Do domu……..

Stasio wkracza.  O, sto lat, niech żyje nam.  No dobra, dziwczyny niech szykują jakieś żarcie, a my nie będziemy im przeszkadzać, piwo w dłoń i do piwnicy.  Raczej powiedziałbym na dolny poziom, bo stamtąd wychodzi się na dwór prosto na owa sadzawkę.  Obok są garaże, warsztat, pokój do spania i na przeciwko arsenalik.

Oj, czegóż tam nie ma.  Jest węgierski browning ze dwa bębenkowce, jeden na 9 mm, drugi nawet nie wiem, jest M4, przezgrabny pistolecik na naboje od kabekaesu, są karabinki na kaliber serii 30, są dwie strzelby na śrut, w tym jedna z wymienną lufa na brenekę, ale największą dumą Stasia jest AK z bajerami, któe sam sobie tam poprzykręcał.  Otóż na trzech szynach picatinny , a to jedna na wierzchu, a dwie po bokach, ma tam optykę, latarkę bojową i laser.  I jeszcze rączkę na dół, jak w tomiganie.  Wygląda to groźnie, ale do czego taki sprzęt może służyć?  Na półkach, pod półkami i na posadzce stoją opakowania i skrzynki z całą masą rozmaitych naboi.  Stasiu, powiadam, jak przyjdzie panika, to się w pośpiechu w tym wszystkim pogubisz.  Jak ta hrabina, co miała trzy nocniki, srebrny, złoty i z kryształu, a jak bolszewicy przyszli to sie zesrała na schodach (dobrze, że Dziewczyny nie słyszą).

O, wołają akurat, trzeba biec na górę.  Dziś na urodzinowy obiad chińszczyzna i polski tort.  Jeszcze raz sto lat. Jakieś wino.  Po piwie to trochę niefajnie, ale ne wypada być odmieńcem.  Jedno dziecko Stasia, dobrze już wyrośnięte, jest artystą i nagrywa rozmaite liryczne muzyczne kawałki.  Straszna z niego konserwa, ale tu jest Illinois, więc wszyscy go mają za meszugiene kop.  Szczęśliwy, że w nas ma słuchaczy i partnerów do dyskusji. Ale robi się późno, chłopaki lecą rano do roboty, a my w trasę.  Kładziemy się na kanapach, pies wsadza mordę pod kołdrę, chyba czuje ślad pobratymca w naszych odzieniach.

Nazajutrz rozważamy, którędy trzeba by nam jechać do dom.  najchętniej przez Chicago, albo choć przez Schaumburg, żeby po drodze zakupić w jednym z licznych polskich sklepów trochę jadalnego żarcia.  Ale pora niedobra, na dziewięćdziesiątce jak zwykle wykopki, będziemy omijać metropolię.  Pojedziemy trzydziestką dziewiątką do 88, potem ekspresem do 55, dalej na obwodnicę 294 i prosto do 80/90, a dalej już jak po sznurku.

Do samych przedmiść idzie zdziwiająco gładko, może tylko dwa krótkie zatrzymania.  Na skrótówce ruch grzeje sto na godzinę, oczywiście w kilometrach.  Dobra nasza.  Schodzę na prawy pas, do ślimaka na 55.  Ale nagle wielka dzudziestotonowa stodoła przedziela nas dokładnie i nie daje się wyminąć.  Ja zwalnam, truck zwalnia.  Więc wyskakuję na środek, Dziecko za mną i przewaliliśmy egzyt.

Cóż, Polak musi być przygotowany na najprzerozmaitsze trudności zyciowe i musi być gotów, aby imać się różnych profesji. W pewnym okresie mojej kariery w tym amerykańskim raju na ziemi, jeździłem jako taryfiarz, czyli cierpiarz, zatem znam większość okolic Chicago.  Zabrało nam to dodatkową godzinę, ale wreszcie klucząc bocznymi drogami, znaleźliśmy się na upragnionej wylotówce.  Jeszcze w Lake Station tankowanie, jako że w Indianie benzyna sporo tańsza niż w metropolii i dalej już trzy i pół godziny odpoczynku.  Pół godziny przed celem powiadam na telefonie – jedź dziecko do domu, a ja się zatrzymam w sklepie, aby odebrać pewien artykuł dla drugiego, starszego dziecka.

W sklepie, rzecz jasna nikt nic nie wie o przedpłacie, czeski film.  Nawet się nie dziwię.  Ten kraj to juz nie jest ta Ameryka, do której tęskniliśmy przez całą młodośc.  Po długich i ciężkich cierpieniach, kilku telefonach do centrali, debatach z dyrekcją, udaje się wreszcie unieważnić przedpłatę, płacę gotówką i mam was gdzieś.  Tylko ponieważ to wasza wina, utrzymajcie mi tę zniżke, przysługującą na karcie.  No dobrze.  Pani kierowniczka, młoda i całkiem niczegowata, pomogła swym urokiem osobistym sfinalizować tę nieszczęsną transakcję.

I tak przebiegł nasz ostatni długi weekend.  Bardzo długi, ponieważ z uwago na pogodę, trzeba było dzwonić do roboty o dodatkowy dzień lub dwa wolnego.

Po co w ogóle ten cały tekst?  Otóż dla przestrogi starym ojcom, którzy posiadaja młode potomstwo:  Za żadne skarby nie pozwalajcie dzieciom kupować samochodów zamiejscowo.

Na koniec, ponieważ jest to portal kulinarny, napiszemy pokrótce o pewnym specyficznym daniu, z którego słynie Wisconsin.  Bratwurst. Teksańczycy mający krewnych lub znajomych w Wisconsin, zawsze upominają się u odwiedzających z tego stanu o parę funtów bratwursta.  Bratwursty właściwie smaży się na cąłym Północnym Midweście, ale tylko tu są oryginalne i tylko tu przygotowuje się je tak, jak we faterlandzie.

Bierze się rondel, albo głębszą patelnię.  Wlewa się do niej puszkę piwa.  Im tańsza, im gorsze, tym lepsze. Do tego łyżeczka masła i w tym na wolnym ogniu zagotowuje się bratwursty przez jakieś pięć do siedmiu minut.. Potem można je podpiec na żeliwnej patelni w prążki, albo na barbacue, czyli grillu. I włożyć w chrupiąca bułeczkę, z bawarską musztardą, mozna położyć na to trochę podszklonej cebuli.  Ale tu się zwykle kończy niemieckość bratwursta, bo Jankes niz nie zje bez keczupu, więc pieczołowicie przygotowana kiełbaska kończy smętnie jako niemal zwyczajny hot dog.

Jakkolwiek nie spożywamy bratwursta, tym razem piwo musi być zacne…bratwurst(z Sieci)

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Do domu……..

  1. Jolanta Król pisze:

    Bez przesady. Co za przestroga. Ruszył się Pan z chałupy. Coś przeżył. Wróciła wena do pisania. Z Dzieckiem tyle godzin razem. A jak zupełnie wyfrunie z gniazda, to odczuje Pan brak. Ja to ptaszęcie szczęśliwie mam ciągle przy sobie, choć w domu to jest go mało.
    Różne kiełbaski, bratwursty jadłam w Wiedniu. Pychota tak na ulicy zjeść w chłodny dzień, prosto z grilla, ze świeżą bułeczką, z musztardą.
    Ja, wie Pan, bardzo lubię Wiedeń. To takie miasto dla ludzi. 5 nitek metra. Też tramwaje jak w Warszawie. Też w różnych kątkach takie zapyziałe sklepiki z różnościami. Tak swojsko. No i galerie moje ukochane.
    Czyli teraz ile macie tych samochodów? Jeśli mogę zapytać. 🙂

  2. bardzo pisze:

    Nie wypada mi powiedzieć ile mamy samochodów, bowiem wszystkie mają na liczniku grubo po sto tys. km, a jeden to dwieście. Jeden na lato odstawiamy na kołki, a drugi na zimę. To taniej niż zmieniać opony z zimowych na letnie i odwrotnie. Samochód służy do tego, żeby dojechać z chaty wuja Toma na plantację bawełny i wieczorem z plantacji bawełny z powrotem do chaty wuja Toma. A tramwajów to tu niestety nie ma. I w ogóle komunikacji publicznej. Tak, na pewno, powie jeden z drugim, w takiej wielkiej ameryce nie ma tramwajów. Ano, nie ma, a pociągi kursują rzadko i w porach zupełnie nieludzkich, podobnie pekaesy. Więc trzeba mieć własny pojazd. Korzystaja na tym władze podatkowe, kompanie ubezpieczeniowe i firmy petrochemiczne, bo przeciętny zjadacz hamburgera nie ma wyjścia. Wydatki związane z motoryzacja zajmują drugie miejsce w budżecie rodziny po wydatkach związanych z mieszkaniem.

    Nie mieliśmy czasu żeby zahaczyć o Wiedeń w naszej gonitwie lat temu 32. Wycieczki to dla normalnych ludzi, a my bylismy polskie odrzutki. (Vide love story, dwa lata temu). Do dziś nie mieliśmy szansy skoczyc do Europy, a teraz za późno, bo vecchia Europa finita.

  3. Jolanta Król pisze:

    Nie kierowało mną wścibstwo. Raczej potrzeba pożartowania trochę. Wiem, że Amerykanie kochają samochody i każdy domownik ma własny. Rozumiem to, że bieżące koszty bieżące muszą być bardzo duże. Moim zdaniem koszty posiadania samochodu w Polsce są też niemałe. W każdym razie od kiedy nie mam takowego, odczułam dużą ulgę, finansową właśnie.
    Mimo wszystko w tej zmieniającej się Europie jest jeszcze kilka miejsc, które chciałabym zobaczyć. Wenecję przede wszystkim. Wenecję. Zobaczyć i … obfotografować dokumentnie. 🙂
    W Wiedniu zwiedziłam chyba każdy kątek Innerestadt. Mają piękne kościoły. W całej Austrii są piękne kościoły i przeurocze przykościelne cmentarzyki. Tak zadbanych cmentarzyków to ja nigdy nigdzie nie widziałam. Wiadomo, jakie trupy historyczne Austriacy pozamykali w swoich szafach. Ale za tę dbałość o groby bliskich, mam dla nich szacunek. Mentalność tych ludzi w ogóle mnie zastanawia. Ale to już temat na inny post.
    W Europie jest gęściej niż w USA i różnorodniej, myślę. To taka moja ogólniejsza uwaga i oczywista. Mnie samą fascynuje miasto. Lubię porównywać z Warszawą wszelakie rozwiązania aglomeracyjne, właśnie to, co służy dobru wspólnemu. Chodniki, przystanki, linie komunikacyjne, ceny biletów, parki, wstęp do muzeów, domów kultury, renowacja starych budynków. Dla mnie kultura Europy to taka wspólnotowa kultura. Ale to jeszcze inny wątek naszej rozmowy. Będziemy pewnie do niego wracać, jak tylko czasu na to starczy, będzie go trochę więcej, bo u mnie ostatnio zagonione dni, bardzo niestety.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s