Epilog

Zaczęli się schodzić zaproszeni przez gospodynię goście.  Najpierw przybiegł G. Sam, bez żony, która zdaje się była niedysponowana. Potem D. z narzeczoną, Claudią. Następnie nieoceniony ksiądz B. Rzymski winiarz, dość znaczny. Żona ambasadora Francji. Wreszcie W. z polską żoną.

Na stół wjechał makaron z kawałkami wędzonego łososia i grubo łamanym aromatycznym czarnym pieprzem. Obok, na sałatę, szklane salaterki o kształcie szpitalnej nerki (Ela przez cały czas mnie trącała pod stołem, żebym sie nie podśmiewał, nawet w duchu). Dobre białe wino. Jakieś inne włoskie specjały, których nie pamietam. Dużo żółtych kwiatów, tulipanów, a może żonkili. Wreszcie tort, który musieliśmy pokroić sami. Poszło nawet dosyć precyzyjne, choć oboje byliśmy zmęczeni nieco wydarzeniami dnia i winem. Zdjęcia były, skromne upominki stosowne do stanu posiadania dawcy. To znaczy, ci, których na to było stać najmniej, wykosztowali się niepotrzebnie…

Przyjęcie było wystawne, poważne, a jednocześnie skromne, niepełne, czegoś w nim brakowało. Bez rodziny, bez bliskich, znajomych i sasiadów. Pierwsze, w którym uczestniczyłem w charakterze innym niż jako fotograf. W dodatku, przebiegało wedle tradycji rzymskiej, a Chantal starała sie jak mogła, abyśmy sie nie czuli obco. Nikt nie tańczył, przeciez to post. Może i dobrze, jako że stary pan młody zupełnie nietańcowaty.  Tanti auguri!

Wkrótce G. odwiózł księdza z powrotem do Watykanu, a pozostali goście zatrzymali sie jeszcze na chwilę, po czym także rozeszli, czy rozjechali do swych rezydencji, przy czym wszyscy, poza ambasadorową, zaprosili nas w odwiedziny w najbliższym czasie.  Pomogliśmy sprzątnąć.  Ela włozyła do buta dolara na szczęście.  Postanowiliśmy powrócić do Rzymu w którąś okrągłą rocznicę naszej uroczystości.

Tymczasem umówiliśmy się z Claudią w jej domu jak najwcześniej nazajutrz. Cieknie jej kran w kuchni, a chłopa w domu brak. „Jedźcie do swego hotelu – powiada Chantal – chyba, że chcecie zostać u nas na noc”. Nie trzeba tego nam powtarzać dwa razy. Padamy na twarz z nadmiaru wrażeń i ze zmęczenia.  Lorenzo dzwoni po taksówkę.

Noc poślubna? Miodowy miesiąc? Chyba raczycie sobie żartować! Takie luksusy są dla osób o ustabilizowanej sytuacji społecznej i psychicznej, ale nie dla nas. Odkładamy je więc na czas nieokreślony i zasypiamy już w taksówce.

We czwartek późnym rankiem zjawiamy się w konsulacie. Pan konsul ujrzawszy nas, pośpiesznie znika gdzieś na piętrze. Ot, dyplomacja. Łapię zatem za frak drugiego, nazywa sie Feldman, czy jakoś podobnie i równiez zna naszą sprawę z telefonów i listów,a także z pewnościa z rozmów z senatorem Aspenem. „Nie bądź taki gorączka człowiek” – powiada w luźnym tłumaczeniu z amerykańskiego na czerniakowski. „Wszystko już jest w należytym porządku, tyle, że procedura trwa do trzech miesięcy: badania lekarskie, wystawienie wizy stałego pobytu i tak dalej.  Wiesz, jak to jest, gdy się ma do czynienia z rządową instytucją.  I kto to mówi!

To opóźnienie jest niczym w porównaniu z niepewnością, jaka była naszym udziałem przez ostatnie kilka miesięcy. Jeszcze przez chwilę udajemy straszliwie oburzonych, ale czy tak na serio można tracić nerwy w tym specyficznym mieście? Non mi fare arabiare.  Andiamo.  Na miasto.

Ela robi zakupy „do domu”. Złapała karte kredytową (w Starym Kraju w roku 1982 był to wynalazek znany jedynie z opowiadań o żelaznym wilku) i szczęśliwa, że może czynić zakupy bezgotówkowe, wparowała do sklepów.

W Rzymie wszystko jest w dobrym guście i pierwszorzędnej jakości, przeto po godzinie na karcie było dwieście dolarów mniej, co na włoskie warunki było sumą dość pokaźną.

Za to zacząłem się zastanawiać, jak to wszystko przewieźć za Ocean. Był tam komplet sztućców kuchennych w stylu wówczas niespotykanym w Ameryce, wisząca szafka na przyprawy z glinianymi naczyniami na kawę, sól i cukier, macchina per la pasta, czyli lśniąca chromoniklem maszynka na korbkę do robienia makaronu, korkociąg o dość złożonej konstrukcji, a także cała masa pięknych wyrobów ze szkłą.

I koniecznym się okazał jeszcze jeden zakup w straganie na Piazza Vittorio, a to potężna waliza ze wzmocnieniami w postaci grubych skórzanych pasów.  Za dwa dni polecę do domu, a Ela dołączy za kwartał.

Zapożyczając wyrażenie z zakończenia wiekopomnego dzieła Jana Ewangelisty, zobowiązany się czuję podkreślić, iż wydarzenia opisane w tej nieco przydługiej relacji miały miejsce naprawdę, co mogę poświadczyć własnoręcznym podpisem, a rozgrywały się dokładnie siedemnaście lat temu,w najpiękniejszym miejscu na tym globie. (tak stoi w tekście zamieszczonym ongiś w miesięczniku Polish Suburban News, a obecnie to już jest lat trzydzieści i trzy wstecz – bez jednego tygodnia…)

To juz koniec naszej historii, w każdym razie tego etapu. Być urodzonym w naszym ojczystym zakątku tego świata to sprawa trudna i odpowiedzialna. Przedstawiciel żadnej innej nacji nie byłby w stanie opisywac zgodnie z prawdą podobnych przeżyć, związanych z prosta i zwyczajną przecież procedurą zakładania rodziny. A i fantazji do zmyślania też by mu nie stało, jako że takich dziwnych uniedogodnień ludzki umysł wymyślić nie zdoła.  Co innego umysł polityków i ustawodawców.

A my będziemy odtąd pchać ten wózek wspólnie. Czy uda się go dopchać w miarę gładko po wertepach życia? Może i nie, ale wiemy, na co nas stać. Świat jest wciąż szeroki, jeśli nie wyjdzie w jednym miejscu, to spróbujemy gdzie indziej. Z pewnością gdzieś na Ziemi istnieje takie miejsce, gdzie wszystko pracuje tak, jak powinno, gdzie nie ma zazdrości ani nienawiści, a wszyscy są dla siebie wzajemnie życzliwi. Kiedyś, może nawet jeszcze sami tego doczekamy, będzie taka Polska, której nazwę wymawiać się będzie z godnościa i czcią. Taki kraj, o którym wiemy z książek i opowiadań naszych Rodziców, do którego będzie się można udać w sposób najzwyklejszy.

I będziemy Polakami, kiedy przyjdzie na świat córka, dla której imię już mamy, Roma mianowicie. Może jeszcze będą bliźniaki, wywróżoneIMG_20150228_013651270[1] Eli przez jakiegoś domorosłego czarodzieja w dalekiej przeszłości, może będziemy mieli dom, sad i pieska, może będzie to normalna rodzina.

Ale, jak napisał wybitny brytyjski poeta i pisarz Rudyard Kipling, w zakończeniu Księgi Dżungli, to już zupełnie inna historia.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

10 odpowiedzi na „Epilog

  1. Jolanta Król pisze:

    Szafka wisząca na przyprawy? Taszczył ją Pan do USA? To wyjątkowo się oboje zaparliście. Ale tak to chyba jest w młodości.
    A ja się niedawno całkiem serio zastawiałam, jakie rzeczy są mi potrzebne w życiu. Doszłam do wniosku, że nie tak wiele ich potrzebuję. Na starość zrobiłam się minimalistką.
    Nie ma chyba takiego miejsca, kraju, gdzie wszystko pracuje jak należy. Możemy zbudować swój mały świat rodzinny, jakiś wpływ mamy na kształtowanie naszego środowiska pracowniczego, sąsiedzkiego już w mniejszym stopniu, i to wszystko właściwie. Te moje małe światy mimo różnych perturbacji są dość dobre właściwie.
    I Pan też z Elą zbudował tam za Oceanem swój mały stabilny świat.
    Dziękuję za tę opowieść, Panie Pawle.

  2. bardzo pisze:

    Nie taki diabeł straszny… Ta bombastycznie zwana szafke to po prostu półeczka z dwiema szufladami. W jednej trzymam naboje, w drugiej drobiazgi, a nad nimi stoja trzy gliniane dzbanuszki z glasurą, w jednej są jakieś antyczne zagraniczne pieniądze sprzed euro, w drugiej stare klucze, które nigdzie nie pasują, w trzeciej nie pamiętam już co, a nad nimi wisza trzy gliniane łyżeczki do dozowania artykułów, na które ów sprzęt jest przeznaczony. Taki sympatyczny gadżet prosto w włoskiej prowincji.

    Ano, a pewnym wieku naszym zmartwieniem jest nie, jakby cos nabyc, ale jak by tu sie pozbyc tego wszystkiego I komu oddać. A mojego laboratopwium w piwnicy nikt nie zechce, bo kto sie teraz bawi z prace badawcze I to prywatnie. Tak samo ten mały mikrobrowarek o wydajności 55 litrów na warkę. Łatwiej jest pójść do sklepu I kupic szóstke sikacza, niż sie za przeproszeniem chrzanić z gotowaniem własnego, chocby najlepszego piwa. I Ruska gitara w częściach, czekająca na renowację. O niepowtarzalnym dźwięku. Po co? Przecież można kupić chińską jamachę za kilkadziesiąt dulary. Wprawdzie brzmi jak stary karton po makaronie, ale tania i jak sie zepsuje to nie żal. I książki, cała masa książek. Kto teraz czyta, zwłaszcza w jakiejś dziwacznej mowie, która wyłamuje zęby, a język zawiązuje na podwójną kokardkę. W dodatku co za tematyka! Jakie znowu Powstanie w Warszawie? Chyba macie na mysli w Getcie…

    Nie ma już takze czegos takiego, jak stabilny świat. jak wiemy, nikt nie jest pewien dnia ani godziny, stąd ten wielki Wyścig Szczurów, który nie pozwala na czytanie książek…

    Wracamy do meritum. Będziemy znów wreszcie gotować…

    • Jolanta Król pisze:

      Kiedy właśnie pod wpływem Pana komentarza ja wróciłam do książki. Pan o tym powstaniu w getcie, to ja sobie pomyślałam, że warto wrócić do relacji Niemca, nazisty, który to powstanie tłumił.
      I znowu sobie podczytałam ten genialny dokument czasów wojny: „Rozmowa z katem” K. Moczarskiego. Dzisiaj to jest chyba lektura w liceum. Majstersztyk, jeśli chodzi o rekonstrukcję tych rozmów w celi, prowadzonych ze Stroopem.
      Moczarski przecież „żołnierz wyklęty”, czekał na wyrok śmierci. Jaki on chory wrócił z więzienia. Ale głowa AK-owca wszystko zakonotowała.
      Jak przeczytałam relację Stroopa, to zrozumiałam sens tego powstania w getcie, i dlaczego – chcemy czy nie chcemy – te wojenne wątki polsko-żydowskie są tak ściśle ze sobą splecione.
      Bo wcześniej o getcie warszawskim niewiele wiedziałam. Głuchy ludzki (nieludzki) dramat za murem. To już Iwaszkiewicz skrobał o tym w Stawisku. Czytałam te wspomnienia, czekając na operację w szpitalu. Przyszedł lekarz na obchód, zerknął na tę książkę i dłużej na niej wzrok zatrzymał. Poprosiłam, żeby tej operacji nie sknocił, bo chcę jeszcze wiele książek w życiu przeczytać.
      Ten głąb Stroop kompletnie się odkrył Moczarskiemu. Jeszcze Schielke był w celi. Schielke w tej wiwisekcji łepetyny przeżartej hitleryzmem odegrał też ważną rolę.
      Czy u Pana w domu czyta się fragmenty książek głośno? Dobry zwyczaj.
      Ale o tym jutro.

  3. Bardzo pisze:

    Mojego skromnego autorstwa raczej nie czyta sie. Kto by takie glupoty czytal. Nemo propheta in patria sua.

    Polecam Pani unikat. Pamiętnik getta warszawskiego autorstwa Mary Berg (Miriam Watenberg). Ona relacjonuje sytuacje, o jakich nikt nie śmie wspominać w dzisiejszych politycznopoprawniackich czasach. Na przykład, w getcie działały trzy katolickie parafie. Dobre, co? Albo Niemcy tych żydów, któzy mieli inne obywatelstwo niż polskie, najpierw internowali na Pawiaku, a potem wysyłali z całą rodziną do krajów, których mieli obywatelstwo. Mary Berg nazywa nas bardzo łądnie aryjczykami i stwierdza, że szmalcowników było bardzo niewielu I narażali się na społeczne potępienie po stronie aryjskiej. Z pewnością Grossowi splunęłaby w pysk. Ponieważ nie zgodziła się na wznowienie edycji książki, jako protest przeciw holobiznesowi, skazana została na nieistnienie. Jeśli wciąż żyje, mieszka gdzieś w stanie Missouri.
    Książka ukazała się po raz pierwszy w Nowym Jorku już w roku 1946, a na polski potem dopiero ją przetłumaczono. Zdjęcia, odnośniki. Wspaniały dokument, zacna, uczciwa autorka.

    A czy Pani czytała taka książkę Słowianka, nie pamiętam autora, ale znam panią Ilustratorkę…

    • Jolanta Król pisze:

      W domu okropny bałagan od tych różnych przeróbek, przemeblowań. Córeńka skorzystała z okazji i wzięła sobie kilka (sic!) książek. Otóż … nie umknął mi ten fakt, mojej uwadze, córeńka zostanie rozliczona, jak już te wszystkie graty staną jak należy.
      Ale „Słowianka” się nie zapodziała. Leży na wierzchu. 🙂
      Planowałam dzisiaj głośne dla Pana czytanie. Ale nie spięłam się czasowo. A jutro mam nadgodziny w robocie. Takie życie!
      Książek Grossa nie znam. Tutaj polegałam na opinii z drugiej ręki. W jednej ze swoich biografii prof. Staniszkis (moja mentorka) w wyważony sposób i dogłębny, niemniej wyraziła b. niepochlebną opinię o tym człowieku (łączył ich Instytut Socjologii przy Karowej), to ja już sobie głowy nim nie zawracałam. Jakiś taki wychudzony, zapadnięte policzki, końska szczęka, nie budzi mojego zaufania.
      „Zacna, uczciwa autorka” – to świetna rekomendacja manuskryptu Mary Berg, Panie Pawle. Pewnie biały kruk dzisiaj.
      A taka zabawa.
      Proszę mi napisać tytuły kilku książek , które ma Pan blisko siebie. Zawsze mamy takie książki, które są od nas na odległość ręki. Mamy jakby potrzebę posiadania ich blisko siebie. Zgadza się Pan z mną?
      To ja poproszę o Pana tytuły. Chociaż 5 takich. Ale może być więcej. Bardzo proszę.

  4. bardzo pisze:

    -Inżynieria chemiczna, autor Pawłow pzwn chyba 1971
    Proposal writing
    The Seventh Million, Tom Segev (biały Kruk)
    -Instrukcja obslugi smartfona Motoroli
    -Chemia praktyczna dla wszystkich pzwn 1959 (rarytas, wart teraz majątek)
    -Cykl książek o życiu w Naturze (Anastazja), autorstwa Wladimira Megre
    -Domowe browarnictwo, amerykańskie wydanie
    -Receptury na piwo domowe
    Gotujemy z piwem
    Quo Vadis, wyd, amerykańskie
    Quo vadis, archiwalne wydanie po serbsku
    Biblia
    -Książka o Powstaniu, autorstwa Andrzeja Rumianka (Tygrys)
    -Łodzie i statki na przestrzeni dziejów
    -Deep Lie, sensacyjna powieść o sowietach
    Jonasz, ks. Mirosław Maliński
    Widokówki, tegoż autora
    Wszystko o herbacie
    Odżywiaj się zgodnie ze swoja grupą krwi (nie czytane)
    -Malarstwo Białego Człowieka, Łysiak, 5 tom (wcześniejsze woluminy w biblioteczce na dole).
    -Terra Incognita, Bart_wagner (niedokończona)
    -Point of Impact, Stephen Hunter
    Devil wears Prada (babska książka, ale wciąż leży obok – nie czytałem)
    -Stulecie Kłamców, Łysiak
    -Album historii lotnictwa (piękne wydanie)
    Wielki atlas Encyklopedii Powszechnej
    -Książka kucharska pod red. prof. Bergera
    -Książka kucharska Mazowsza.

    Kreską zaznaczone te, do których w miarę często wracam.

  5. Jolanta Król pisze:

    Ciekawa lista, Panie Pawle. Konfrontacja naszych doświadczeń będzie ciekawa. Zacznę od kilku pozycji. Tych najważniejszych. Nawet jak są dłuższe okresy, że do nich nie wracam, to nie wyobrażam sobie, że mogły by nie być w zasięgu mojej ręki (czytaj: dolna półka w sypialni obok łóżka).
    1. Widnokrąg, Wiesław Myśliwski.
    2. Opowieść o miłości i mroku, Amos Oz (genialny przekład z hebrajskiego Leszka Kwiatkowskiego).
    3. Doktor Żywago, Borys Pasternak (Lara to najpiękniejsza kobieca postać w literaturze).
    4. Dzienniki czasu wojny, Zofia Nałkowska.
    5. Matka odchodzi, Tadeusz Różewicz.

    Będzie więcej. Będę tu wracać.

  6. bardzo pisze:

    O, to takie bardziej duszeszczypatielnyje.
    U mnie najbardziej wzruszająca książka to ta inżynieria Pawłowa. Ile włosów przez nia wypadło…

  7. Jolanta Król pisze:

    Duszeszczypatielnyje. No ładne określenie. Brakowało mi go. Ta lista w tym sensie byłaby wydłużona o wielu innych autorów: Tomasza Manna np. albo Sołżenicyna. Dobra literatura nie zna granic państwowych.
    Wracam do polskiej klasyki literackiej, do tekstów Słowackiego, Mickiewicza, do niezrównanych analiz literacko-historycznych prof. Rymkiewicza.
    Jest też dużo książek, których sobie nie odpuszczam z powodów praktycznych. To głównie słowniki, w ogóle książki językowe, przewodniki, katalogi muzealne i sporo literatury medyczno-pedagogicznej.
    Jest też następna moja pasja: literatura niefikcjonalna (dzienniki, listy, autobiografie, wywiady-rzeki).
    Dziś będę to wszystko porządkować, bo mam nowe półki, stabilniejsze od poprzednich. To przy okazji tych robótek porobię notatki.
    Jeszcze od książek moje włosy nie wypadają, nawet jeszcze nie siwieją, ale żal, że na to czytanie tak mało czasu i już te dawne stany skupienia, zachwytu – jakby za mną. Ostatni zdarzył się chyba 3 lata temu, przy okazji „Absalomie, Absalomie” Faulknera. Rewelacyjna rzecz.
    Łysiaka polecała moja historyczka w LO (70/80). Te Pana tomy o Malarstwie Białego Człowieka bardzo chętnie bym przewertowała chociaż. I ma Pan rację, czasami takie drobiazgi sylwiczne, jak te „Widokówki” ks. Malińskiego, ujmują za serce.
    Tak do końca to nigdy nie wiadomo, która z książeczek stanie się duszeszczypatielnaja. Czytać po prostu trzeba, czytać.

  8. bardzo pisze:

    Księdza Malińskiego (Malinę) spotkaliśmy osobiście u znajomych w Chicago. Ksiądz bardziej nowoczesny niż wskazywałaby na to treść jego publikacji. Może to dobrze, a może nie bardzo.
    malarstwa Boałego Człowieka nie da sie wertowac, co zreszta dotyczy całego Łysiaka. Do tego trzeba podchodzic z cała wnikliwościa i otwartym umysłem. Ja wiem, że w cyklu o malarstwie przemyca sie wartości ortodoksyjne, ale dla mnie to było po prostu wprowadzenie do malarstwa, takie otwarcie oczu na sztukę malarska i w ogóle graficzną. Od pogadanek patriotycznych to u mnie jest profesor Jaroszyński.

    Ale, ale, zeszło na książki a tu kuchnia czeka i chyba sie cos przypala. Wracamy do meritum.

    Dzis pierwsza część cyklu wielkanocnego.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s