Niekulinarnie…

Zacznę od początku, jak zwykle starając się nie rozwlekać zanadto, choc za efekt nie ręczę.

Właśnie.  Położenie geograficzne niekoniecznie musi być jedynym czynnikiem kształtowania pogody. Wisconsin jest częścią regionu Midwest, a tu panuje klimat bardziej kontynentalny niz w centralnej Europie.  Lata są zazwyczaj gorące, a zimy znane ze srogości, ustępując chyba tylko tym w Minnesocie.  Z drugiej strony, zimna nie odczuwa się tak jak w Starym Kraju, nie potrafię wytłumaczyć tego zjawiska.  Gdy mamy temperaturę powiedzmy 15 stopni, możemy swobodnie poruszać się ubrani do figury, a nawet temperatura 10 stopni nie musi byc dla nas straszna.  W Europie 10 stopni C kwalifikuje nas na ubranie się w cebulkę, a dla konserwatystów w płaszcz zwany dawniej jesionką.  I kapelusz zwany w Stolycy dęciakiem.

Ach, przepraszam, miało być treściwie.  Otóż moje dziecko, które ma ambicje na inżyniera (cieszę się z tego powodu niezmiernie), zachorowało nagle na volvo 60s z bajerami.  Nastąpiła bowiem dość gwałtowna zmiana preferencji ze sportowego BMW, a kulis tej decyzji nie będziemy opisywać aby jeszcze bardziej nie przynudzać.  Oczywiście nie mówimy o zabawkach nowych, ponieważ te są poza zasięgiem przedstawicieli naszej kasty, ale lekko przechodzone maszyny są zazwyczaj całkiem dostępne.  Widziałem na ten przykład na własne oczy przepiękną Corvette 2004 po 80 tys mil za cenę 20 kilo papieru.  Prawdopodobnie pójdzie za 18.  Gdybym był młodszy…

Making the long story short, Dziecko sobie przez telefon i internet kupiło ten swój samochód marzeń za psie pieniądze.  W Minneapolis.  Załatwiło sobie inspekcję techniczną u lokalnego mechaniora, potem pożyczkę z banku na brakująca sumę i tato, co teraz mam zrobić.  Jak toto przewieźć do domu, skoro to w przeliczeniu na nasze będzie ponad tysiąc kilometrów w każda stronę.

Wysyłka odpada, jako iż kosztuje rekę i nogę. Możnaby jechać pociągiem z przesiadką w Chikagu, ale rozkład jazdy jest nie dla ludzi i wymagałby oczekiwania do rana na pełnej bezdomnych murzynów poczekalni, potem trzebaby brać taryfę i tłuc się przez półtorej metropolii do owego dilera samochodów używanych.  To samo z pekaesami z tym, że podróż byłaby jeszcze niewygodniejsza.  Można tez wyrentować przyczepę i jechać, załadować nabytek i holować przez pół Midwestu, ale przepisy zabraniają, ponieważ nasze wehikuły są niewystarczająco ciężkie by spełnić warunki holowania.

No to nie ma wyboru, trzeba jechać własna lemuzyną i wracać we dwa samochody.  Ponieważ w życiu jako trokarz przewaliłem dobre kilka milionów km, napatrzywszy się na szosie takich rzeczy, że nigdy nie odważę się ich opisywać, zrozumiałym jest, że nie lubię się łapać za kierownicę.  Za kierowniczkę może czasami, ale od tego to mam w domu własną.

Co trzy tygodnie mam czterodniowy weekend jako że w słuzbie publicznej tydzień pracy trwa siedem albo sześć dni, raczej niż obyczajne pięć. Zatem dziecko powiada, tata, jedziemy.  Może i dobrze, będzie trochę czasu żeby spokojnie pogadać z potomstwem ludzkim głosem.

Moje ślubne narobiło nam kanapek, zapakowaliśmy do duffle bags zmianę łachów, podstawowe narzędzia do bagażnika na wsiakij pażarnyj słuczaj, tablet, a Dziecko jeszcze laptopa, bo ono pracuje również na Sieci i wieczorem przed wyjazdem dawaj sprawdzać płyny i luzy w wysłużonym krajzlerze.

Najsampierw poszła w drzazgi rączka od bagnetu do sprawdzania oleju. Usiłując wydłubać z rury to, co pozostało, wcisnąłem jeszcze głębiej.  Mogiła.  Chyba z wycieczki nici.

Chcąc przynajmniej podjąć szansę, wywierciliśmy dziurę w chińskim plastiku, który pozostał w górnej części bagnetu i wkręcili blachowkręt, który po kilku próbach ułamał się beznadziejnie.  Cóż, jakoś udało sie go nazad wykręcić i wstawić większy, po czym wyciąwszy szczelinę w kawałku gazrurki i lewarując przy pomocy młotka, szczęśliwie wyciągnęliśmy ten nieszczęsny kawał płaskownika.  A była juz dziesiąta w nocy.

Jeszcze pozostało nam nakręcić na chama nakrętkę na ten plastik (chiński) żeby nam bagnet nie wleciał do silnika i postanowiliśmy dodawszy oleju na pałę, jechać w ciemno modląc się, żeby wszystko było jak się należy.

Wyjechaliśmy jeszcze po ciemku. Dla operatora czterdziestotonowego zestawu widok świtu jest szczególnie przygnębiający, bo zdaje on sobie sprawę z tego, że o tej porze normalny człowiek przewraca sie na siódmy bok, albo jeśli ma wolne, to siedzi sobie gdzieś na pieńku w środku kniei i słucha porannych ptasząt niebieskich, a ty szara maso zapieprzaj za tym cholernym kółkiem.  Ale pociechą był fakt, iż Dziecko z zapałem wzięło sie za prowadzenie, a stary ojciec mógł sobie jeszcze przez godzine czy dwie zaprószyć oko.

Cóż, jak na razie pogoda sprzyja i santa Luczija. Gdyby nie kalendarz, nigdy byśmy nie przypuszczali, że mamy właśnie ostatni dzień lutego w roku przestępczym. Wszystko wskazywało na początek kwietnia. W Chicago na dwa dziewięć cztery było parę zatrzymań, bo wypadki, a ludziska w USA zwykli są przy wypadku zatrzymywać się, gapić jak barany z otwartą gębą i niechętnie ruszać dalej,  Gdy tak postępuje kilkudziesięciu kierowców, z niczego robi się gigantyczny zator.  Nawet gdy droga wolna, a wraki ściągnięte na pobocze. Takie zjawisko w gwarze drogowej nazywa się rubber necking, czyli wykręcanie gumowej szyi.

Ponadto, do Chikaga władowaliśmy sie precyzyjnie w godzinie szczytu.

Zawsze wjeżdżając do Wisconsin mam wrażenie że wracam do domu.  Mieszkałem tu przez kilka lat, w Milwaukee, piwnej metropolii, mamy sporo starych znajomych i czujemy się jak u siebie.  O godzinę jazdy na północ od Madison, stolicy stanu położonej jak Olsztyn nad pięcioma jeziorami, znajduje się już dość gęsty las, choć nie tak strzelisty jak na mojej ulubionej Warmii.  I trzeba uważać, bo te głupie sarny lataja przez autostradę co chwila jak wściekłe i już raz z powodu zwierzaka rozwaliłem przód wehikułu wykonany, jakżeby inaczej, z chińskiego plastiku.

Jeszcze nastapiło drobne utrudnienie, a mianowicie zapaliła się nam lampka idioty informująca że w jednej oponie ciśnienie spadło i trzeba było sprawdzać, dopompowywać na stacji benzynowej, gdzie na szczęście nie trzeba było wrzucać pieniędzy do kompresora.  Wiadomo, Wisconsin.

Niestety, opóźnienie w Chicago spowodowalo że do Twin City również wparowaliśmy dokładnie w porze szczytu. Twin City to gwarowe określenie metropolii Minnesoty, jako że złożona jest z dwóch miast, Saint Paul i Minneapolis, którą nazwę wymawia się prawie dokładnie jak Many Apples.  Nie trzeba dodawać, że znaleźliśmy sie już na Zachodzie, choć niekoniecznie dzikim, ponieważ właśnie przeprawiliśmy się mostem przez Mississippi.  Cała droga zabrała nam nieco ponad jedenaście godzin.  Powinna była mniej niz dziesięć.

Diler okazał się jakiś wyjątkowy, bo w miarę uczciwy.  Powiadomił mianowicie moje Dziecko w miarę rzetelnie telefonicznie  o wszystkich felerach, które autko posiadało. Zatem po krótkim przygotowaniu papierków i dokumentów, nadszedł czas jechać z powrotem.IMG_20160229_174857965_HDR[1]

Jeszcze wstąpiliśmy na kanapkę z rwaną wieprzowiną, bo tu hamburgerów jada sie nieco mniej niż u nas, a więcej takich nieco bardziej wymyślnych sandwiczów, do tego niemiecką sałatkę z kartofli i surówke z kapusty ze słodkawym sosem (cole slaw) i gdy się ruch na drogach trochę rozluźnił, ruszyliśmy w trasę powrotną, zamierzając na noc zatrzymać się za jakieś półtorej godzinym w miasteczku zwanym Eau Claire.  Bo ile do jasnej anielki mozna siedziec w tym blaszanym pudle (z plastikowym przodem).

Nowa zabawka Dziecka spisywała sie nienajgorzej, o planowanym czasie zaokrętowaliśmy sie w motelu i poszli na piwo po drugiej stronie ulicy (Wisconsin jest nie tylko krainą mleka i sera, ale równiez piwa).  Ale teraz doszło do głosu moje znane w środowisku fatum.  Otóż okazało się, że po drodze idzie śnieżna burza. W całej Ameryce czysto, ale akurat tam, gdzie będziemy jechać i wtedy, kiedy będziemy jechać, będzie zadyma i szklanka, co w slangu polskich trokerów zwie się hujnią.  W dodatku owa aura posuwać się będzie wraz z nami na wschód.  Czegóż nam więcej potrzeba?

Ale czy mamy wybór?  Do domu kilometrów ponad osiemset, wokól nie ma nic tylko lasy i jeziora.  Latem fajnie, o tej porze niezbyt ciekawie. Zatem szybko kilka wpisów na forum i lulu.

Nie powiem, na drugi dzień na zegarku byłoby od razu złoty dziesięć, gdyby to był polski licznik, a tak to tylko siedemdziesiąt, tyle że mil na godzinę. Pobocza białe, ale droga czarna i sucha.  Przecież to Wisconsin i śnieżne zadymy to chleb poprzedni dla mieszkańców tych okolic i jak widać dla miejscowego MPO. Co chwila widać kursujące solniczki, które wzniecając tumany białego kurzu zawzięcie odgarniają na pobocza te ćwierć centymetra spadłego śniegu.  Dobra nasza.

Ale w końcu trzeba wjechać w tę strefę niedobrej pogody. Nagle szyby zamarzły i oczywiście spryskiwacz po stronie kierowcy zapchał się na amen. Nawierzchnia zmieniła się z w miarę suchej na wilgotna i białą od soli, a szybkość spadła do osiemdziesiątki na nasze, czyli w milach jakieś pięćdziesiąt na godzinę.

Mimo nienajlepszych warunków obserwacyjnych, można było obejrzeć jak sie w ostatnich latach rozwiną region Wisconsin Dells, czyli rozlewisk rzeki Wisconsin. Najsampierw był to rodzaj parku naturalnego, oferujący wypoczynek w ciszy dla mieszczuchów z Milwaukee, Madison i Chicago, potem zaczęto stawiać rozmaite lunaparki, lupanarki, strzelnice wiatrówkowe, domy dziwów (nie mylić z domami dziwek, bo to juz było), knajpy, sklepy, a przede wszystkim kasyna, zwłaszcza indiańskie, gdzie tybulcy za swą krzywdę odbierają bladym twarzom to, co dla nich jest najwyższą świętością, otóż zielone dolary z kieszeni.

Są liczne hotele, motele a nawet resorty.  Jeden, zaraz przy autostradzie nazywa się Wolf Resort, a drugi, wiekszy Three bears.  Ewenementem jest że zbudowane są z bali sosnowych, nawet ten trzypiętrowy na kilkadziesiąt pokojów.  Bierwiona są obrobione na ładnie i wszystkie równiutkie, dlatego podejrzewam, że mogą być atrapą z taniego plastiku (chińskiego) przyklejoną do fasady budynku wykonanej tradycyjna tu metodą, z paździerzówki na rusztowanie z tubajforów, czyli belek z lichego drzewa.  Z dala nie widać.

Gdy zjechaliśmy żeby zrobić sobie herbatkę na drogę i wyrównać fizjologiczny bilans wodny, polaliśmy siurek spryskiwacza gorącą wodą i nagle coś się tam wytopiło, zakaszlało i woda zaczęła ciurkać.  Niestety, w międzyczasie gumki obydwóch wycieraczek pękły w samym środku, a stacja benzynowa takich nie miała na składzie.  Ale i tak widoczność się o niebo polepszyła i do samego Madison dotarliśmy może niezbyt szybko, ale bez przestojów.

Już prawie połowa drogi i nieomalże widac dom na horyzoncie.  Ciesząc się że wszystko idzie gładko, pogwizdując wesoło basem, turlaliśmy się od niechcenia, a nawet nam słoneczko co jakiś czas wychodziło spomiędzy śniegowych chmurek, choć wciąż prószyło drobnym dokuczliwym pyłem.  Nagle zaraz przed Janesville, stop, zęby w tablicę rozdzielczą i parking na szosie.  Wypadek.  Internet powiada, że opóźnienie półgodzinne, ale sądząc po tempie poruszania się, to może jednak potrwać wiele godzin. Pokonanie półtora kilometra zabrało nam czterdzieści minut.  Szczęśliwym trafem, zaraz był zjazd i truck stop, więc zjechawszy, usiedliśmy na małe conieco.  Tu już było śniegu powyżej kostek.

Pierdzielnik nazywa się Winchester Cafe i specjalizuje się w żywieniu nieszczęśliwych kierowców tirów.  IMG_20160301_155425294[1]Personel stanowią starsze babcie, kilka nieforemnie grubaśnych, acz miłych młodszych dziewczyn i jeden straszliwy meksykanski zakapior jako kucharz.  Na ścianie wiszą gabloty z egzemplarzami karabinków na lever Winchestera, co może drażnić miejscowych, ponieważ w okolicy produkuje sie doskonały tego typu sprzęt firmy Henry. Choć dyrekcja Henry Rifles znajduje sie w New Jersey.  Zachęcam do poguglania, jest co obejrzeć.

Miejscowi są na ogół dobrze poinformowani o warunkach drogowych.  Okazało się, że mamy do czynienia z całą serią karamboli i o rychłym wyruszeniu w trasę nie ma co marzyć. Zdaje się, że czeka nas nocna jazda w śnieżycy.  O, nie, nie ze mną te numery.

Ciocię D. i jej rodzinę znamy od lat.  Zamieszkuje o godzinę drogi stąd , koło miejscowości Rockford już w stanie Illinois. Decydujemy dojechać do niej bocznymi drogami.  Volvo wszak ma napęd na cztery koła, a na mnie Dziecko liczy jako na zawodowego kierowcę po przejściach. Dobra, płacimy za lunch, potem telefon do naszych przyjaciół i wyjeżdżamy.

O, nie, nie ma tak dobrze.  Wisconsińczycy są tacy sami mądralińscy jak i my.  Objazd też jest zapchany, choć tu przynajmniej kolumna pojazdów raczej się czołga niż stoi.  Po półtorej godziny parkujemy przed farmą Stasia i D. Wyskakuje na nas sympatyczny wilczurek i pies nam mordę lizał.

Posesja nosi nazwę farmy, bo kiedyś była farmą, a teraz jest rezydencją. Ładny, przestronny dom przerobiony jest ze stodoły, a postawiony na zboczu pagórka, u podnóża którego znajduje się sadzawka dość głęboka, ze źródełkiem świeżej wody, a w niej ryby, żaby i jadalne żółwie.  Ładnie tam.

Konsternacja, bo dziś Stasio kończy sześćdziesiąt i sześć wiosen. Zaraz wróci z roboty a my z pustymi rękami.  Dziecko, masz tu pieniądze, jedź do miasta swoim nowym pięknym samochodem i coś zarządź.

Stasio ma świra na punkcie broni palnej i w specjalnym pokoiku na ścianach wisi dużo ciekawych rzeczy, a poniżej na półkach stoją pudełka z nabojami.  Gdy się otworzy okno w kuchni, albo wyjdzie na taras, mozna korzystać z naturalnej strzelnicy.  Przez tę sadzawkę.  O pięć minut dalej znajduje się stary zalany kamieniołom, gdzie mozna postrzelać na trochę bardziej powaznie.

IMG_20160301_155442171_HDR[1]

Egzemplarz strzelby wykonanej dla uczczenia bohaterstwa wodza Ogellaila Lakota Mah’piya Luta, Red Cloud, Czerwonej Chmury w walce z białym barbarzyńcą, jak głosi wygrawerowana inskrypcja.

 

Ciąg dalszy może i nastąpi się.

 

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Niekulinarnie…

  1. Jolanta Król pisze:

    To się Pan podziewał. Taki szmat drogi.
    Czytam.
    Lubię jechać samochodem przed siebie. Tylko nie mam samochodu.
    Zdjęcia są Pana własne czy z sieci?
    Dzieci dają nam napęd, musi Pan przyznać. Taki życiowy, energetyczny. Sama z siebie jestem czasami tak skapcaniała. A Dziecko ma zawsze fajne pomysły.
    Realia amerykańskie b. ciekawe.

  2. bardzo pisze:

    Tym razem zdjęcia własne.

    Realia amerykańskie są niestety bardzo ciekawe (obys żył w ciekawych czasach)

  3. Dzonyy pisze:

    Olsztyn w Ameryce 🙂
    W granicach administracyjnych jest 15 jezior. Nie licząc osuszonych. Plus dwa rezerwaty przyrody. Las Miejski, to największy kompleks leśny w granicach jakiegokolwiek miasta w Europie. Na bogato.

  4. bardzo pisze:

    I Kortowo, uczelnia w lesie…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s