Opowieść Wigilijna

Burza śnieżna mgłą gęstą pokryła wieczorne niebo. Porywisty orkan giął wierzchołki świerków do ziemi niemal samej. Masa śnieżna z zawrotną prędkością i ogłuszającym hukiem pędziła wzdłuż matki Ziemi, a wraz ze śniegiem leciały ułomki gałęzi, a nawet konarów odłamanych z co słabszych drzew. W taka pogodę nawet wilki łowów niechają, a zagrzebawszy się watahą całą w głębokiej zaspie, przywierają do siebie, usiłując własnymi ciałami ogrzać się nawzajem.  Jakiekolwiek stworzenie zaskoczone nawałnicą, na smierć zamarzłoby w mgnieniu oka, ale mądra Natura pozwala wszystkiemu, co żyje wyczuć nadchodzącą śnieżycę i ukryć się w czas.  Jedynie żubr, król puszczy, zaszywszy się w chaszczach, a osłonięty od wichru gęstwą sosen, stoi majestatycznie żując wygrzebany spod śniegu mech, a biała pokrywa zalegająca długie a grube futro zwierza, dodaje mu ochrony od ziąbu.

Do zmierzchu pozostało jeszcze sporo czasu, ale skutkiem snieżycy, stało się tak ciemno, jak w nocy. Gdzieś tu biegł wyrąbany w kniei dukt, ale utrudzony podróżny nie był w stanie odnaleźć nawet śladu drogi.  Brnąc w śniegu po pas niemal, wiódł za soba umęczonego konia, tak oślepionego jak i on sam.horse_in_the_snow_1-2

W pewnej chwili, łoszak potknął się o korzeń jakiś, czy wykrot ukryty w zaspie i padł na kolano. Poderwał sie wprawdzie zaraz, ale widać było, że z lekka kuleje.

Człowiek zaniepokojony odwrócił sie do towarzysza i ściągnąwszy rękawicę, dotknął nogi jego by sprawdzić, czy nie złamana.

– Dosyć tej wędrówki, druhu – mruknął mu w ucho – Popasać nam trza.

Ba, popasać.  Pozostając bez ruchu, można w pół godziny zamienić się w żonę Lota z żydowskiej opowieści.  Ale widać było, że wędrowiec nie pierwszy raz w drodze i zna, co czynić.  Najsampierw, odnalazł po omacku jakieś miejsce nieco osłonięte od wiatru, parów niewielki, nad którym jak pomost leżały trzy pnie zwalonych sosen.  Wprowadziwszy w rozpadlinę konia swego, rozwinął obszerną, grubą derę i miast sam się w nią otulić, przykrył wiernego towarzysza, by ten nie zamarzł.  Następnie, odtroczywszy od siodła potężny topór, jął ścinać co grubsze gałęzie, przeplatając je z leżącymi drzewami i przekładając jedliną, a reszty dokonał wicher i śnieg, w kilka minut nabudowując dobre półtorej stopy białego puchu, przez co powstała warstwa taka sama, jak na żubrzym cielsku. Wreszcie człowiek przystąpił do rozniecania ognia, co w tych warunkach graniczyło z niepodobieństwem.

Jednak szczapki z rdzeni rozłupanych gałązek wkrótce zajęły się żółtawym płomieniem i zaraz dość pokaźne ognisko gotowe było przyjąć nawet lekko wilgny opał.  Ogrzawszy się trochę, człek wznowił pracę i nagarnął śnieg ku wnijściu do owej prowizorycznej groty, skutkiem czego   stanęła ściana sięgająca niemal do samej góry. Teraz ciepło ogniska zatrzymało się wewnątrz budowli i śnieg zaczął się topić od środka, a spływająca woda zamarzała, wzmacniając konstrukcję, w której nagle zrobiło sie przytulnie i w miarę ciepło.

Koń odtajał i nawet zaczął z płóciennej torby podjadać karmę jakąś.  Takoż i putnik wyciągnął z juków saganek i zaraz zapachniała smakowicie kisła kapusta z mięsiwem.

– Nie pojmuję – rzekł podróżny ni do siebie, ni do konia – wszak dawno już winniśmy byli być w Wistlicy.  Widno zawieja na manowce nas wywiodła.  Nado przeczekać i za dnia odnaleźć siedzibę jakąś ludzką, o drogę rozpytać…

Rozciągnąwszy na ziemi skórę futrzastą ze zwierza jakiegoś, bodaj, czy nie z niedźwiedzia, ułożył się wygodnie, opierając głowę na siodle, a okładając posłanie ze wszystkich stron jukami.  Wiedział jednak, ze zasnąć mu nie wolno, jako iż nie wiadomo, jak mroźno będzie za czas jakiś.  Uwiązał rzemień od kantara do lewej dłoni, by końskie poruszenia spać mu nie dały.

Po kilku godzinach wicher jakby zelżał nieco.  Rzecz jasna, człowiek zawinięty w futra i chroniony jukami, mógłby w szałasie bez kłopotu dotrwać do rana samego, ale koń pewnikiem zasłabłby od zimna lub zachorzał, jeśli nie uświernkąłby zupełnie.

– Pójdź, stary, dalej posuwać się będziem – rzekł przeto do towarzysza i sprawnie objuczywszy go i osiodławszy, ruszył ku północy, odnajdując kierunek po omszałych pniach drzew, które musiał ostukiwac trzonkiem noża ze śniegu i lodu. Mrok juz zapadł kilka godzin wcześniej, ale chmury nieco sie przerzedziły, tak, że na tle nieba widać już było ślad przesieki, człek jednak pomny wypadku, szedł pomału, macając stopą grunt, by koń za nim stąpał bezpiecznie.

W pewnej chwili wierzchowiec parsknął radośnie i przyspieszył kroku. Teraz mąż kroczył obok zwierzęcia, na jego wyczucie się zdając. Zaraz droga wyszła na niewielką polanę, na której stało kilka checzy, wyglądających jak niewielkie pagórki wystające spod kopnego śniegu.  Całą osadę otaczało plecione z konarów ogrodzenie, wzmacniane solidnymi palami, widno od wygłodniałych zimą wilków, łasych na wieprzka lub barana.  A także od złych ludzi.

Wrota zawarte były i wierno założone zaworą, a wołania czy nawet dźwięku rogu przez wiatr słychać by nie było, ale niezawodne psy zaraz dały znać o przybyciu obcego, podniósłszy jazgot nieziemski.  Zaraz otwarły się dźwierza i w smudze nikłego światła wyszło dwóch ludzi zbrojnych w oszczepy, bo wszak nie wiadomo, z kim w takiej głuszy i o takiej porze można mieć do czynienia.

– Kto idzie? – rzucił jeden z nich w mrok nocy.

– Wędrowiec – odparł przybyły – prosić mi trza o schronienie i wodę dla konia, a sam mogę się ułożyć gdzie bądź, byle od wiatru.

– Nie ubliżajcie nam. Każdy przejezdny u nas gościem. Wy pewnie obcy.  Niemiec?

– Swój. Wiślanin. Z długiej drogi do dom wracam.

– Czemu więc durności bełkoczecie o nocowaniu na dworze, jakbyście obyczaju krajskiego nie znali?  Zachodźcie, jeno bystro, bo ciepło z izby ucieka.

Koń znalazł miejsce między domową żywiną, gdzie zaraz ułożył się na podściółce ze świeżej słomy.  Ładunki i siodło położono w przedsionku, a przybysza wprowadzono do izby, gdzie żar buchał z rozgrzanego pieca, postrojonego pośrodku chaty z kamieni połączonych gaszonym wapnem.

– Pokój temu domostwu i wam, gospodzinie zacny – rzekł gość. Z drewnianego siedziska podniósł się starszy mąż o jasnobłękitnych oczach i włosach tak białych jak śnieg wszechobecny po drugiej stronie grubych odrzwi.

– Bywajcie, putniku – odparł i dłoń wyciągnął na powitanie – Rozdziejcie się i siadajcie.  A skąd to bogi prowadzą i dokąd zmierzacie?

Nie czekając na odpowiedź, skinięciem głowy dał znać niewiastom, by czem prędzej wino grzały i uszykowały strawę jakąś.  Wnet kasza jaglana zapyrkała na ogniu, podlana boczkiem ze skwarkami.

– Z daleka jadę. Z niewoli do dom wracam.  Znacie, gdzie Judea?

– Wiem.  Stamtąd Juszua, ów prorok, co nauczał pustynne ludy, jak żyć mają.

– Nie, panie, on Galilejczyk, z północy krainy, już blisko Libanu.  Ale, ale, skąd znacie tamte strony?

Gospodarz bez słowa powstał i dorzucił świeżą skałkę do kominka.  Jasnożółte światło rozjaśniło izbę.  Gość spojrzał badawczo w twarz chaziaja.

– Eryk… – zdziwił się niezmiernie.

– Ślebomir – stwierdził Eryk z twarzą kamienną, z której słynął – Witaj w domu, druhu.

Dwaj starzy kompani padli sobie w uścisk niedźwiedzi i trzepali sie po plecach aż pył leciał z półkożuszków. Zaraz przybiegły białki, a dzieciaki oderwane od igraszek patrzyły z kąta zaciekawione.

– Zaraz.  A co ty tu robisz?  Czemu nie we Wiślicy?  Co to za sioło?

– To ty nie znasz, co Natura prawi? Młodzi rodziny zakładają i stawiaja zagrodę z dala od rodziców, których jak mniemają im już nie potrza. Dopiero gdy dzieciska im przybędą, przybiegają nazad do starych, na kolanach rady i pomocy błagać. Takoż i my wraz z nimi żyjemy by wnuki piastować.  Spójrz, jaka gromadka zacna.

Mirkowi nie było jednak dane podziwiać dorobku młodych, albowiem Erykowa żona zawisła na szyi mężowskiego druha, z którym oboje przeżyli szmat czasu i kawał swiata przebyli.

– Hatro, a ty wiecznie młoda, Ni sidzinki nie masz w kosach twych dziewiczych, ni marszczynki na licach…  Co z Wiłką, niewiastą moją? – oprzytomniawszy zwrócił sie do Eryka.

– Lupina opłakała cię już dawno i wdową do ojczyzny swej wracać zamierzała, ale zasłabła od smutku i drogi dalekiej mogłaby nie przeżyć. Zaszyła się samotnie na oparzeliskach w głuszy leśnej i zioła warzy, jako i mać jej czyniła.

– Zawiedziesz mnie do niej zaraz z utra…

– Pojedziem we dwóch, ale do Swerodanowego gródka i sam byś trafił.  Bagna zmarzłe, koń dojdzie jak po bitej drodze. Chaj ino ten wicher ustanie.  Ale, ale.  Dzieciaki, przywitajcie przybysza, dziadka Mirko.

Wraz z drobiazgiem podeszła niewiasta urody nieziemskiej o wielkich, szmaragdowych oczach, w której Mirko od razu rozpoznał małą Ellę, którą wcale nie tak dawno nosił był na rękach.

– Gdzie człowiek twój i kto jest tym szczęśliwcem? – zapytał dziadek Mirko uściskawszy i ją.

– Faryk (Varrick) był z Erminowych Teutonów. Ubili go w zasadzce swoi, za zdradę, jako iż  Słowiankę pojął.

– Wszak tyś sama z krwi Germanów.

– Ano, z Germanów, jeno rodzice moi zaparli sie rodu gdy burgmajster u Sylingów do grodu ich nie wpuścił. Takoż i ja wasza, a nie od nijakich Niemców.

Posypały sie zapytania i odpowiedzi. Po chwili na ławę wjechała micha smakowicie gorącej kaszy ze skwarkami, znać, że domostwo mimo zimowej pory biedy nie zaznało, I wina goracego stakanek stanął obok, a i drugi dla gospodarza, a niewiasty pokrzepiły sie miodowym napojem z wonnymi korzeniami.
Teraz ty opowiadaj, Mirko. Czemuś znikł tak nagle i na tak długo i jakimi drogami ciągali cię bogowie, albo raczej ten twój jedyny a bezimienny Adonaj.

Mirko rozluźnił nieco odzienie i odpasał krótki, rzymski gladius, który zaraz porwało jakieś pacholę i jęło oglądac z zaciekawieniem.

– Ano, jakem na wymianę jechał do Hermundurów i po konie do remskich naszych przyjaciół, opadła nas mnoga horda Arminiusowych dzikusów z dzidami, by z towaru obłupić.  Kto nie ubieżał, w pęta sie dostał. Jam się nie wyswobodził, jako iż mnie pobitemu sił i uma nie chwatało. Takoż w niewolę przedali mnie do judzkich, a ci z kolei dalej barbarusom na galery. Przez dwa miesiące mozolniem piłował łańcuch kamykiem, wreszcie cała osada korabia powstała i wyrzuciła za burtę dowódcę i załogę na pokarm dla ryb  wielkich, zębatych a żarłocznych, które Grecy zwą karcharias.  Pomny dziejów naszego Larsa, zamierzałem przejąć barkę i żeglować do Krainy, ale niezgrabna łajba nie nadawała się na pirackie zajęcie, którego wówczas uniknąć byłoby niesposób.  Przeto udając żyda, sprzedałem krypę jakiemuś armatorowi w Messali i rozdzieliwszy pieniądze między sobą, towarzysze niedoli rozproszyli się po świecie.  Mnie los rzucił, gdzieżby indziej, jak nie do Tyru.  Hej, mały, zostaw ten miecz, bo krzywdę sobie zrobisz.  Jak ci na imię?

– Wołają mnie Niemój, ale za rok będę nazywać się Nebojsa. Znam już jak mieczem robić, nie bójcie się, dziadku Mirko!boy-sword-training-1[1]

– Dobrze więc, ale uważaj, byś orężem tym szkody matce w chacie nie uczynił. Tak więc w Tyrze chciałem zaokrętować się na jakiś statek do Ostii, albo lepiej do któregoś z portów na północy Hadriatyku, ale srebrników w sakiewce nie starczyło, by przewóz opłacić. A lądem samopas iść nie chciałem z obawy przed Chazarami. Nie było kogo o pomoc prosić. Gdyby choć żył poczciwy Naom w Cezarei. Nająłem się więc do roboty u handlarza wielbłądami. Jako koniarz nie kocham tych bydląt, choć naturę mają nie całkiem podłą. Ale szkaradne są, ryczą i plują, a gdy idą to się kiwają jak kaczki, stawiając nogi nie na przemian, jak każda boża istota, ale po dwie z tej samej strony. Cóż, handlarz cenił mnie wielce, albowiem pojmuję wszystkie niemal języki, jakie są w użyciu na lewantyjskim wybrzeżu. Totez po kilku miesiącach dorobiłem się własnego wielbłąda, którego natychmiast wymieniłem na konia, nubijskiego mieszańca. I uskładawszy kilka augustowych aureusów, podziękowałem za pracę i ruszyłem do Nazaretu, pragnąc złożyć wizytę owej zacnej Miriam, matce Juszuy Mesjasza. Jednak sędziwy Knossos, powiedział mi, iż powinienem Jej szukać w Efezie. W drodze na północ okazało się jednak, że z Sidonu do Stolicy wypływa statek ze szkłem, a jeden ze sterników zachorzał. Sprzedawszy konia, nająłem się więc do załogi i tak znalazłem się w Italii.

– Dziadku Mirko, co to znaczy Mesjasz?

– Mesjasz to wysłannik od Najwyższego, który prawi ludziom, co mają żyć godnie.

– To sam Bóg trudzić się musi, by to im rzec?  Nas tego rodziciele nasi uczą.

– Tam lud prosty jak słomy wiecheć. Słucha we wszystkim starszyzny, kapłanów, uczonych.  A ci władzą dusz się upajają, miast wieść naród ku zacności. Przeto wypaczyli swą wiarę podszewką na wierzch i uczynili dobrem to, co wygodne dla nich samych.  Jak to Żydzi.

– Widzieliście Mesjasza, dziadku?

– Takem Go widział jak ciebie widzę. I raz daże rozmawiał ze mną. A może i dwa razy.

– Opowiedzcie, proszę.

– Miałem wszak opowiadać swoje własne dzieje. Ale zaspokoję ciekawość twoją i rzeknę, com sam widział. Niech jeno gardło i trzewia zwilżę odrobiną tego wybornego miodu, który dziad wasz Eryk sycił dwadzieścia lat wstecz…

Dawno, dawno temu, w Jerozolimie pacholęciem służyłem na dworze króla Heroda zwanego Wielkim.  Byłem tam chłopcem do wszystkiego, takim trochę popychadłem. Ponieważ udawałem niemowę i przydurka, uznano, że mogę trzymać wachlarz z piór strusich nad głową synalka królewskiego, którego zresztą potem ojciec sam uśmiercić kazał. Do królewicza przychodzili nauczyciele najprzerozmaitsi, by nauki mu dawać, a ja, jako obcy mową i obyczajem, miałem nie pojmować, o czym mówią.  Nie wiedzieli, żem się już nauczył miejscowego języka, a z czasem i hebrajskiego osłuchał.

Był na dworze siłacz jeden, a mój druh najlepszy i jedyny, którego nazywali z rzymska Urso.  To wasz pradziad przybrany, Miszka, który dziś zasiada na stolcu Wrót Sławii, wespół z bratem swym Wojsławem. Eleuthera, nadworna worożycha Heroda, zażyczyła sobie, by nas obydwóch przydzielono jej w służbę. Dobrze nam tam było, albowiem rozumieli my sie po krajsku.

– Powiadacie, dziadku, że ta Eleu…  ta worożycha to była babcia Dosia?

– Zgadłeś, spryciarzu.  Pewnego razu do Jerozolimy przybył przedziwny orszak.  Trzech niezwykle mądrych i słynnych uczonych w asyście straszliwej sotni zbrojnej stanęło u wrót stolicy, a straż tak sie przeraziła, że zawarła miejskie bramy i pochowała sie w zakamarkach murów.  Ale wędrowcy nie przybyli, aby podbijać Izrael, jeno by zasięgnąć języka o miejscu narodzenia Dziecka, które wedle starozytnych objawień i Pism miało zostać wielkim prorokiem.

Jeden z nich zwał się Melchior i zajmował się patrzeniem w gwiazdy, a takze wróżbiarstwem.  Jednak czarów zaprzestał, gdy dowiedział się z ksiąg, iż ten proceder Najwyższemu się nie podoba…

– Jak to Najwyższemu?  To znaczy Swantewitowi?

– O tym później porozmawiamy. Teraz będziemy Go zwać żydowskim przydomkiem Adonai. I nie przerywaj, jak stary gada…  no nie, żartuję, pytaj, ino nie za często, abym mógł jeszcze tego wieczoru dokończyć swą opowieść.

Żebyś ty widział, jak ten Melchior na koniu jeździł.  Jakie wyczyniał cuda w siodle.  A i konie go kochały i łaziły za nim krok w krok. Drugi, najstarszy mędrzec to Kasper. Ten zajmował sie naukami ziemskimi, choć i ciała niebieskie obce mu nie były. I był z nimi czarnolicy Baltazar z indyjskiej krainy Pięciorzecza, zarządzanej wówczas przez scytową dynastię Saaków. Ten to był doskonały we wszystkim, a to w wojaczce, w handlu, podróży, żegludze, a sotnia jego  posiadała oręż, o jakim nawet wam sie nie śniło. Mądrością Baltazara była nauka o liczbach i wartościach, a także strategia zawarta w grze zwanej Czatrangiem, a po naszemu szachami.

Miał takoż z Abisynii dojechac czwarty scholar, wielki medyk imieniem Ardaban, ale los zarządził inaczej.

Otóż gdy Herod usłyszał o narodzeniu proroka, którego nazywano królem izraelskiego ludu, przejął sie wielce, a jak wiadomo, tak był zazdrosny o władzę, że kazał zabić swoich własnych synów, z racji czego Rzymianie powiadali, że nawet świniom lepiej sie żyje w Herodowym królestwie, niz jego własnym dzieciom. Zaplanował zatem zbrodnię dzieciobójstwa w mieście zwanym Domem Chleba, gdzie ów prorok się narodził, a także w okolicach.  Najsampierw rozkazał przeprowadzić tę akcję najemnym Sarmatom, wskutek czego ci nazajutrz ubieżali ze służby, zrabowawszy niemałe bogactwa, drogocenne konie najlepsze arabskiej rasy i wziąwszy ze sobą więcej jak trzydzieści najpiękniejszych królewskich nałożnic.

Ale nie uprzedzajmy faktów.  Worożycha Dosia w jakiś niepojęty sposób przejrzała zamiary satrapy i zaraz również i my ze skromnym dobytkiem w kilka koni wszyscy troje znaleźliśmy się w drodze, zmierzając na wschód bezdrożami, by przed rzezią ostrzec mieszkańców Beth Lechem, bo tak po hebrajsku brzmi nazwa owego Domu Chleba.

– Czemu bezdrożami?

– Pomyśl, mały. Oczywiście, aby pogoń zmylić. Dotarłszy na miejsce, zaszyliśmy sie obozem w kępie, a raczej zagajniku wysokich a gęstych cierni, całkiem nawet niedaleko od domku, w którym mieszkał zacny Jusuf stolarz z Miriam oraz małym Juszuą, tym przyszłym królem izraelskiego ludu.

Zaraz pierwszego dnia wyniuchał nas ten Baltazar, nie znam, jak on to uczynił, ale wierno po dymie z ogniska albo zapachu bigosu,  a z pewnościa z pomocą tego potężnego psiska od greckich pastuchów, z którymi sie był skumał.  Przedarł sie przez gęstwę koluchów i zaskoczył Miszke od tyłu, a ten na oślep miotnął franczeską, niemal na pół rozłupując pień młodego oliwkowego drzewka. Ledwo co go nie zabił.

– Czym to on, powiadacie, miotnął?

– Franczeską.  To taka poręczna siekierka do rzucania, od której to nazwy cały naród Franków wziął nazwanie swoje.  Mam taką w jukach, to ci jutro pokażę. Takoż Dosia mu prawi coby poczciwi uczeni nie wracali do domu przez Jerozolimę, choć obiecali Herodowi sprawę zdać z misji swojej, jeno jak najprędzej jechać na wschód przez rzymski trakt z Tyru do Damaszku. Poniewaz Dosia za młodu była piękna jak anioł…

– Babcia Dosia wciąż jest piękna!

– Nigdym w to nie wątpił.  Otóż, aby zyskać na rzetelności, Baltazar rzekł swoim że go anioł ostrzegł.  Zresztą, ponoć potem anioł prawdziwy im sie wszystkim ukazał i to wcale nie we śnie, tylko na jawie, miał bowiem ze sobą trąbę jakąś, anielski atrybut i potwierdził Dosine słowa.

Przybyli mędrcy obdarowali Jusufową rodzinę podarunkami wartości wielkiej, z czego najbardziej chyba przydało im sie Baltazarowe złoto, bo i ich anieli ostrzegli, ubieżać nakazując, a pieniądz w drodze nader przydatny.  Nie żeby Jusuf był biedakiem, wszak fach w rękach miał doskonały, ale trudno cały warsztat ze soba wozić.

Szkoda było i Rodzinie i mędrcom przerywać tak miłą wizytę.  Kasper z Melchiorem prowadzili uczone dysputy z Jusufem, który wszak mądrości wraz z rzemiosłem nabył w rabinackiej szkole, podczas gdy Baltazar całe dnie spędzał z Dzieckiem, które usiłował uczyć strzelania z łuku, podbierania jaj pawiom i innych krotochwilnych zajęć, nie bacząc, że Juszua ledwo co dopiero zaczyna chodzić.  Takoż najczęściej Mały siedział mu na kolanach i słuchając jego zawodzących wschodnich pieśni, śmiał się i ciągnął go za brodę.  Sam widziałem, podglądnąwszy spod kolczastych krzaków.

I ów Baltazar opowiedział nam historię narodzenia Proroka. Otóż, najpierw Jusuf z brzemienną Miriam, pozostawiwszy pracownię pod nadzorem zarządcy Knossosa, podróżowali z Nazaretu do Domu Chleba, a w drodze Złe ich nie chciało opuścić. Na samym początku zaatakował ich wąż złośliwy, co dziwne, jako że węże o tej porze jeszcze śpią, a i tak same ze siebie nie atakują człowieka.  Potem osioł okulał.  Wreszcie, już u celu, zerwała się taka nawałnica, jakiej najstarsi nie pamiętali, a nikt z miejscowych nie chciał im gospody udzielić, krom tego poczciwego handlarza trzodą, u którego schronili sie w szopie na narzędzia. Gdy już Juszua na świat przyszedł, wokół zdarzyło sie wiele cudów. Ludzie wzrok odzyskiwali, chromi zaczynali chodzić, parszywym lico się wygładzało, a jeden owczarz, pogardzany niemowa i przygłup Tetliteas zaczął nagle płynnie deklamowac całe wersety Owidiusza.  W dodatku o pół mili nad szopą zatrzymało się jakieś przedziwne ciało niebieskie, z którego snop błękitnej poświaty oświetlał ziemię.

I znów wąż sie pojawił, zabity zaraz toporkiem przez jednego z co przytomniejszych juhasów. I potem jeszcze przypełzła jakaś gadzina, ale tej sama Miriam piętą łeb zdruzgotała. (Och, jakie szczęście, że ten mały Nebojsa nie zapytał, kto to jest ten Owidiusz – pomyślał z ulgą Mirko)

– Dziadku Mirko, a kto to jest ten Owidiusz? – rzecz jasna zapytało rezolutne dziecko.  Mirko jeno westchnął ciężko.

– Dużo by gadać. Ale będziemy wszak sąsiadami, to ci zdążę jeszcze opowiedzieć wszystko, czegom doświadczył.  Rozmawiałem potem z Mesjaszem dwukrotnie, a to trzydzieści z górą lat później, gdy powstał z gr…….. – tu Mirko ugryzł sie w język, nie chcąc prowokować niepowstrzymanej lawiny dalszych pytań.

– I tak jednej nocy wszyscy rozjechaliśmy sie w trzy różne świata strony. Jusuf z Rodziną udał sie na południe, przez przesmyk lnianej krainy Pelusium w głąb Egiptu, gdzie ponoć znalazł schronienie u pustynnych Beduinów, uczeni wraz z sotnią rzymskim traktem na północ, a my znów bezdrożami do Libanu.

– I co było dalej, dziadku Mirko?

– O, to juz zupełnie inna historia, a przeczytać o niej będzie można w takiej niewielkiej książeczce „Słowianka”, którą jakiś narwaniec być może napisze za lat tysiąc dziewięćset i sześćdziesiąt…

I niech Wam się wszystkim wiedzie, moi drodzy.  To są moje dla Was świąteczne życzenia.

krzyżak okładka - ta

Powyższa ilustracja jest autorstwa pani Ani Kulesz.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

16 odpowiedzi na „Opowieść Wigilijna

  1. Jolanta Król pisze:

    Trudne warunki podróży, a wieść się roznosiła, a przed zdrożonym wędrowcem zawsze cudzy dom otwarty, a gościowi nikt nie żałował miski gorącego jadła, a uszy spragnione opowieści z dalekich stron chłonęły każde słowo przybysza.
    Dziękujemy za tę piękną opowieść wigilijną, Panie Piotrze. Życzę Panu , Pana Rodzinie i Przyjaciołom, i czytelnikom Pana bloga, radosnych, spokojnych i zdrowych Świąt Bożego Narodzenia.

  2. Jolanta Król pisze:

    Jaki obiadek świąteczny?
    U nas karp pieczony w folii, obłożony masełkiem, skropiony cytryną. Do tego ziemniaki pokrojone w talarki, też pieczone, i surówka z czerwonej kapusty, jabłuszka, marchewki.
    Wczoraj skubałyśmy z córką (to wieczna dbałość o wagę) tradycyjne potrawy wigilijne, b. dobre, dla mnie jednak nieco ciężkostrawne.
    Dziś rano była surówka z soczewicy, jarmużu, i awokado (naprawdę pychota), do tego kromka ciabatty, własnego wypieku mojego szwagra.
    I tak mogłabym bez końca, choć kuchnię już na dobre we władanie oddałam córce. Sama spełniam czynności pomocnicze, plus aprowizacyjne; też ważne. 🙂

  3. piwowar pisze:

    Też oddałem kuchnię córce, ale w noc przedwigilijna spać nie mogłem i zrobiłem postny bigos i barszczyk z zakwasu. Udal się nadspodziewanie. Ugotowałem składniki na ciężkostrawną sałatkę warzywną z majonezem fałszowanym jogurtem (córki specjalność), ugotowałem w ryżowniku kaszę gryczaną na krokiety z kapustą i grzybami, Chciałem zrobic kluski z makiem, ale nie było w domu rodzynek (Żona nie lubi).

    Tak że w dzień Wigilii tylko właściwie siedziałem i sączyłem domowe piwo, podrywając się tylko na córki komendę, gdy potrzebowała pomocy.

    Dbałość o wagę przejawia się u nas w jej odkurzaniu i w razie potrzeby wymianie baterii.

    A dieduszka Maroz przyniośł mi butlę z dwutlenkiem węgla (globalne oci…..) i cały zestaw do karbonizacji piwa, a także dwie kegi po dwadzieścia litrów.

    I całe solenne postanowienie zarzucenia piwowarstwa poszło wniwecz.

  4. Jolanta Król pisze:

    Też lubię siedzieć w kuchni. A najbardziej się przydaję, jak trzeba piekarnik włączyć, albo powyjmować naczynia ze zmywarki. Trochę żartuję. 🙂 Ale prawda jest taka, że dziecko ma wrodzony dryg do gotowania. I troska o zdrowie i wagę każe jej poświęcać tej czynności względnie sporo czasu.
    Wędliny, pierogi, sałatka czekają w małych „biedronkowych” opakowaniach w lodówce. Ugotowałam grzybową. Z barszczem dałam sobie w tym roku spokój. Ale mnie Pan swoją krzątaniną zainspirował. Mam ładny zamrożony schab cielęcy. Przypomniałam sobie o nim. Upiekę na sobotę i niedzielę.
    Ja to wie Pan z piwami i tak dalej, to raczej mało mam do czynienia, choć w tym roku pofolgowałam sobie i niedużą lampkę wina wysączyłam.
    Dostałam na gwiazdkę nową płytę Adelki (Angielki). Kojarzy Pan?
    No i teraz upaja mnie właśnie jej śpiew. Ale na YT utwory poblokowane. Maszyna komercji poszła w ruch. Trzeba sprzedać płytę. I trzeba to też zrozumieć.
    Na ciasta nie miałyśmy ochoty. Ale był taki jakby chlebek, jakby keks, ale w istocie było to ciasto dyniowe. Proszę wygooglać: jesienne ciasto dyniowe. Wersja taka bogatsza: z morelami, kawałkami gorzkiej czekolady. Do kawki zawiesistej, parzonej po turecku – wspaniałość.

  5. Jolanta Król pisze:

    O rysunku Pani Ani zapomniałam. Dosia. Słowianka. Cudna.

  6. piwowar pisze:

    Jeśli idzie o muzykę, to jestem wybredny. Cały czas szukam unikatów. Szczególnie przy Świętach. Już po Wigilii, święto drugie w robocie i rzeczywiście teraz trzeba się zainteresować wagą. Dobrze że nie lubię czekolady. Zęby po niej bolą.

    Słowianki lepsze od wszystkicvh czekolad.

  7. Pingback: Opowieść Wigilijna « Dziennik gajowego Maruchy

  8. RomanK pisze:

    Mowiac o muzyce …pamieta pan jakies kilkanascie lat temu mowilem panu, ze szukaja zaginionego hymnu do Sw Jana Chrzciciela.. Nie powiedzili mi gdzie, ale go znalezli..tzn nie tak..”KTOS” im dal i nie moga powiedziec kto…mniejsza o detale ,,niech pan sam poslucha:
    ttps://www.youtube.com/watch?v=fVgWbLUkgY4

  9. Pingback: Opowieść Wigilijna | f6862

  10. bardzo pisze:

    Dziekuje za ciekawe linki. Nie pamiętam tych poszukiwań, ale coś mi sie o uszy obiło z tą częstotliwościa podstawową. Owego hymnu słucham w robocie.

  11. Jolanta Król pisze:

    Panie Piotrze, ja też jestem w kwestiach muzycznych dość wybredna. Proszę się nie obawiać. Adele śpiewa pięknie. Ma świetny głos. Pisze proste, przejmujące teksty.
    Może jednak Pan posłucha: Adele

    Życzę Panu, Pana rodzinie i Pana Przyjaciołom wszelkiej pomyślności w Nowym Roku 2016. Sobie życzę spokoju ducha i dzielności. Bo będą mi bardzo potrzebne.
    Do siego roku!

  12. NICK pisze:

    Proszę nie milczeć, Gospodarzu strony. Nie wolno Panu. Jak Pan zaczął? Nadzieje obudził? Choćby dla osób pięciu? Proszę się nie zniechęcać.
    Szczęść Boże.

  13. bardzo pisze:

    Ech, panie Nick. Dookoła dzieja sie rzeczy wcale nie zachęcające do myślenia o sprawach przyjemnych. A nawet przyziemnych. Najbardziej to sie chce hibernować. Ale troche popiszemy, choc pewnie już nie będzie tak smacznie jak dawniej.

    Bedzie coś wkrótce.

    \\

    • Jolanta Król pisze:

      Panie Piotrze, zgadzam się z Panem Nickiem. Choćby dla pięciu, jednak warto. A jest więcej niż pięciu, tylko w ciszy czytają, nie komentują, potem do jakichś swoich kątków zabierają.
      Było o rybach? Jakoś nie kojarzę. Jakieś przepisy, żeby było szybko (człowiek zapracowany) i zdrowo. Będę wdzięczna.
      Warszawę przykryła pierzynka śniegu. Zapowiadają silne mrozy. Przeszłam w grudniu 2 infekcje. Mam już pewnie przeciwciała.
      To może jakiś pomysł na dania rozgrzewające, albo rozgrzewające napoje, jeśli można – też bez alkoholu.
      Zresztą, wszystko, co Pan napiszę, będę czytać.
      Pora wrócić na „fantazje” Panie Piotrze. Jak na stronie nie ma nowych postów, ona przestaje żyć. A Pan Nick ma rację, na gajówce furkocze, tutaj jakoś tak statycznie się ostatnio zrobiło.
      Zatem prosimy – o niemilczenie. 🙂

  14. bardzo pisze:

    Pisze sie…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s