Hamburger na wiosnę, przepis sprzed lat

(1998)

Czasy się zmieniają i wartkie koło Fortuny.  Z przyjemnością konstatuję, że po wielu latach, z powrotem udało mi się dorwać do tzw. łamow i to w moim ulubionym Miesięczniku, w dodatku w temacie, w którym myślę, że mam pewne prawo wyrażac się mniej lub bardziej autorytatywnie.  W porównaniu do poprzedniego okresu, mam do zaoferowania o wiele lepszą orientację w kulinarnych preferencjach naszych Polonusów oraz, jak sądzę, o wiele lepszą polszczyznę osobistą.  Komu zawdzięczam nieco bardziej zdecydowaną postawę polityczno-społeczną – nadmienię przy innej okazji, albowiem nie tu na to miejsce ani nie teraz na to czas.

Pokaż mi jak odżywiasz się, a powiem ci… powiedzenie to tak wytarte, że kończyć nie warto.  Różnica między sposobem jedzenia Polaków w Polsce i Amerykanów jest gigantyczna.  Amerykanie, szczególnie ci ze Wschodu i Środkowego Zachodu (Midwest), jadają szybko i przypadkowo, wchłaniając wielkie ilości tłuszczów i olejów, najczęściej wysoko przetworzonych.  Białko spożywane w dużych ilościach, pochodzi głównie ze składników pochodzenia zwierzęcego.  Masy węglowodanów dostarczane są do organizmu w postaci cukrów prostych i to nie sacharozy, a częściowo nadtrawionego kwasem i przerobionego enzymem syropu z kukurydzy.  Mam na myśli rzecz jasna tzw. pop beverages, czyli napoje mające na celu wzmożenie raczej, niż ugaszenie pragnienia.  A witaminy i inne mikroelementy w tej sytuacji muszą być uzupełniane przez preparaty farmakologiczne, które jak należy się domyślać, nie są wcale takie tanie.

Jest jednakże w popularnej kuchni amerykańskiej kilka potraw godnych uwagi, ze względu zarówno na wygodę przygotowywania, jak i smakowitość i stosunkowo wysoką wartość odżywczą.  Spróbujmy skosztować kilku z nich.

Amerykanin, niezależnie, czy Jankes, czy Południowiec, Bostończyk, czy Okie, kocha hamburgery.  Owo uczucie przejawia się tym, że nawet niespecjalnie dba o jakość zwiewnej buły z mielonym kotlecikiem.  I nie pomaga tu nawet reklama połączona z intensywną indoktrynacją, jak slynne “Where is a beef?!!!” sprzed piętnastu (teraz już trzydziestu, przypis bieżący – B.) lat.  On zje ze smakiem wszystko, co jest opatrzone etykietką z napisem “hamburger”, choćby to była zdębiała mrożonka z przysłowiowego trzydziestego dziewiątego.  Nie znaczy to, że nie potrafimy docenić walorów tej prostej przecież potrawy.  Po prostu, zagubieni w codzienności, nie myślimy, aby raz na dzień w lunch time, dogodzić sobie nieco, na co wszak zasługujemy (chyba).  Zatrzymajmy się zatem na chwilę i w spokoju zróbmy sobie doskonałego, oryginalnego amerykańskiego hamburgera.  Nie opierajmy się pokusie nieznacznego urozmaicenia tego dania zgodnie z wymaganiami naszego bogatego polskiego podniebienia.

Bierzemy funt niezbyt tłustej wołowiny, zwanej ground round.  Będzie nam to starczało na cztery hamburgery dość słusznej postury.  Quarter-pounders.  Dodajemy jedną średnią cebulę drobno posiekaną, albo wręcz startą na tarce.  Lekko solimy, dodajemy pieprzu według uznania i spolszczamy maleńką odrobiną majeranku, a dla aromatu, bardzo niewielką ilością zmielonej gałki muszkatołowej.  Wyrabiamy i sporządzamy cztery spłaszczone placki o grubosci około dwóch centymetrów do jednego cala.  Na patelni o grubym dnie, najlepiej żeliwnej (o przygotowywaniu takiej patelni do użytku napiszemy kiedy indziej), rozprowadzamy dwie łyżki oleju i na ostrym ogniu obsmażamy ze wszystkich stron.  Nie obawiamy sie smażenia na oleju, ponieważ większość tłuszczu i tak wypływa z mięsa, pozostając na patelni.  Potem zmniejszamy ogrzewanie na “medium” albo “medium low” i dosmażamy kilka minut, zwykle do dziesięciu.  Podajemy na chrupiącej bułce odpowiednich gabarytów, nabytej w polskim albo włoskim sklepie, z plasterkiem surowej czerwonej cebuli, mięsistego pomidora, przy czym kiszonego ogórka staramy się unikać ze wzgledów dietetycznych.  Nie idzie bowiem w parze z pomidorem.  Polecam do tego doskonały nowy keczup o smaku czosnkowym.  Producenta nie wymienię, żeby nie narazić się na zarzut o kryptoreklamę.  Do hamburgera tradycyjnie pasują frytki, a szczególnie rewelacja sezonu, frytki niskotłuszczowe, pieczone w piekarniku.  Nie polecam natomiast płatków kartoflanych ze względu na wysoką zawartość tłuszczu nienajlepszej jakosci, albo nawet tłuszczozastępczej zdradliwej olestry.

Hamburgery można też posmarowaæ musztardą, ewentualnie z dodatkiem miodu i uprażyć na ruszcie na podobnych zasadach jak powyżej.

Na pikniku mamy trochę więcej czasu.  Popijając sobie aromatyczny kentucky bourbon z wodą sodową i mile gawędząc z zaprzyjaźnionymi sąsiadami, możemy sporządzić hamburgery nieco bardziej wymyślnie.  Podobny sposób zaleca Kuchnia Polska w najnowszym wydaniu.  Do mięsnej mieszanki z powyższego paragrafu dodajemy rozgnieciony ząbek czosnku (czosnek rozgniatamy szerokim nożem na deseczce – nie używamy żadnych prasek do czosnku.  Tego ustrojstwa po prostu nie da się potem umyć, szczególnie gdy zaschną resztki czosnku).  Wbijamy jajko, zupełnie jak do rodzimych kotletów mielonych, dodajemy łyżkę koncentratu pomidorowego i łyżeczkę mieszanki grillowej, czyli BBQ spice mix.  Albo popuszczamy wodze własnej fantazji i dajemy wszystkiego po trochu:  oregano, czyli lebiodki, koperku, cajuńskiego pieprzu, czyli pepperoncino (bardzo mało), pieprzu chili, albo mieszanki do chili, jałowca, albo łyżeczkę ginu… Dwucentymetrowe hamburgery przypiekamy na maszynie do barbacue, czyli po prostu na grillu po jednej stronie przez około pięciu minut, a po drugiej przez trzy minuty.  Płomień należy ustawić tak, żeby nie przypalić.  Zależy to od rodzaju rusztu, chyba nie trzeba o tym nadmieniać.  Generalną zasadą jest, aby do większych hamburgerów stosować niższą temperaturę, niż do małych.

A teraz załóżmy, że ktoś nam jednak przyniósł owe zdębiałe krążki z zamrażalnika i nie chcąc urazić darczyńcy, mamy zamiar mimo wszystko potwierdzić, że przybyliśmy z krainy, która pod względem sztuki kulinarnej pozostawia Amerykę o półtora wieku za Murz…  whoops!  Powiedzmy, że za Aborygenami.  Bierzemy zatem owe kółka i bez rozmrażania moczymy w jogurcie.  Ale nie w takim zwykłym jogurcie.  Do flaszki jogurtu dodajemy pół łyżeczki oregano, nieco mniej curry i trochę przyprawy do BBQ, albo czego dusza zapragnie, jak było powyżej. Niech mięso sobie w tym troche poleży. Smarujemy lekko ruszt olejem rzepakowym (Canola), albo oliwkowym i smażymy parę minut z obydwóch stron.  Podajemy dla odmiany z surowką.  Hamburgery przygotowane w ten sposob nie mogą z oczywistych względów spełniać wymagań stawianych zywności koszernej ani Hallal.  Uważajmy zatem, kogo zapraszamy na sobotnie popołudnie.

Nikogo nie trzeba przekonywaæ, że Polacy lubią ryby.  Wszak rybka lubi pływać, nieprawdaż.  Potrafimy, a jakże, przygotować wyśmienite hamburgery z ryby.  Może nie?

Bierzemy półtora funta ryby morskiej, najlepiej dorsza albo halibuta.  Uwaga, halibut w USA jest pierońsko drogi.  Przepuszczamy przez maszynkę i dodajemy czerstwą kajzerkę namoczoną w mleku i odciśniętą.  Potem dodajemy przyrumienioną cebulkę, dwa jajka, sól, pieprz, czerwoną słodką wegierską lub hiszpanską paprykę i troche gałki muszkatołowej.  Można też dodać rozgnieciony ząbek czosnku, kminek i tymianek (z umiarem).  Uformowane hamburgery smażymy na gorącym oleju (najsmaczniejsze wychodzą na smalcu, ale aktualnie smalec nie jest w modzie).  Pozostawmy teraz na chwilkę amerykanski life style.  Albowiem silnie zmrożona wódeczka idzie do czegoś takiego “bardzo owszem”.  Tylko bez przesady z ilością tego specyjału!

Oryginalnie ten tekst nosił tytuł Hamburger Moskala.  A czemu właśnie Hamburger Moskala?  Otóż po pierwsze, taki tytuł zażyczyła sobie pani RedNacz, a po wtóre, przeciętny Amerykanin nie widzi zupełnie żadnej róńnicy między Polakiem a kolegą zza Uralu, przy czym Moskal brzmi jakże melodyjnie…

fishburger

Kuchmistrz do sporządzenia swego fishburgera zużył tylko jedno dzwonko halibuta.

(z Sieci)

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

18 odpowiedzi na „Hamburger na wiosnę, przepis sprzed lat

  1. Jolanta Król pisze:

    Chce mi się jeść hamburgera. Bardzo.
    Robota mi się kończy. Podczytuję Pana felieton. I chce mi się jeść hamburgera. Czas postu to się oszczędzam, mam w miseczce kawałki banana z jogurtem kremowym „Tola”. Ale przeczytałam „fantazje” i chce mi się jeść hamburgera. I chce mi się go popić schłodzoną colą. Czyli łamię wszystkie swoje dietetyczne zasady. Pan mnie korumpuje, Panie Piotrze. 🙂
    Lecę więc do domu. W domu wczorajszy łosoś upieczony w folii, brązowy ryż i jakiś taki ozdobny mocno kalafior; dziecko wymyśliło. Umysłowi zatem zostanie przywrócony naruszony Pana felietonem stan równowagi.
    Cudnie pisze Pan o doprawianiu mięska. U mnie w ruch idzie głównie sól (malutko) i pieprz. A tu tyle możliwości.
    Używam praski do czosnku. Łączę pomidora z ogórkiem. Jestem niedogmatyczna. 🙂

  2. bardzo pisze:

    Kola jest bardzo dobra, zwłaszcza ta dietetyczna, ale nie do picia. Do czego mianowicie, tego na tych łamach wyjawić nie mogę ze względu na nieapetyczność zastosowania.

    Czy ten jogurt do banana jest żywy, czy spasteryzowany? Jeśli biologicznie nieczynny, to szkoda pieniędzy. Wszystkie jogurty na nalepce oznajmiają: pasteryzowane mleko. Ale niektóre jogurty są powtórnie pasteryzowane po dojrzewaniu i w nich wartość odżywcza jest mierna. Ot, tyle co białko mleczne, trochę tłuszczu (chyba że odtłuszczony, co jest modne) i resztka cukru po fermentacji plus zazwyczaj dawka dodanego cukru, albo syropu skrobiowego. Informacji o powtórnej pasteryzacji trzeba się pracowicie doszukiwać. A sprawdzić to można poprzez dodanie łyżki jogurtu do filiżanki mleka i pozostawienie pod przykryciem w umiarkowanym cieple. jeśli na drugi dzień zrobi się jogurt, to oryginalny produkt jest dobry.

    Dziekuje za miłe słowo, jak zawssze.

  3. Jolanta Król pisze:

    Panie Piotrze. To jest jogurt naturalny. Tylko takie jem. Składniki: mleko pasteryzowane, mleko w proszku, białka mleka, żywe kultury bakterii jogurtowych.
    Jest pychota.
    W ogóle sery białe, jogurty to są moim zdaniem najlepsze w Polsce. A ja bardzo lubię. Ostatecznie była dziś kasza jaglana, podduszone kawałeczki piersi kurczaka i mix sałatowy.
    Dobrej nocy.

  4. Marucha pisze:

    Szanujcie ten blog. Jest unikalny w swym podejściu do jedzenia.

    • Jolanta Król pisze:

      Mam takie samo zdanie. Cenię zawartość bloga i styl opowieści. Cenię osobowość autora, bo to samo chodzące (piszące) DOBRO na ziemi. Nie wspomnę o poczuciu humoru. 🙂
      I miło, że Pan też tu zajrzał.

      • Marucha pisze:

        Rzadko tu zaglądam, bo jestem zwykłym laikiem w temacie żywności. Ale kiedyś zamieściłem artykuł o gotowaniu wody, jeden z pierwszych w historii blogu.

    • Jolanta Król pisze:

      Czyli to jest ten kamień węgielny „fantazji”. Przekomiczne. Muszę przyznać moje umiejętności kulinarne są jednak na ciut wyższym poziomie. 🙂

      • bardzo pisze:

        Ależ Gajowy gotuje. Przeciez co kilka dni na pierwszej stronie pojawiają się dowody.

  5. bardzo pisze:

    Panie Gajowy, przeciez to jest Pański portal. Kuchnia od Gajówki. ja go tylko staram sie prowadzic, lepiej czy gorzej, ale mam nadzieje w miare smacznie.

    Wszyscy sa tu mile widziani i prosze zauważyć, że tu nie ma regulaminu. Mamy sie tu dobrze czuc i to wszystko..

    • Marucha pisze:

      Ja tylko ten blog zbudowałem technicznie. To cały mój wkład.
      Wypełnianie go treściami to wyłączna zasługa p. Bardzo.

      • bardzo pisze:

        Bardziej sie liczy patronat, bo tresc to każdy albo prawie każdy potrafi wyartykuować.
        Zresztą bez afiliacji z Gajówką misja nie miałaby sensu.

      • Jolanta Król pisze:

        Technika jest ważna. Choć wordpress jest taki wdzięczny do prowadzenia blogu. Pan wyczuł potencjał i go zagospodarował. To jest Pana wkład.
        Ja w istocie nie mam instynktu kulinarnego; taka smutna prawda. Choć o domek, o gotowanie dbam, jak najbardziej. Ale kocham słowo. Jak tu pierwszy raz weszłam, przeczytałam jedną z opowieści, to aż sobie stęknęłam – „o kurczę, jakie to fajne”. Od razu się zorientowałam, że trafiłam na blog człowieka utalentowanego pisarsko. A proszę mi wierzyć, mam do tych spraw nosa. To kwestia moich pewnych profesjonalnych umiejętności, ale też ten zachwyt słowem, ja, myślę, dany mi od dziecka. Bo w domu rodzinnym zawsze biesiady były, starsi opowiadali. To były całe gawędy, barwne, bogate w szczegóły, podszyte humorem, a ja dziecko chłonęłam. Moje pierwsze lekcje narracji literackiej. Jestem w ogóle uważnym słuchaczem.
        Ale się tutaj dziś rozgadałam. Przepraszam. 🙂

      • Jolanta Król pisze:

        Ten komentarz wyżej (o technice) był oczywiście do Pana Maruchy. W tych schodkach wordpressowych można się pogubić. 🙂

  6. bardzo pisze:

    Dobrym słowem pani Nutki czuję sie oniesmielony.

    • Jolanta Król pisze:

      I zmotywowany, myślę. I o to chodziło, choć o ekspresję moich emocji też.
      Widzę nowe opowieści. Dziś trudny dzionek. Nie wiem, czy dam radę przeczytać, ale bez obawy, nic co Pan tu publikuje nie umknie mojej uwadze.

    • Jolanta Król pisze:

      Jak Pan to robi, że niemal za każdym razem ma Pan w awatarze inny pyszczek. Naprawdę nie pojmuję. 😉

  7. bardzo pisze:

    Bo misie nie chce za każdym razem „logować” i system wybiera na chybił trafił.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s