniżyłem się do uderzenia bydlęcia ani żadnej innej poczciwej zwierzęcej istoty.

Ze zrozumiałych względów całymi dniami przebywałem w samotności, jeśli nie liczyć trzody i kilkunastu sztuk bydła, których podjąłem sie pilnowac na wypasie. I dobrze nam z tym było, zwierzętom i mnie samemu. Przynajmniej miałem towarzystwo, z którym potrafiłem się świetnie porozumieć i zrozumieć, zapewne z wzajemnością. Co inni pasterze wrzaskami wymuszać musieli i batogiem na swych podopiecznych, ja potrafiłem dokonać jednym łagodnym słowem.Portuguese costumes

Pewnego razu nasz stary byk, właściciel krowiego haremu, zachorzał i wyzionął ducha.  Nie pomogły starania kilku zwierzęcych lekarzy, a nasza okolica słynie z najlepszych medyków w całej Grecji, ani ofiary niesione Apollinowi, bydlę zmarło. Cóż, Natury zmienić nie sposób, trzeba było pogodzić się ze stratą i rozejrzeć za młodym nastepcą. Chcąc uszlachetnić stado, ojciec postanowił wysłać mnie na Kretę z mieszkiem złotych augustowych aureusów, celem nabycia odpowiedniego buhajka a wszak Kreta jest ojczyzną byków i byk jest nawet symbolem tej kolebki naszej helleńskiej kultury.

Wraz z owym Dakiem zaokrętowaliśmy się na handlową barkę, jednorzędówkę z jednym żaglem głównym i mniejszym przednim na rzymskim sposobem osadzonym ukośnym maszcie i wyruszyli w rejs.  Czemu, zapewne zapytacie, Dak mi musiał towarzyszyć?  Ano, przecież nie umiałem mówić i możecie sobie wyimagimować, jak byłbym traktowany na targu bydła. Ponadto, był do obrony, jako iż  Dak, jak to Dak, bitny był nie do wiary i pozwolono mu paradować pod orężem, mimo że niewolnik.  A bronią jego był miecz zakrzywiony ostrzem do środka, a oprawiony na długim trzonku miast jelca.  W ichniej mowie urządzenie to zwało się rompają i we wprawnych rękach stawało się straszliwym narzędziem zniszczenia, zdolnym do przecięcia na pół tarczy rzymskiego piechura.

Zaraz po wypłynięciu statku na pełne morze, zerwała się potężna morska nawałnica i nasz korab znalazł się o dwieście mil na wschód od zamierzonego kursu, a to w okolicy Cypru. Co to oznaczało, chyba nie muszę wam mówić. Rejon ten skażony jest wielką liczbą pirackich okrętów, czyhających na ładunki drogocennej purpury w drodze z libańskiego portu Tyr do Ostii, przystani nieopodal stolicy rzymskiego imperium.

Krótko mówiąc, znaleźliśmy się w niewoli. Nasz Dak wprawdzie w potyczce posiekał na kawałki kilku zbirów, ale jak mawiają Rzymianie, nec Hercules contra plures. Związanych jak wieprzki, rzucono nas gdzieś w kąt na zwoje lin okrętowych i wieziono na targ niewolników chyba w Cezarei.

Zarówno Dakowie, jak i my, Grecy, wolność cenimy ponad życie. Dlatego jakimkolwiek kosztem trzeba nam się było jakoś wyswobodzić z niewoli. Zaraz pierwszej nocy, podtoczywszy się do towarzysza, przegryzłem mu więzy na przegubach i nastąpił pierwszy etap naszych perypetii.

Bura, bo tak się nazywał ten dzielny człek, koniecznie pragnął zdobył jakąś broń i ubić jak najwięcej zbójców, zanim zginie i musiałem użyć wszystkich swoich sił, żeby go od tego odwieść, a przecież mowa moja kulawa była.  Zatem bez ceremonii złapałem go znienacka za sznur, którym był opasany i po ciemku wyrzuciłem za burtę, takoż sam za nim przesadzając reling. Wszak my, wyspiarze pływamy lepiej niż chodzimy.  Nawet nas nie ścigano, bo o tej porze w bezmiarze morskiej toni i tak nikt by nas nie zauważył.

Biedne ja głupie pacholę. Nie pomyślałem, że Dak, jako góral, z morzem do czynienia zbyt wiele nie miał i pływa jak pelekos (gr. siekiera).  Jedynie będąc z nami na wyspie, nauczył się conieco oddech wstrzymywać, by choć przez chwilę utrzymać się na powierzchni wody. A do najbliższego brzegu, jak sądziłem, było co najmniej ze dwadzieścia mil. W dodatku Bura był ze dwa razy większy ode mnie, a o ile cięższy, nawet nie chcę myśleć.

Przez godzinę ciągnąłem go jak topielca, pomny nauki Archimedesa, głoszącej iż ciało w wodzie jest o wiele lżejsze, a nawet lżejsze niż sama woda. Potem mu powiadam swą mową nieskładną – Bura, albo będziesz tak czynił jak ci powiem albo pójdziesz na wieczerzę dla ogromnych ryb zębatych, które zwiemy karcharias (rekin).  A on mi na to – ty się sam ratuj, a ja niechaj zginę w paszczach morskich potworów i nie będę ci ciężarem. Dakowie, jak wiadomo, nie boją się śmierci, a nawet o nią zabiegają, mając nadzieję rychło spotkać się ze swym umiłowanym bogiem, któremu na imię Zalmoksis.

Jeszcze mu powiedziałem, ze nie ma prawa odchodzić z tego świata, bo ja go potrzebuję, a on nic nie odpowiedział, bo się zakaszlał wodą.  I tak, jąłem go pouczać, jak się należy w wodzie zachowywać.  Napierw zaczął pływać na trupa, co oznaczało, że nie poruszał żadną kończyną, ale jeno baczył w świetle miesiąca na fale, by wiedzieć, kiedy zaczerpnąć powietrza, a nie wody.  I tak go pchałem przez  jakiś czas, wreszcie, gdy sie nieco oswoił z tym, że człowiecze ciało samoistnie unosi się na wodzie, kazałem mu by chwycił mnie za ramiona i tak posuwaliśmy się z wolna w kierunku zachodnim, wraz z wiatrem i  falą.

Gdy się rozwidniło, brzeg jakiś zamajaczył ma horyzoncie.  W kilka godzin stanęliśmy na twardym gruncie, przemarznięci, ale żywi. To musiał być stały ląd Libanu, albowiem między Cyprem a lewantyjskim wybrzeżem nie ma żadnych wysp, o czym wie każde dziecko morza.

Bura zakrzątnął się i sprzączką rzemienia o skałkę nakrzesał ognia, by wysuszyć łachy. Ja złapałem rękami rybę i upiekłszy ją w popiele, pożywiliśmy sie nieco.  Chcecie pewnie wiedzieć, w jaki sposób udało nam się ja sprawić bez noża ani innego narzędzia. To proste. Uczyniliśmy to drewnianym ostrzem sporządzonym z patyka obrobionego kamieniem.  Dak także w ten sam sposób zrobił sobie rodzaj włóczni, utwardzając jej koniec w gorącym popiele i łowienie ryb na posiłek stało się dziecinnie łatwe. Przynajmniej dla mnie.

Teraz trzeba się było zastanowić, co czynić dalej. Bura był niewolnikiem i prawnie mógł być ścigany za zbiegostwo. Nie mógłbym świadcząc stanąć w jego obronie, bo jąkały nikt by nie słuchał. A i sam niezbyt wyglądałem na człowieka wolnego, jako iż dwa dni przebywania w morskiej wodzie zrobiły swoje. Bez pieniędzy, bez broni, bez konia czy choćby osła, pozostawieni byliśmy własnej przemyślności.

Tułać się nazad do domu było niesposób. Zbyt wiele nas czekałoby przepraw przez morza i cieśniny, a miejsce na najgorszej łajbie kosztuje wiele drachm. Kradzież łodzi tez nie wchodziła w rachubę, bo wyprawa wymagałaby nagromadzenia prowiantu. Należało nam się więc nająć do jakiejś roboty, a o pracę najłatwiej w porcie. Ruszyliśmy zatem piaszczystym brzegiem na południe, mając nadzieję trafić do jednej z przystani Libanu.  Może do Sidonu, może do Tyru, a jeśli nie, mieliśmy nadzieję na pewno dotrzeć do herodowej Cezarei w Sebastii, zwanej także Samarią.

Na początku szczęście nas nie opuszczało.  Wprawdzie wylądowaliśmy mocno na południe od Sidonu, ale zabudowania   przedmieść Tyru pojawiły sie przed nami zaledwie po jednym dniu marszu. Do portu na wyspie wiodła zbudowana człowieczą ręka grobla, na którą rzecz jasna pretorianie nie wpuścili dwóch obdartusów, ale skoro jakoś przebyliśmy na wodzie mil kilkanaście, przepłynięcie tych kilku stadionów było dla nas dziecięcą igraszką.

Tu natychmiast znaleźliśmy zatrudnienie jako tragarze. Początkowo płacono nam nędznie, po sestercji na dzień, ale sprytny Dak rozplótłszy kawałek okrętowej liny sklecił ze znalezionych odpadów drewna przemyślne rusztowanie, na którym umieściwszy towar, we dwóch przenosiliśmy o wiele więcej niż robiliśmy to oddzielnie.  A to przekladało się na dzienny zarobek w wysokości denara na dwóch.  Po tygodniu stać nas już było na wynajęcie skromnego dachu nad głową.

Jednak szczęście nigdy nie trwa długo. Któregoś razu nadzorca robót uderzył Burę batem i po chwili już nie żył.  Towarzysz mój stał się posiadaczem zacnego rzymskiego gladiusa, a ja zatknąłem za pasek nóż o szerokim ostrzu. Takoż kańczug stał sie moją własnością, a zbrojny w ten mój ulubiony sprzęt, zaraz poczułem się pewniej.  Jednak trzeba było ubieżać, bo to prościej, niż się bronić w sądach przed zarzutem o zabójstwo.

Tym razem ja stałem się obciążeniem dla górala, wyśmienitego biegacza. Postanowiliśmy się jednak nie rozdzielać, a posuwać na południe nocą, we dnie zaszywając w chaszczach. Żywiliśmy się rzecz jasna rybami i małżami, ale bojąc się palić ogień, spożywaliśmy je na surowo.

Któregoś poranka spoza zarośli ujrzeliśmy dwie młode niewiasty zażywające kąpieli w łagodnych falach przypływu. Podglądactwo jest rzeczą  godną pogardy, ale cóż mieliśmy uczynić z oczami, skoro oddalić się nie można było bez wzbudzania hałasu. I dobrze sie stało, albowiem nagle kilku zbrojnych, być może pretorian, pochwyciło biedne dziewczęta w celach wiadomych.

Zacny Dak bez namysłu wskoczył w środek zamieszania i polała sie krew.  Sam też rzuciłem się na pomoc druhowi i bicz zaklaskał po gębach i goleniach sobie właściwy rytm.  Zaskoczeni napastnicy zbiegli znacząc swój ślad czerwoną posoką, a i sprzętu porzuconego ostało nieco.

Przyodziawszy się, dziewczyny bez obawy zwróciły sie do nas w greckiej mowie z podziekowaniem za wybawienie z beznadziejnej sytuacji. – Skąd wiecie, pani, że my Grecy?  – zwrócił sie Bura do starszej. Zaśmiały się:   – Ty nie jesteś Grekiem, ale ten efeb jest Doryjczykiem.  A ja przecie słowa nie rzekłem, więc po mowie poznać nie mogły. Okazało się, że chód wyspiarza zdradza jego pochodzenia, a także powiadały, że po oczach mozna trafnie rzec, z jakiej krainy Grek pochodzi. O innych nacjach powiedzieć tego się nie da.

Algeja i Ajkaterina, (algeja znaczy piękna, a ajkaterina oznacza czysta) bo tak się zwały owe dwie siostry, mieszkały w niewielkiej osadzie nieopodal. Ojciec ich, Ateńczyk, zajmował sie handlem, głównie bydłem i baranami. Cała rodzina, wraz z kuzynami i pociotkami, mieściła sie w kilku domostwach, ustawionych w czworobok, a podwórze pomiędzy nimi, ancient-greek-woman-helen-of-troydługie na kroków trzydzieści, a szerokie na dwadzieścia, w razie potrzeby można było zadaszyć żaglowym płótnem, podobnie jak Rzymianie zacieniają widownię w cyrkach, gdzie ci barbarzyńcy podniecają się niezdrowo kaźnią skazańców. Usłyszawszy  o incydencie, przyjęto nas jak swoich, a ugoszczono jak jakichś możnych przybyszów. Nakarmiono nas i napojono, a w  darze otrzymaliśmy przyzwoitsze odzienie, niż nasze łachy, a także podstawowe przedmioty potrzebne do normalnego życia.

Spędziłem u gościnnych gospodarzy kilka dni.  Czas umilała mi Ajkaterina, z którą chodziliśmy na dalekie przechadzki po brzegu Naszego Morza, nurkowali w głębinach dla podglądania podmorskiego życia, i łowili na oścień ryby, które potem piekliśmy w ognisku, a porozumiewaliśmy się nienajgorzej mimo mojej mowy urywanej.  Starszy o kilka lat, pewnie bym starał się o jej względy, alem wszak był jeszcze efebem zbyt młodym w leciech na amory.

Starsza Algeja robiła szklane oczka do Bury i już wiedziałem, że dalszą wędrówkę będę musiał odbyć samopas. Jednak szczery Dak wyznał dziewczynie niemądrze, iż nie był człowiekiem wolnym, na co ta zasmuciła sie wielce. Na to wyjaśniłem swoją mową nieskładną, iż niewolnik jest własnością ojca mego i mogę mu podpisać dokument wyzwoleńca. Eirenajos, tak zwał się ojciec rodziny (pokojowo nastawiony), zapytał mnie ile drachm życzyłbym sobie za niewolnika.  Odparłem oburzony, iż Bura nie jest już niewolnikiem, a przyjaciół się nie sprzedaje.  Zaraz ktoś przyniósł kawałek cielęcego pergaminu i Dak stał się formalnie człowiekiem wolnym, czyli Eleutherosem.

Chcieli mi przydzielić na zamianę innego niewolnika, ale odmówiłem, nie chcąc obciążać sie odpowiedzialnością.  Wszak moim pragnieniem było dostać sie na Kos, a stamtąd do domu, a zawsze jednemu łatwiej i taniej zaokrętować się niż dwóm.  Zatem w podarunku otrzymałem pewną sumę monet w różnych nominałach i uściskawszy Ajkaterinę, jej siostrę i rodziców, ruszyłem ku Cezarei z zamiarem złapania okazji do Grecji albo Rzymu, skąd wszak do Grecji blisko przez morze Hadriatyckie.

Zatrzymawszy się przy studni na granicy z Galileją, podsłuchałem, iż niezbyt bezpiecznie byłoby mi kręcić się po cezarejskim porcie, albowiem obydwaj z Dakiem wciąż byliśmy poszukiwani przez oddziały pretorian.  Wprawdzie doprowadzony do jako takiego wyglądu i odziany dostatnio różniłem się znacznie od tego obdartego tragarza z Tyru, jakim byłem wprzódy, ale zawsze lepiej było zachować roztropność, niż skończyć na krzyżu. Zatem ta droga powrotu była dla mnie zamknięta.

Nie wiedząc, co czynić, szedłem dalej i dalej na południe. Nocowałem w krzakach pod pałatką albo w naprędce skleconym szałasie, a pożywieniem mym były ryby, chleb nabyty od miejscowych i czasem ser. Po tygodniu stanąłem w Jeruszalem, stolicy Judei i tam w tłumie pod świątynią natychmiast ukradli mi wszystkie pieniądze, jakie miałem.  Cóż, lekko przyszło, lekko poszło. Pozostał mi nóż, bydlęcy bat i trochę podróżnych drobiazgów.

Naturalną koleją rzeczy, powinienem był teraz rozejrzeć się za jakąś robotą, cożem natychmiast uczynił. Jeden Grek, Doryjczyk, ale ze Sparty, pędził na południe spore stado owiec, jak się okazało, dla właściciela trzód przelicznych w miasteczku Beth Lechem, co w miejscowej mowie oznacza Dom Chleba. Zapytałem go, czy może nie potrzebuje juhasa, a ten krytycznie obejrzawszy moje w miarę dostatnie odzienie, pokręcił tylko głową.  Na co mu goguś, który pewnie żadnej pracy nie umie, w dodatku dogadać sie z nim nie sposób. Ale gdy bez trudu przywiodłem mu nazad niesfornego tryka, który odłączywszy się od grupy usiłował zniknąć w tłumie, zgodził się zabrać mnie ze sobą do pomocy.

Miasteczko Beth Lechem leży w odległości pięciu mil od murów stolicy. Stoi tam kilka dość zacnych zabudowań mieszkalnych o płaskich dachach, parę budowli o nieodgadnionym przeznaczeniu, ale najwięcej domów gościnnych, z których każdy stał się oberżą. Za sprawą w miarę niewielkiej odległości od metropolii, noclegów tańszych i łatwiej dostępnych niż w wielkim mieście, w okresie wielkich świąt roi się tu od gości, gdy tysiące pielgrzymów zjeżdża się tu z całego Izraela, Nabatei, Egiptu i zewsząd, gdzie czci się tego przedziwnego Boga, którego imienia wymawiać nie wolno, aby się modlić w miejscu, gdzie powinna się znajdować skrzynia ze świętymi przedmiotami, zwana Arką.

Praca przy wypasie w niczym nie przypominała sielskiego pasterstwa, do jakiego przywykłem w ojczyźnie. Niemal codziennie trzeba było stawiać czoła jakimś zagrożeniom, a to bronić stada przed watahą wygłodniałych szakali, które żywcem wydzierają kawałki ciała z ubieżającej ofiary, a to przed lampartem, hienami, albo lwicami, które zawsze atakują w grupie, ale najgroźniejszym wrogiem naszej profesji są bydło- i trzodokrady oraz inni dwunożni złoczyńcy. Dlatego pasterze zorganizowani są na sposób niemal wojskowy, gdzie w razie baczności każdy zna swoją powinność, jak i obowiązki sąsiadów w szeregu. Ów spartański baca samym swym wyglądem odstraszać mógł tych, którzy mogli mieć złe zamiary, albowiem mało że gębę miał straszliwego obwiesia, takoż postury był potwornej. Jednak pod splątaną strąkami czupryną, za kaprawymi oczkami i pod dziobatą, krzywą facyjatą kryła się roztropność godna oficera rzymskiej sotni i dusza prawa.

W dodatku, wszystkie te nielekkie wszak prace wykonywaliśmy za darmo, bez jakiejkolwiek zapłaty. Zapytacie się zapewne, jak to możliwe i po co w takim razie pozostawaliśmy w służbie u Hefajstosa, bo taki przydomek stosowny do swej aparycji zyskał sobie nasz baca. Otóż nasi zleceniodawcy, bo było ich kilku, miast zapłaty za naszą pracę, zezwolili nam trzymać własne zwierzęta i wypasać je razem ze wszystkimi stadami. W ten sposób ze sprzedaży i rozrodu bydła i trzody, uzbieraliśmy sobie całkiem pokaźny kapitalik, który Hefajstos rozdzielał między wszystkich uczciwie i po równo, nie oszwabjając nikogo nawet na obola.

Wkrótce zatem zmieniłem sobie podróżne odzienie na lniane portki do kolan i półkożuszek pasterza, od towarzyszy odróżniając się tylko nieumiejętnością wartkiej, głośnej i obfitej mowy. Ale wiadomo, że skoro mowa srebrem, a milczenie złotem, mogłem się uważać za nieco bogatszego od innych, będąc w posiadaniu tego ostatniego.

Nie chcąc wchodzić w drogę kamratom, a przez to narażać się na docinki i prześmiechy w rękaw, podejmowałem się powinności rozmaitych w porze nocnej, gdy wszyscy spali, a odsypiałem we dnie.  Wielce było to na rękę całej pasterskiej społeczności, albowiem mało kto lubi pracować nocą. W świetle księżyca obchodziłem więc stada bacząc na ich bezpieczeństwo i spokój.  Nierzadko musiałem budzić towarzyszy do pomocy przy cielącej sie krowie, albo do obrony przed szkodnikami, zwłaszcza tymi dwunożnymi, ale przeważnie pełniłem swoje obowiązki samotnie, z czego byłem nadzwyczaj rad.  Miałem dach nad głową i ciepłą strawę w misce, a w dzbanku wino z wodą, najczęściej nasze, greckie, rzadziej libańskie, a wynagrodzenie za robotę odkładałem sobie do mieszka, mając nadzieję uzbierać wystarczająca sumę na pokrycie kosztów podróży do domu.

Jak już mówiłem, baca Hefajstos, którego prawdziwego imienia nikt nie znał, był człowiekiem szlachetności wielkiej, choć po wyglądzie nie można było tego rzec. Nigdy nie wyśmiewał mnie za przyczyną mowy mojej niewydarzonej, ani za przygłupa nie miał, ale traktował jak każdego innego pasterza. Trzeba przyznać, że pod jego nadzorem dane mi było wyuczyć się wielu umiejętności, co do których pożytku wcześniej pojęcia nie miałem. Tu trzeba było umieć bez mrugnięcia okiem wrazić włócznię między oczy wygłodnałemu drapieżnikowi, co atakuje żywinę i strzegących jej ludzi. A to oznaczało gotowość do zabicia hieny, lwicy, albo lamparta zwinnego jak wąż i szybkiego jak błyskawica. Ale najtrudniejszym zadaniem było przeciwstawić się złemu człowiekowi.

Wśród pasterskiej braci przeżyłem ponad dwa lata. Bywało rozmaicie, raz spokojniej, raz bardziej pracowicie, ale któregoś dnia nastąpiło kilka najprzedziwniejszych wydarzeń, które chcę wam opowiedzieć i dla których w ogóle rozpocząłem tę historię.

W jeden marcowy wieczór  w naszej szopie na sprzęt zamieszkał jeden starszy Żyd z młodziutką brzemienną żoną.  Jak się okazało, przybyli z miasta Nazaret, położonego na północy krainy, w Galilei. Miejscowi z niechęcią odnoszą sie do Galilejczyków, uważając ich za cudzoziemców.  Pewnie z tego powodu nie znaleźli schronienia w żadnym z tutejszych zajazdów, mimo, że Jusuf, bo takie było zawołanie owego przybysza, nie był wszak człowiekiem ubogim.  A pogoda w tym dniu była parszywa, dął zimny a porywisty wicher i powietrze pełne było gęstego, gryzącego pyłu. Wlaściciel owego przybytku udostępnił przyjezdnym miejsce w owym budynku, a właściwie grocie zamkniętej drewnianą przybudówką.

Goście początkowo zamierzali wracać do domu zaraz po załatwieniu jakichś ważnych spraw z namiestnikiem cesarza, ale niewiasta imieniem Miriam będąc już w stanie zaawansowanym, nienajlepiej się miewała, toteż nie należało trudzić jej forsowną podróżą.  Tak więc Jusuf chcąc nie chcąc, na miejscu pozostawszy, jął się prac rozmaitych stolarskich i ciesielskich, a magazynek sprawnie przebudował na niewielkie, ale przytulne domostwo.  Wkrótce w całej okolicy zasłynął przemyślnością i czasem nawet musiał się udawać z robotą do stolicy, gdzie starunkiem króla Heroda zwanego Wielkim, rozbudowywano i ubogacano ichnie judejskie sanktuarium, i tak już rozmiarów potężnych.  I nam takoż sprzęty naprawiał, wzmacniał ściany, dachy łatał bud naszych i szałasów w zamian za mleko, sery i baraninę, przy czym rzeźne zwierzęta sam żywota pozbawiał, jako iż tak nakazywała jego religia.

W połowie marca rozpogodziło się i noce jaśniały niezliczoną liczbą gwiazd i innych ciał niebieskich. Wciąz jeszcze przymrozek srzebrzystobłekitną powłoką pokrywał trawy i chwasty, przeto swe obchody czyniłem owinięty w ciepłą wełnianą chlajnę.  Zwykle towarzyszył mi wielki pies o zawołaniu Alef, osobliwe stworzenie, obdarzone pośrodku grzbietu pręgą sierści rosnącej od ogona w kierunku karku.  Ponoć takich owczarków uzywają czarne ludy Hotentotów dla obrony stad przed lwami.  Pewnej nocy towarzysz mój miast baczyć na żywinę, trzymał sie blisko mnie, jakby to mnie miał strzec, a nie baranów.  Wiadomo, iż zwierzęce stworzenie bliżej jest Natury niż ludzie i potrafi ją odbierać bardziej wyostrzonymi zmysłami.  Dlatego człowiek winien obserwować zwierzęta, z którymi przypada mu żyć, albowiem one często usiłują powiedzieć to, czego przyroda przekazać nie jest w stanie. I tak czując, ze za chwilę może wydarzyć się coś niezwykłego, zaraz zawróciłem do szałasu po swą dorycką włócznię, której akurat zaniedbałem zabrac, ale juz było za późno.

Ze strony Jusufowej chaty dał sie słyszeć donośny świst, po czym piorun uderzył w ziemię. Skąd tu piorun, skoro bezchmurne niebo promieniało poświatą księżyca, a i gwiazdy możnaby było policzyć, gdyby ktokolwiek  umiał rachować do tylu milionów tuzinów.  I błyskawica towarzysząca gromowi była dziwna jakaś, w barwie błękitnawej poświaty, której szeroka smuga nie zgasła, ale tkwiła nieruchomo niczym słup jakiś wiodący od ziemi do niezwykle jasnej gwiazdy wielkości owocu granatu, która wydawała sie zwolna obracać wokół własnej osi.

Rzuciłem sie budzić Hefajstosa i towarzyszy, ale ktoś zatrzymał mnie chwytając za ramię. Wyszarpnąwszy siekierkę zza paska, zamachnąłem się odruchowo, ale ostrze ze swistem przecięło powietrze. Gdy sie obróciłem, ujrzałem rosłą postać, która zgoła na koniokrada nie patrzyła. Niestary mąż o długich, złocistych wlosach usmiechał się dobrotliwie. ce8e04714772b4a68c0d80d6ce9d6ebdChciałem ponowić atak, ale coś mnie tknęło, albowiem Alef miast rzucić się w mojej obronie i rozszarpać intruzowi gardło, przypadł mu do nóg, a ten gładził go po zmierzwionych kudłach.  Tak nie zachowuje się pies obronny wobec obcych.  I tak, trzymając oręż swój wzniesiony spoglądałem zdziwiony na gościa, a on na mnie i nie mogłem rzec słowa, nie tylko dlatego, żem się jąkał, ale i tak nie wiedziałem, co miałbym powiedzieć.

– Tetliteasie – odezwał się wreszcie przybysz –  masz niezwykłe zadanie do wykonania.

– Skąd znacie, panie imie moje? – zapytałem składnie i zaraz chwyciłem się za gębę ze zdziwienia, iż mowa mi tak łacno przyszła.

– Wiele wiem, chłopcze, i czasem dumam, co wiem więcej niż chciałbym wiedzieć – odparł obcy.  Ale teraz nie masz wiele czasu do stracenia.  Idź i budź swoich, ponieważ przyjaciel wasz Jusuf potrzebować może pomocy waszej.

– Nie będa mnie słuchać za sprawą mowy mojej parchatej, zrugają i odwróciwszy się na drugi bok zasną snem sprawiedliwych.

Zaśmiał się ten dziwny osobnik: – Sam siebie posłuchaj. Gadasz wszak niewiele gorzej niż ten wasz ateński płatnerz Demostenes.

– Czy jesteście, panie Doryjczykiem?  Mówicie po naszemu – zdołałem jeszcze zapytać, poznawszy rodzimy zaciąg.

– Nie, jestem z daleka, choc mówię wieloma językami.  Ale teraz nie trać czasu, bieżaj i niechaj się twoi czem prędzej wybierają.  Rzućcie budy, watry, stada, udajcie się do Jusufowego domostwa.

I tajemna postac znikła, jakby jej nigdy nie było. Jeno ślady sandałów widoczne wyraźnie w jasnym świetle miesiąca świadczyły, że to nie był omam.

Zerwałem bacę z posłania. Ten od razu stanął w pełnej przytomności, mniemając iż znów stado szakali podgryza żywcem nasze byki. Spojrzawszy w niebo, nie zadając zbędnych pytań gwizdnął umownym sygnałem naśladując ptaka drapieżnego i w jednej chwili kilkudziesięciu dziarskich chłopaków stanęło pod bronią, jak to zwykle bywa gdy trzeba odeprzeć atak złych ludzi. Nie minęły trzy minuty od przybycia posłańca, jak wydłużony szereg pomykał oszczędnym krokiem ku siedzibie Jusufa.

Na kilkadziesiąt kroków przed wnijściem do szopy, w ciszy rozstawiliśmy sie w półkole, a dwóch czy trzech okrążyło budę dla przepatrzenia sytuacji.  Snop niebieskiego światła biegł niczym pomost jakowyś z owej niebiańskiej kuli, która już była rozmiaru arbuza, do szczytu dachu domostwa.

Wtem z trzaskiem otwarły sie odrzwia, a w świetle lampy oliwnej stanął w nich gospodarz i wzniósłszy ręce ku niebu, z radością wielką zawołał donośnie: „Mamy syna!”.

Ucieszyliśmy sie wielce radością starego Żyda i powstawszy podeszliśmy coby mu szczęścia powinszowac, a także Matce i Dziecku.  Gwar nastąpił niesłychany i gospodarz musiał poprosić nas o ciszę, aby maleństwa nie przestraszyć.  Takoż, drzwi zawarł w obawie przed zimnem. Dopiero teraz z miasta przytelepała się na osiołku babka porodowa, nakazując wody zagrzać, a wszystkim trzymać się w przyzwoitej odległości.

Dziecko otrzymało imię Juszua.  Juszua Ibn Miriam.  Czemu nie Ibn Jusuf, to jest zupełnie inna, całkiem zagadkowa sprawa, ale o tym może kiedy indziej.

Zaraz kilku z nas pobieżało po barana, chleb, sery, owoce suszone, orzechy z miodem, także dwóch pobiegło do miasta, by zaraz wrócić z miło bulgocząca beczułką, a i Jusuf wyciągnął gąsiorek najprzewyborniejszego libańskiego wina, czerwonego jak rubin i słodszego od miodu.  Podobno Żydom nie wolno bratac sie z akumami, ale jak widać, poczciwy druh nasz niewiele sobie robił z faryzejskich przykazów.

Zewsząd naschodziło się sporo luda.  Może to za sprawą tej niezwykłej kuli z poświatą, która teraz zagasła, a może licząc na poczęstunek, może wreszcie po prostu z życzliwości dla znanego już w okolicy mistrza sztuki ciesielskiej. Niektórzy przynieśli podarunki, skromne i wykwintniejsze, ktoś przytargał cały kosz świeżej ryby.  Zapłonęły ogniska, mięsiwo zaskwierczało nad gorącym żarem i ryby zapachniały czosnkiem i ziołami.

Jeszcze przed świtem, kilku z nas wraz z Hefajstosem dostąpiło zaszczytu ujrzenia Noworodka. Wszystkich albowiem szopka pomieścić by nie zdołała. Młoda Matka siedziała na posłaniu, wyczerpana, ale szczęśliwa, a Dziecko zawinięte w chusty odsypiało trudy przyjścia na świat.  Każdy z nas zachowywał ciszę i poruszał się ostrożnie, aby nie przebudzić Maleństwa gwałtownym ruchem, czy głosem.

Nie wiadomo skąd wypełzł czarny wąż, afrykańska plująca kobra, długa chyba na sześć łokci, a może i więcej, i rozpostarłszy kaptur, posuwała się zwolna w stronę Miriam i Dziecka.  Zdziwiłem się wielce, albowiem węże o tej porze roku zagrzebane głęboko w ziemi śpią, śniąc o szczęściu, a poza tym kobra, jak każde stworzenie, nie atakuje sama z siebie.

Odruchowo wyszarpnąłem zza pasa siekierkę i rzuciłem, mierząc w bestię.  To samo uczynił mój kompan.  Nie wiem na pewno, czyje narzędzie ugodziło gada w kark, ale wydaje mi sie, że moje i wbiło się w podłogę, odcinając mu łeb.  Jako że my, pasterze rozumiemy sie bez słów, jeden z naszych rozwarł drewniane okiennice, a ja chwyciwszy za ogon cielsko gada, jeszcze wijące sie w konwulsjach niczym wielka, czarna glizda, cisnąłem precz na dwór, skąd rozległ się radosny pisk stadka małych ichneumonków, które jakby przewidując rozwój wydarzeń, znalazły sie precyzyjnie na właściwym miejscu o właściwym czasie.  Jeno gadzi łeb wyrzuciłem osobno, do kosza na odpadki, chwytając go przez połę chlajny, wiadomo bowiem, że wężowy pysk potrafi śmiertelnie ukąsić jeszcze w godzinę po odcięciu.

W tym momencie jakiś obcy o odrażającej, garbatej posturze ohydnej, i koziej facyjacie z haczykowatym nosem, który niewiadomym sposobem znalazł sie wśród nas, zarechotał chrapliwie i zamienił się w obłok zielonkawego dymu, straszliwie śmierdzącego zgnilizną tak, że celem przewietrzenia trzeba było pozostawić okno otwarte.

Z okna wionął zimny przeciąg.  Dziecię z zimna pisnęło.  Miriam zdjęła z głowy szal, w który owinąwszy małego Juszuę, złożyła w żłobie, przykrywając sianem, a byk i osioł ogrzewali je oddechami swoimi, którą to scenę przez następne wieki ilustrować będą liczne malowidła i opiewać pieśni mnogie…

W podzięce za zabicie gadziny Miriam obdarzyła nas najpiękniejszym uśmiechem, jaki kiedykolwiek przedtem i potem zdarzyło mi sie widzieć i w tym momencie w każdym z nas stała się niewytłumaczalna przemiana. Twarze rozjaśniły się czystością i dobrocią, pasterskie robocze odzienie stało się schludnym i odświętnym, ale najdziwniej zmienił się nasz baca Hefajstos. Skudlone wprzódy i pozlepiane kłaki na głowie same się uczesały i stały sie błyszczące, ze szlachetnego teraz lica znikły parchy i pryszcze, a półkożuszek zastąpiła barania skóra narzucona na śnieżnobiałą tunikę, a spięta zapinką z pięknym rubinem, który lśnił w świetle oliwnych kaganków.

Sam też poczułem się dziwnie.  Wprawdzie już kilka godzin wstecz, od spotkania z nieznajomym, zacząłem wysławiać się bez większego wysiłku, ale teraz rozpierała mnie nieprzemożna chęć, by przemawiać wszem i wobec.  Udałem się więc na stronę i z zakamarków pamięci wydłubawszy wersety Owidiusza, jakie podsłuchałem w dzieciństwie, zacząłem sobie je przepowiadać na głos i nie miałem z tym żadnych kłopotów.  Ale gdy z ust moich wypłynęły strofy naszego greckiego Arystofanesa, a mianowicie wyjątki z przedstawienia „Żaby”, pojąłem, iż stał się cud.  Umiałem mówić.

Feta i radość trwała do południa, a potem trzeba było zająć się stadami i dać oddech naszym wiernym owczarkom stróżującym podczas nieobecności naszej.

Widząc mą odmianę, baca pojął, iz więcej pożytku będzie ze mnie w świecie, niż tu, na pastwisku i rzekł, że jeśli taka moja wola, mogę odejść do jakiejś lepszej pracy.  Jednak prosiłem go, by mi pozwolił zachować moje dotychczasowe zajęcie aż do końca naszej umowy o służbę.  Nie tracąc czasu na szukanie nowej roboty, chciałem zgromadzić sumę wystarczającą nie tylko na powrót do domu, ale i na zakup byka, po którego wszak ojciec wysłał mnie na samym początku.

Takoż jeszcze kilka miesięcy przepracowałem jako pasterz, jednak z racji swej nowej umiejętności, pozwolono mi uczestniczyć w pracach już bardziej odpowiedzialnych, jak sprzedaż i kupno inwentarza, a nawet negocjowanie cen i opłat, co mi szło nawet niezgorzej.

W międzyczasie, do domostwa Jusufowego schodzili się i zjeżdżali coraz to dziwniejsi goście, a  niektórych podejrzewam nawet o pochodzenie niekoniecznie z naszego świata. Przybyli na przykład trzej mędrcy z dalekiego wschodu, a miał wraz z nimi zawitać czwarty, Abisyńczyk.  Jeden z nich, Hindus o twarzy czarnej jak święta ziemia, przyjechał na grzbiecie słonia, a wszyscy trzej złożyli gospodarzom dary przebogate i kłaniali się Dziecku niczym jakiemuś monarsze.  Ów czarny zatrudniał jednego starego Greka, który mi wyjaśnił, że idzie tu o boskość Juszuy.  Chcąc się upewnić, zapytałem, czy to jest coś na podobieństwo perskiego Bohty, który jakoby mienił sie boskim synem, ale ów Adrianos wyjaśnił, że mamy tu do czynienia z Bogiem Najwyższym, który jest ponad wszystko.  Nie śmiałem pytać, czy również ponad wszystkie bogi, bo zdaje się, że poza Nim nie ma żadnego bóstwa.  Nawet nasz umiłowany Apollo wcale żadnym bogiem nie jest.

Mniej więcej w tym samym czasie w okolice Domu Chleba zawitała grupka ubieżeńców z Herodowego dworu, przynosząc wieści zatrważające.  Otóż satrapa, w obawie o utratę władzy, wysyła oddział nubijskich dzikusów coby wybili wszystkie dzieci płci męskiej do jakiegoś okreslonego wieku. To mnie upewniło w przekonaniu, że Juszua jest, lub będzie kimś niewyobrażalnie wielkim, a Jusufowa rodzina obdarzona jest przywilejem świętości.  Owi uciekinierzy, ludzie Północy, po kilku dniach ukrywania się w gęstych ciernistych kępach, udali się w drogę do swej krainy Scytów, czy jak im tam było.

Niebawem także Jusuf zapakował dobytek na wóz zaprzężony w muły i pospiesznie opuścił dom swój, a równocześnie te rodziny, które uwierzyły słowom owych cudzoziemców. Także możni mędrcy rozjechali sie w różne strony świata, jeden z nich do domu, drugi do Rzymu, a ten na słoniu wraz ze zbrojną świtą, gdzieś na północ, a to dla kupczenia szafranem i purpurą, a podobno nawet stalą, z dzikiej krainy zwanej Luigia.

I na mnie wreszcie czas nadszedł. Pożegnawszy poczciwego Hefajstosa i całą pasterską brać, udałem się w kierunku rzymskiego traktu wiodącego z Jerusalem do Cezarei i Tyru, a stolicę skrzętniem ominął, pomny niemiłej przygody, jaka wydarzyła mi się tam trzy bez mała lata temu.  Wszak teraz miałem przy sobie większą sumę niż wówczas, a ojcu swemu winien byłem byka.

I tu juz własciwie powinienem swą opowieśc zakończyć, ale wiecie, w drodze powrotnej nastapiło kilka wydarzeń, których równiez wytłumaczyć nie potrafię.  Na samym początku zamierzałem pomodlić się do Apollina i ofiarę mu złożyć, coby mnie strzegł i zapewnił szczęśliwą podróż do domu z bykiem.  Ale przypomniałem sobie słowa Adrianosa, tego Greka w służbie u Hindusa Baltazara. On powiadał, że należy się modlić tylko do tego jednego Boga wszystkich ludzi, świata i wszechświata. Pojąłem, iż chodzi mu o to, że największym i jedynym bóstwem jest ten, do którego my, Grecy modlimy się w ostatniej kolejności, do tego Nieznanego, którego czcimy na wypadek, gdyby istniał. Otóż ten Nieznany to właśnie Ten Bóg, Największy i Jedyny, a Żydzi obdarzają go mianem zastępczym Adonaj, bo On nie zyczy sobie być wołanym po imieniu.  Najwyższy Adonaju, powiadam więc, miej mnie w opiece Swojej łaskawej.  I co powiecie? Nie minęła godzina jak zatrzymał się lekki powozik zaprzężony w dwie pary przepięknych koników, a młody Rzymianin zapytal mnie, czy nie potowarzyszyłbym mu w podróży, bo mu się ckni samemu. Dwa razy mi tego nie mówić.  Koniki szły jak wicher i zdaje się, że im ten pęd sprawiał radość. Trzymałem sie kłonicy pobladły z emocji, a woźnica smiał się, że gdy zajedziemy do Tyru to on zaprzęgnie w wachlarz i pokaże mi jak śmiga kwadryga, a wtedy dopiero zobaczę, co to pęd.  Dwa razy tylko się zatrzymał, by konie napoić i przesmarować osie.  W półtora dnia byliśmy o pięć mil na południe od Tyru i tu mu podziękowałem, bo chciałem złożyć wizytę rodzinie poczciwego Eirenejasa.  Nawet zapłaty za podwiezienie nie chciał przyjąć.  „Adonaju, jesteś wielki” – westchnąłem w podzięce do Nieznanego Boga.

Mój Dak wżenił się w rodzinę zacną i pozostał na miejscu, przysparzając gospodarstwu bogactwa. Piękna Ejkaterina nie była jeszcze zamężna, mimo siedemnastu prawie wiosen. Trudno było w tej dziczy o udałego męża. Toteż choć jak niegdyś spędzaliśmy wiele czasu na rozmowach i przechadzkach piaszczystym brzegiem morza, wspólne nurkowanie byłoby w naszym wieku nieco nieprzystojne.01  Jednak zapytałszy ją, czy nie pojechałaby ze mną na rodzinny mój Kos, otrzymałem jej zgodę.  Wszak była ona starsza ode mnie zaledwie o kilka miesięcy.  Upewniłem się jeno, że nie będzie mi Ksantypą, na co dostałem od niej po łbie.

Najpewniej Adonaj czywał nade mną i czyni tak po dziś dzień, albowiem moja Ejkaterina jest wciąż ze mna na dobre i na złe.

Na lewantyjskim wybrzeżu pobyłem jeszcze pół roku, po czym wraz z młodziutką małżonką zaokrętowaliśmy się w Tyrze na zbrojną triremę zmierzająca z drogocenną purpurą do Ostii i wysiedliśmy na brzeg na wyspie Krecie.

Tam okazało się, że choć miałem za co kupić zacnego byczka, na przewóz pieniędzy już nie starczyło. Zatem znów zatrudnić sie musiałem do roboty. Grek Nikofilos, rzymski senator w Gortynie przyjął mnie do pomocy przy koniach, a to było dla mnie wyzwanie, albowiem w Grecji, zwłaszcza na wyspach posiadanie konia było traktowane jako coś w rodzaju fanaberii, więc tego fachu musiałem sie uczyć na nowo.  Rychło jednak, z uwagi na moją niedawno nabytą elokwencję, awansowałem na posłańca i tak rozpocząłem karierę w służbie publicznej.

I tu niechaj już będzie koniec mej opowieści. Ojca swego ujrzałem po kilku latach, przywiózłszy mu rzecz jasna przepięknego, czarnego buhajka dwulatka i dobrą, mądrą a piękna synową.

A Juszua, po naszemu Isos,  dorósłszy stał się sławny za przyczyną zarówno wielu niezwykłych rzeczy, jakie dokonał, jak i znaków od samego Boga Najwyższego.  Pewien Szaul z Tarsu opowiada o Nim rzeczy przedziwne.

Ale o tym niech wam opowiedzą naoczni świadkowie. Sam Szaul ma wkrótce gościć u nas, w Doryckiej krainie, jego pytajcie.

Rysunki z Sieci, a ostatni jest autorstwa pani Anny Kulesz, której twórczość malarska przedstawiona jest w linkach poniżej:

http://annakulesz.yolasite.com/

http://engannakulesz.synthasite.com/

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

10 odpowiedzi na „Jeszcze jedna Opowieść Świąteczna

  1. RomanK pisze:

    Moj Boze! Co za delicje i mecyje!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
    Wspaniale jadlo ducha!

  2. Jolanta K. pisze:

    Aaaaa. Jest publikacja. Dobrze. Będziemy czytać w tygodniu.

  3. bardzo pisze:

    Dziekuje za mile slowo. Czy jest decyzja?

  4. bardzo pisze:

    To było na teraz, a w tygodniu to bedzie wspomnienie…

  5. Jolanta K. pisze:

    Opowieść pierwszoosobowa. Ładne, Panie Piotrze. Tyle szczegółów o życiu w tamtej epoce, dobrze udokumentowanych. Dobre tempo narracji. Dobry język; bez nadmiaru stylizacji, ciekawy pod względem leksykalnym, klarowny.
    Chciałoby się uczestniczyć w tej uczcie, którą Jusuf urządził na cześć Dziecka, a radował się narodzinami Maleństwa i dobrym stanem pod porodzie żony jak każdy normalny mężczyzna, zatroskany o byt swojej rodziny.
    Dla mnie zawsze najciekawsza jest ta rewolucja, jaka dokonywała się w umysłach ludzi, gdy zaczęli odrzucać wiarę w bóstwa i kierować swoje myśli ku Bogu Jedynemu dla całego świata. Pan pokazuje, jak to odbyło się w mikroskali, w głowie Tetliteasa. Jak silna była jego wiara w to, że Adonaj czuwa nad nim.
    Dziś ludziom brakuje tej ufności. Brakuje wdzięczności za dobre proste rzeczy, jakie mają w życiu. Wystarczyłoby przed każdym posiłkiem zmówić krótką modlitwę-podziękowanie. A generalnie, spojrzeć na swoje życie z dystansem, na wszystkie złe chwile, dobre, i powiedzieć głośno: Adonaju, jesteś wielki. Skończyłyby się nerwice, nałogi, psychoterapeuci przestaliby zarabiać na nas ciężkie pieniądze. Rekiny przemysłu farmaceutycznego też.
    Trochę się rozgadałam.
    Dziś w Warszawie mrozek delikatny. Ale rano słońce wyszło. Naprawdę chciało się żyć i pracować.

  6. bardzo pisze:

    Dziękuje Pani za życzliwa recenzję, dla mnie tym bardziej cenną, jako że pochodzi od profesjonalisty w dziedzinie języka polskiego. Może i opowieść „Terra Incognita”, aktualnie in statu nascendi, znajdzie uznanie w oczach znawców.

    Pozdrawiam.

  7. Jolanta K. pisze:

    Panie Piotrze. Ta moja wiedza językowa. Hm. Nie pogłębiam jej ostatnio. Choć, jak pojawia się jakaś zagwozdka, gramatyczna, stylistyczna, z reguły wiem, do jakiego poradnika czy słownika sięgnąć. Ale gdzieś to wszystko leży odłogiem w moim życiu, nad czym ubolewam.
    Życzę publikacji nowej powieści, w takiej czy innej formie; już kiedyś o tym rozmawialiśmy.
    A przede wszystkim skupienia życzę w pracy pisarskiej. Dziś o skupienie trudno. Tempo życia, nadmiar bodźców, to wszystko nas szalenie rozprasza. Internet niestety też. Zachować w tym codziennym bałaganiku swoją autonomię jest bardzo trudno.
    Niemniej trzeba starać się bardzo.
    Ciszy, w skutkach twórczej, owocnej – sobie i Panu życzę.

  8. otto hak pisze:

    Pani Jolu. Motyw przejścia na monoteizm i gotowości Prasłowian do monoteizmu pojawia się także w drugiej części Słowianki, Czy dotarła już Pani do tego momentu?
    W następnej opowieści będziemy także w wielu paragrafach porównywać rozmaite religie monoteistyczne z tamtych czasów.

  9. Pani Blue pisze:

    Panie Piotrze, w takim razie proszę publikować.
    Dziś wróciłam do ostatnich rozdziałów „Słowianki”. Wzruszyły mnie. Podoba mi się, że Dosia wzięła sprawy matrymonialne w swoje ręce. Pięknie to wszystko pani Ania zilustrowała. Czasami warto robić sobie przerwę od książek i znów do nich wracać.

  10. bardzo pisze:

    Następna opowieśc juz się składa, Z oporami, ale krok po kroku. A goccia, a goccia si cava la pietra…
    Będzie ponad pięćset stron, niestety tym razem bez ilustracji. Miło mi, że Pani wraca do Słowianki. Tez mam zwyczaj wracania do juz przeczytanych książek i to więcej jak raz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s