Rozdział już przedostatni

Wkroczył wreszcie cały sznur kardynałów i Papież wraz z nimi.  Zajął miejsce centralne i jak zwykle rozpoczął audiencję od uciszania polskich owacji, które jakoś przytłumiały wszelkie inne dźwięki i szmery na niemałej przecież sali.

Po krótkim Pater Noster i Ave Maria po łacinie, albo może po włosku – nie zwróciłem uwagi na ten szczegół – dostojny Gospodarz wygłosił serię przemówień w rozmaitych językach świata, dostosowując ich treść do sytuacji poszczególnych narodów, które były ich adresatami.  Tu jeszcze raz ujawnił się geniusz tego wielkiego człowieka. Krążyły bowiem po świecie najrozmaitsze opinie, uporczywie powtarzane przez środowiska niechętne delikatnie powiedziawszy nam i Kościołowi, jakoby wybór Karola Wojtyły  na to najodpowiedzialniejsze stanowisko, jakie ludzkość może obsadzić, wiązał się jedynie z sytuacją międzynarodową, będąc niczym więcej, jak  kurtuazyjnym ukłonem w stronę Polski, która właśnie stała sie jedyną przeciwwagą dla komunizmu, starannie przecież wyhodowanego przez światową konspirację mocarstw, a teraz, po uciążliwej alienacji, owocującego setkami milionów ludzkich ofiar.  Wojtyła, a obecnie wielki Totus Tuus Jan Paweł II, w każdym swoim wystąpieniu daje świadectwo, że w aktualnej sytuacji tylko on zasłużył na tę funkcję nieprzeciętnym intelektem i bystrością umysłu, która pozwala znaleźć odpowiedzi na wszelkie pytania dotyczące najbardziej złożonych spraw w każdej dziedzinie życia jednostki, rodziny, narodu i całej człowieczej populacji świata.

Reakcją na każdą wypowiedź była spontaniczna owacja grupy etnicznej, do której Jan Paweł II kierował swoje orędzie.

Papież rzecz jasna przemówił także po polsku, wyrażając to, co wszyscy wiemy.  Zachęcił naród do nieustawania w walce o społeczną sprawiedliwość.  Zawstydził świat, wytykając mu marazm.  Czyżby tu rzeczywiście chodziło tylko o marazm? Może miał na myśli złą wolę?  Zostawmy na później te rozważania. Przecież dziś jest nasza prywatna uroczystość i życzylibyśmy sobie tylko, aby nieszczęścia nas omijały…

Wreszcie zabrzmiał język japoński. W tym momencie w sympatycznych Azjatów, na codzień silących się na robienie wzorem Albionu drewnianej gęby, jakby piorun trzasł z jasnego nieba. Przerażeni patrzyliśmy na reakcję kilkudziesięcioosobowej wycieczki, z której jedni wrzeszczeli jak opętani, inni płakali, jeszcze inni jak w transie patrzyli znieruchomiali na podium, a niektórzy mdleli.  Znałem kilku przedstawicieli kultury Dalekiego Wschodu i nigdy nie przypuszczałem, że ci z natury stoicko usposobieni do świata ludzie zdolni są do wyrażania takich emocji.  Poczuliśmy się wobec nich nieswojo i to wrażenie pozostało do końca audiencji.

Potem nieoceniony G. odwiózł nas do domu Chantal, gdzie wieczorem miało się odbyć skromne przyjęcie zorganizowane specjalnie dla nas przez tę zadziwiająco życzliwą dla nas osobę.  Ela przebrała się w codzienne ciuchy, po raz któryś z kolei stwierdziła, że powaga sytuacji w ogóle do niej nie dociera i krańcowo wyczerpana padła na kanapę, zapadając w sen sprawiedliwych. Nawet nie zdążyłem zapytać, acz poniewczasie, czy chce wyjść za mnie, o którym to szczególe jakoś wcześniej zapomnieliśmy oboje.  Za to natychmiast pomyślałem o zaległym pierścionku zaręczynowym, który jak dotąd wciąż pozostawał w sferze obietnic.

Nie chcąc zatem wyjść na człowieka niepoważnego, natychmiast zatelefonowałem po taksówkę, powtarzając sobie w myśli, że przecież inwestuję w już sprawdzony interes.  Taryfiarz polecił jubilera na Via Veneto, prawie naprzeciwko amerykańskiej ambasady. Mijając tę placówkę zaśmiałem się w duchu: „czekajcie, cholery, jutro was zażyję takim papierem, że wam okulary pospadaja z nosów długich a garbatych…”

Młoda ekspedientka pomogła wybrać pierścionek z osiemnastokaratowego złota z dziewięcioma diamentami, w sumie składającymi się niemal na karat, niestety, rzymskiej trzynastki nie było, cacko skromne, ale gustowne, opatrzone stosownym certyfikatem. Nawykły do amerykańskich obyczajów, podjąłem pertraktacje w sprawie ceny. Wybiegł korpulentny właściciel, jak się okazało, czcigodny tata jubilerki. Przyjąwszy do wiadomości, że to spóźnione zaręczyny, opuścił trochę, ale gdy wyciągnąłem kartę kredytową, z powrotem nieco podniósł i wyszło niemal na cenę wyjściową. Osiągnąwszy porozumienie, schowałem nabytek i znów zaliczyłem życzenia Tanti Auguri.

Po drugiej stronie ulicy znajdował sie sklep firmowy Beretty. Usprawiedliwiając się w duchu sam przed sobą, zatrzymałem się na chwilę, by popodziwiać dzieła słynnych włoskich rusznikarzy.  Ceny, owszem, niewygórowane, ale amerykańskie zaporowe cło jest chyba niebosiężne. No cóż, po raz ostatni, żegnajcie strzelby, żegnajcie wędki…

W sekrecie tutaj rzeknę, że czuję się zobligowanym, aby przyznać, że ironia losu zrobiła tym razem miłą niespodziankę. Wiele miesięcy później okazało się bowiem, że moje ślubne szczęście samo nienajgorzej radzi sobie z bębenkowcem najpotężniejszego wówczas kalibru, na szczęście tylko na strzelnicy, a i nasza pociecha z upodobaniem zaczęła machać wędką, zanim jeszcze nauczyła się dobrze chodzić.

Jeszcze należało kupić szampan, włoski rzecz jasna, a także złapać taksówkę na powrót do domu.  Zadanie to dzicinnie łatwe dla tubylca, w moim przypadku zostało opłacone nerwowym a mozolnym szperaniem w amerykańsko-włoskich rozmówkach. W międzyczasie zpomniałem adresu i trzeba było pokazac na mapie miasta, dokąd zamierzam się udać. Po drodze należało poprosić o zatrzymanie się przy warzywniaku, aby zakupić sałatę, owoce i jakieś kwiaty. Wszystko to wymaga jakiej takiej włoszczyzny, ale Rzymianie to naród niespodziewanie cierpliwy i wyrozumiały. Na wszelki wypadek taksówkarz upewnił się tylko:  Tedesco? Pomny przestróg, by do amerykańskości się nie przyznawać, odparłem: No, Polacco.  Zresztą, czy ja wyglądam na Niemca? Czym zyskałem (jeszcze wtedy) zaufanie kierowcy.

Ela jeszcze spała. Ukradkiem nałożyłem jej pierścionek. To niby miała być taka trochę niespodzianka, ale trochę martwiłem się, czy może nieodpowiedni, przy czym ona udawała, że się nie obudziła wcale, a wcale i że się ocknęła zaraz potem.  Podobał się. Ot, i kolejnea troska okazała się być płonną.  Ale oświadczyć się znów zapomniałem.

Rozstawiliśmy stół, krzesła i trochę popichciliśmy razem w kuchni.  W sam raz zajęcie dla nowożeńców. W międzyczasie przyszła Chantal i bezceremonialnie wyrzuciła nas z tego miłego pomieszczenia. Usiedliśmy więc na tarasie, z którego rozciągał się widok na willę Borgiow za doliną i pogrążyli w rozmowie o przyszłości. Dotychczasowa niepewność jakimś sposobem ustąpiłą miejsca umiarkowanemu optymizmowi…

PSN1

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Rozdział już przedostatni

  1. Jolanta Król pisze:

    Cokolwiek by się o nim nie powiedziało, zawsze to trąci banałem. Myślę o Janie Pawle II. Tyle przekazów o nim. Oklepanych w końcu telewizyjnych kadrów. Odkrywałam go na nowo poprzez wspomnienia Wandy Półtawskiej. Czy Pan zna tę książkę, Panie Pawle?
    http://merlin.pl/Beskidzkie-rekolekcje-Dzieje-przyjazni-ksiedza-Karola-Wojtyly-z-rodzina-Poltawskich_Wanda/browse/product/1,646687.html
    Bardzo polecam. Świetnie wydana. Fotoodbitki Jego listów. Jakie równiutkie pismo, jaki staranny podział na akapity.
    Życie mojej rodziny jest z tym pontyfikatem niesamowicie sprzęgnięte. Też te ostanie akordy, Jego umieranie, gdy w końcu do zakutych łbów dotarło, że jest coś takiego jak śmierć i należy jej się dostojny ceremoniał. Muszę powiedzieć Telewizja Publiczna w te dni stanęła na wysokości zadania.
    Brakuje Go. Bardzo.

    Ciekawa reakcja Japończyków. Już Panu wspominałam, że mąż był w Japonii. Potem jego opowieściom nie nie było końca, no i 2 reportaże telewizyjne. To ludzie ogromnej duchowości.

    Powiem, że z tym pierścionkiem spisał się Pan na medal. Obdarował Pan swoją Słowiankę. Ta fotokopia Pana artykułu – wymowna. Śliczne zdjęcie Eli.

  2. bardzo pisze:

    Papież dokonal kilku rzeczy, których osobiście nie rozumiem. Relacja pochodzi sprzed kontrowersyjnego Asyżu i sprzed nagonki do eurokołchozu. Nie mnie oceniać, jakim był papieżem, to nie jest moja funkcja i za malo znacze, zeby móc się podejmowac takiej oceny. Ale czlowiekiem byl niewatpliwie blyskotliwie mądrym i twierdze że dobrym.

    Co do pierścionka, to w tym całym galimatiasie nie zawsze można było trzymać sekwencje wydarzeń zgodna z tradycją. Ale jak powiada arytmetyka, suma nie zależy od kolejności składników.

    Zdjęcie autentyk z owej mszy ceremonialu rzymskiego ślubu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s