Rozdział dziesiąty. I mamy jubileusz…

Jest już marzec.  Jeszcze jedna wizyta w Teksasie u doktora Burzyńskiego.  Tablica kontrolna dlugości piętnastu metrów jest juz gotowa, jarzy się błyskąjacymi światełkami niczym pulpit sterowniczy bazy międzygalaktycznej Enterprise.  ”To bells and whistles” dla amerykańskiej publicity.  Bohater widowiska nie przypomina jednak doktora Spocka, a ma wygląd zupelnie normalny.  W pracowni jest typowym naukowcem, na przekór zaś wszystkim bez reszty oddanym swojej idei, poza Instytutem reprezentuje typ czlowieka interesu, z iście lubelackim uporem wymierzającym prztyczka za prztyczkiem w nos dostojności Wielkiej Medycyny plemienia nadludzi gatunku „Homo Americanus”.  Determinacja tego niewątpliwie nietuzinkowego umysłu podtrzymuje na duchu zarówno pracowników jednostki, jak i całe stronnictwo antyneoplastonowe, a także służy za przykład w działaniu skromnego inżynierka z Polski w jego własnej sprawie, również przeciwko możnym tego świata i też przeciw społecznym stereotypom…

W Kraju mrok.  Słaby szczerzy sczerniałe, a szczerbate uzębienie, miętosząc Wielki Narod ciężarem swego sflaczalego jestestwa, pod którym słomiane nogi dawno już rozlazły się na wszystkie strony.  Wie jednak doskonale, że jego godziny są policzone, usprawiedliwia się więc przed światem jak może, zanim sczeźnie i zostanie postawiony przed Sadem Ostatecznym, zupełnie jak ten stary łotr, co w późnym wieku zaczął nagle uczęszczać do koscioła.  Świat z kolei pomału zaczyna zdawać sobie sprawę z Wielkości owego Narodu i ci, którym owa Wielkość stoi kością w gardle, zdają się jakby podejmować wytarty jak futro kundla temat prymitywnego Polaczka.  Na szczęście Ronnie, ten pogardzany drugorzędny aktor rodem z Illinois, dla sobie tylko wiadomych przyczyn jest chyba po naszej stronie.  Zwykły Amerykanin chyba również darzy nas jeszcze sympatią i wciąż pali świeczki w oknach, mimo że okres święteczny dawno już za nami.  Koniunktura zatem wyglada umiarkowanie korzystnie.

Niemal natychmiast po przylocie z Houston trzeba gnać z powrotem na lotnisko, na samolot Alitalii do Rzymu.  Rodzice przyjechawszy z Kraju w pierwszej dekadzie grudnia, wiedzeni jakimś niepojętym instynktem, bo przecież nie poinformowani o istocie rzeczy ze względu na cenzurę korespondencji, przywiezli rodzinną pamiatkę, dwie obrączki z polskiego, wcale nie ruskiego złota, a więc przynajmniej jedna sprawa nie wymaga załatwiania.

Stan wojenny.  Każdy w gruncie rzeczy spodziewał się jakiejś formy stanu wyjątkowego w kraju, gdzie zdrowy rozum zdawał się przeważać, gdzie wydawało się, że ten obszar Europy znów będzie najszybciej rozwijającym się regionem świata.  Wszak w lutym miało dojść do powszechnego referendum.  Ale wojenny?  Czy tu chodziło o zadeklarowanie wojny przez reprezentantów Kałmuka przeciwko Polakom, przetrzebienie populacji?  Nie, jedynym celem przedsięwzięcia było wdeptanie resztki godności Polaków w rozmiękłą grudniową ziemię.  Pamiętamy reakcję przywódców rządów rozmaitych krajów na wieść o tragedii. Niemiec, zielony z przerażenia, wydukał jakieś słowa usprawiedliwienia dla kacapa.  Przewrotny Francuz wyginając się na różne strony, aby przypadkiem kogoś nie urazić, mamrotał deklaracje pokoju między narodami.  Zbigniew Brzeziński nazwał rzecz po imieniu: gwałt dokonany na Polsce przez międzynarodową konspirację.  Zaraz mu zabrano mikrofon.  Wżdy to Polus, któż by takiego wariata słuchał, szczególnie na powaznie!

Staruszek  Andreotti  zawstydził Zachód.  Z właściwą sobie klasą wygłosił słowa gorzkiej prawdy zarówno o kulisach wewnętrznej inwazji w Polsce, jak i o sprostytuowaniu wielkiej polityki.  Prostolinijny Reagan o iœcie słowiańskiej duszy, z twarzą czerwoną z oburzenia starał się natchnąć Amerykę ideą dla centrum światowego zła.  Ale czy możemy sobie pozwolić na uzurpację prawa do zrywania owoców drzewa wiadomości zła i dobra?  Może to właśnie nasze rodzime usiłowanie wysunięcia głowy ponad powierzchnię bezdennego oceanu barbarzyństwa jest przejawem zła?  Może dobrem jest raczej poświęcenie polskości w interesie całego rodzaju ludzkiego?

Pismacy z lewackich szmatławców usiłowali wygładzić pełne słusznego gniewu słowa przywódcy.  Przecież nie należy drażnić straszliwej bestii kudłatej.  Przecież występować w sprawie jakichś tam Polaczków nie jest mile widziane przez Zachód.  Przeto prezydent Reagan musiał nazajutrz powtórzyć słowa potępienia dla centrum wszeteczeństwa, dorzucając kilka sankcji politycznych i gospodarczych.

Na apel prezydenta Ameryka stawia w oknach świece po pięćdziesiąt centów za sztukę, dla pamięci uciemiężonych w Polsce.  Wkrótce wszyscy zapominają, po co te świeczki rozjarzają nocny krajobraz, ale to tak ładnie wygląda, niechaj więc tak pozostanie i świeci.  Szał świątecznych zakupów obciąża umysły i karty kredytowe.  Zakupy to główna atrakcja Christmasowego sezonu.  Potrzeby kreowane są w department storach przy użyciu natrętnej agresywnej indoktrynacji, którą nie wiadomo, czy nazwać reklamą, czy propagandą.  Mieć przeważa nad być.

Amerykańscy Polacy płaczą, nie ze wstydu, a z upokorzenia.  Płacz, amerykański Polaku, ale pamiętaj, że przez całe milenium twoi rodacy nie marnowali czasu ani siły na łzy.  Chłopaki stawiali kosy na sztorc, lemiesze kuli na miecze, podczas gdy matki Polki piekły suchary i sporządzały szarpie.  Kurpiowska pastorałka z okolic Łomży oddaje ducha polskich Świąt powstańczych, jakże w naszej historii częstych:

Wśród nocnej ciszy głos się rozchodzi, Wstań, ludu polski, bo czas nadchodzi, Bierzcie spisy i pałasze, i te ostre kosy wasze,  Idźcie na wroga…

Czas mija.  Moje podanie o wystawienie zastępczych papierów kościelnych musi przecież uleżeć się w kurii.  Korespondencja z konsulatem amerykańskim w Rzymie wymieniana jest nader intensywnie.  Wędki muszą zostać starannie zapakowane i ułożone w komórce.  Strzelby pokrywa gruba warstwa towotu.  Namiot sprzedany, kompas wisi na ścianie jako pamiątka lat młodzieńczych, chmurnych i durnych.  Niegdysiejszy zaprzysięgły stary kawaler przygotowuje się do zmiany stanu cywilnego, choć kapci jeszcze nie kupuje.  Czyżby nas przeznaczenie ustawiło w syberyjski szereg, czy też oboje bierzemy tenże złośliwy los we własne ręce?  Czy w pełni dojrzeliśmy do założenia rodziny, czy po prostu uciekamy ze złej strefy?

Wreszcie dokumenty docierają.  Załatwiony przez Elę polski ksiądz w Rzymie podjął się dopełnienia formalności.  Zapowiedzi złożone w kościele włoskiej parafii w Kenosha i u świętego Stanisława w Rzymie.  Jechać.

Nawet nie zdejmując teksańskiego kapelusza o pojemności dziesięciu galonów, po krótkiej wymianie zdań pędzimy wszyscy na lotnisko i nie bardzo zdając sobie sprawę z tak prędkiego rozwoju sytuacji, znajduję sie nagle w zamkniętej przestrzeni pachnącej dobrą kawą, koniakiem i jeszcze czymś, mianowicie Amaretto.  Tłok.  Jakaś babcia skarży się, że gorąco.  Ja nie. Wszak jeszcze wczoraj słońce Teksasu usilowało usmażyć mi mózg.  Emocje?  Raczej nie teraz.  Wiem, ze w tej chwili, jak nigdy indziej, trzeba zachować rozwagę i trzeźwość umysłu, a na reakcje przyjdzie czas później.  Zresztą tyle się zdarzyło w ciągu ostatnich kilku godzin, że i tak siedzę jak ogłupiały.  Resztką świadomości sprawdzam po raz kolejny, czy mam wszystkie papiery wymienione na liście dokumentów i zapadam w sen sprawiedliwych.

Budzę się nad Grenlandią, a więc, jak widać, musiałem jakoś przespać huśtawkę nad Wielkimi Jeziorami.  Jest czas na refleksje.  Pytanie jest nastepujące: w imię jakiej idei jesteśmy uznani za pariasów świata?  Obserwuję innych pasażerów.  Normalni, przeciętni ludzie, niektórzy lecą do domu z wizytą. Inni pewnie z zamiarem zwiedzenia kraju przodków.  Jest jakiś ksiądz i kilka zakonnic, chyba z misją.  Wszyscy traktują podróż jak zjawisko normalne, coś, do czego maja prawo, bo czemużby nie?  Dla mnie, urodzonego w nieprawidłowym punkcie tego padołu, jest to przywilej.  Przywilejem i ewenementem jest, ze Cywilizacja udzieliła nam łaskawie w drodze wyjątku, koncesji na ubieganie się o prawo do życia w miarę normalnego.  My natomiast mamy obowiazek być tej Cywilizacji wdzięczni za to, co normalne nacje mają w drodze naturalnej w nagrodę, że nie pochodzą z tego niewielkiego skrawka ziemi, tej słomianki leżącej u drzwi do Europy.  Cóż z tego, że naród zamknięty pomiędzy górami a morzem utracił w ofierze dla globu ponad jedną czwartą populacji!  Perfidia mocarstw uczyniła z niego przedmiot frymarczenia po wsze czasy.  Ten zwariowany tubylec, któy pretenduje do normalności, jest jakimś nieporozumieniem, to epizod dziwnie zakłócający zwykły porządek tego świata.  Reagan przeminie, a z nim przeminie okres względnej tolerancji dla nas.

Kontynent europejski, choć widziany z wysokości dziesięciu kilometrów, budzi sentyment.  Jestem w domu.  Dobitniej, niż zwykle dociera do mnie prawda, ze nigdy ani ja sam, ani współtowarzysze niedoli nie będą należeć do Tygla Narodow.  Ameryka będzie dla nas zawsze obca i prawdopodobnie nieprzychylna, a słownik polsko-polonijny pewnie już jest w zaawansowanym stopniu przygotowania.

Ponure myśli przerywa widok ośnieżonych Alp. Jaskrawa gra kolorów pocztówkowo szafirowego nieba, bieli chmur i przełamanej zieleni gór budzi emocje estetyczne.  Nie będę opisywać artyzmu Natury, obserwowanego z przestworzy, poniewaz czuję się zbyt mały, abympróbował nieudolnie naśladować wielkiego poetę-prozaika, piewcę sztuki lotniczej, arcymistrza Janusza Meissnera.  Poza tym przecież jadę na ślub, przeto powinienem trząść się z wrażenia…

Pewnie pod wpływem niedawnych przemyśleń, nasuwają się za to inne niepokoje. Czy to naprawdę nadchodzi koniec naszych kopotów, czy też jest to dopiero ich początek? Czy wystarczy nam odpowiedzialności, rozwagi, uporu, aby zapewnić przyszłość rodzinie? Czy życiowe doświadczenia pozwoliły nam dostatecznie dojrzeć, aby móc podjąć się zadania wychowywania młodego pokolenia?   Wreszcie, czy substytuty kościelnych papierów, odtworzonych pod przysięga i podpisem świadków przy pomocy znajomego włoskiego księdza z Kenosha, posiadającego tzw. kontakty, okażą się wystarcząjace… Jeszcze tylko krótki postój w Mediolanie i wreszcie lotnisko Fiumicino.   Ela czeka. Wychodzę dumny i blady, strojny w dziesięciogalonowy kapelusz, prosto z Houston.  Ela czerwona ze wstydu zrywa mi go z głowy i natychmiast oddaje w prezencie G., który ofiarował się zawieźć nas do miasta. Żenująca sytuacja zręcznie zamieniona jest w ten sposób w żartobliwą parodię.  Włosi się śmieją, a moje amerykańskie nieokrzesanie szczęśliwie nie wychodzi na jaw.  G. cieszy się jak dziecko z podarunku i zaprasza nas na kluchy.  Uff, pierwsze koty…

Krótka noc w hotelu Delta, to prezent od Alitalii, nagroda za podróżowanie poza sezonem.  Po namiastce śniadania, ruszamy w miasto.  Rzym o tej porze roku jest nieco mniej zatłoczony, jednak wciąż atrakcyjny, szczególnie dla nas.  Atmosfera przypomina starą Warszawę, albo centrum Krakowa, jednak o wiele większych rozmiarów.  Liczne skwery i parki przecięte są siecią torowisk, po których pełzną zielone tramwaje.  Maleńkie samochodziki ruszają spod świateł z piskiem opon i pędzą na złamanie karku, trąbiąc przy tym przeraźliwie, aby zaraz hamować raptownie na następnym skrzyżowaniu.  Przepisami drogowymi raczej nikt się tu zbytnio nie przejmuje.  Rano pędzimy prosto do padre parocchio w Watykanie, gdzie nasze papierzydła zostają wreszcie zaakceptowane, a resztę dnia przeznaczamy na zakupy.  Trzeba się jakoś ubrać do koscioła, a Ela twierdzi, że w dniu ślubu należy wszystko mieć nowe.

Problem sukni ślubnej pojawł się najniespodzianiej.  Masz babo placek.  Nie pomyśleliśmy o najważniejszym dziewczynskim szczególe, przedmiocie snów podlotków i nawet nieco dojrzalszych przedstawicielek puchu marnego.  I tu zjawia się nieoceniona Chantal, nie tylko kierując nas do swojej znajomej, właścicielki elitarnej wypożyczalni tych artykułów, ale w dodatku ta usługa nic nas nie będzie kosztować.  Jeszcze przerobią i dopasują za darmo.  Oby tak wszystko nam w życiu szło.  Wszystkiego dobrego na nowej drodze.

Krótka wizyta w osławionym składzie na Piazza Vittorio zaowocowała nabyciem ślubnego ubrania. Praktyczna Narzeczona przewidziała, że ponieważ do tej ceremonii przystępuje się tylko raz w życiu (tak, to prawda, proszę młodszych generacyj), zakup ten musi w przyszłości służyć do innych celów, na przykład na rozmaite uroczystsze okazje.  Przydał się i w tym przypadku zawód wyuczony, a takze uzdolnienia.  Wieczór spędzony, gdzieżby indziej, jak nie na placu Navone, który niczym się nie różni od placu Navone w okresie letnim.

Wtorek rano, przymiarka sukni ślubnej.  Oczami wyobraźni widzę już swoje wędki wysyłane w wielkim podłużnym pakunku do rodziny w Polsce.  Strzelby pozatykane korkiem dla zabezpieczenia przed korozja, wiszą nad kominkiem, przydatne tylko jako dekoracja.  Wielkie bambosze czakają przed progiem…  Nie, to na pewno zbędne obawy, wiem, że Ela tak samo jak, ja, lubi słońce i wodę, zieleń lasów i biel gorącego piasku nadmorskiej plaży.  Nawet upodobania kulinarne mamy podobne, oboje nie przepadamy za mięsem, a nade wszystko cenimy ryby, warzywka.

Ksiadz B. jest prokuratorem generalnym Watykanu.  W nielicznych wolnych chwilach zajmuje się sprawami duchowymi polskiej imigracji w parafii świętego Stanisława.  Nie wiem, jak on to załatwił, ale sprawa zapowiedzi rozwiązała się w ciągu kilku poprzednich dni. Tego wieczoru złapaliśmy go za guzik i zatrzymali na sekundę lub dwie.  Sekunda przeciągnęla się do reszty wieczoru. Niestety, nie dał się zaprosić na makaron.  Po wysłuchaniu tradycyjnej mowy w wykonaniu księdza B., ulokowaliśmy się wszyscy w tramwaju i udali do kościola.

Teraz wszystkie szczegóły będą nam się utrwalać w pamięci.  W tramwaju obok nas siedzi zakonnica. — żartuje, że to na pewno siostra z Polski.  Ksiądz B. głośno stwierdza z całym przekonaniem: „A siostra to jest siostra Józefa!”   Przerażenie ze zdziwieniem:  „A skąd ksiądz wie?”  „Ano wiem i już”. Siostra zastanawia się przez całą drogę.  Moze spotkał mnie ksiądz na misji w Afryce?  Może w Polsce? Może w Watykanie?  A może na jakiejś uroczystości?  Przed naszym przystankiem ksiądz odzywa się: „Jak już siostra bardzo chce, to juz mogę siostrze powiedzieć, skąd wiem, że siostra jest siostra Józefa.  Otóż, siostry imię napisane jest flamastrem na metce od swetra, która właśnie wyłazla na wierzch spod kołnierza…”  Figlarz ksiądz.

W kościele pada znamienne pytanie: czy będzie spowiedź, czy nie dbacie o tradycję?  Patrzę na Narzeczoną pytająco.  Tak, będzie.  Ela jest dojrzała jak na swój wiek.  Ale, uprzedzam księdza, nie ma nic mniej precyzyjnego, niz spowiedź przedślubna.  Nie szkodzi.   Kto więc pierwszy? Ela zostaje wybrana na ochotnika.

Spowiedź z całego życia?  Czy ktoś mi kiedykolwiek powiedział, co jest białe, a co czarne?  Spowiadamy się wiec z wątpliwości raczej, niż z licznych występków.  Postanowienie poprawy? Że nie będziemy mieć wątpliwości?  Może raczej, że będziemy się starali pojąć, co jest mądrością?  „Co to jest prawda?” – zapytal Piłat i umył ręce.

Mądry ksiądz rozumie nasze rozterki i nic nie mówi, tylko życzy roztropności w życiu.  Tak, tego nam potrzeba najbardziej.  Czy szalona pogoń za materialnymi dobrami, filozofia tak typowa dla zachodniej cywilizacji, nie zaćmi nam wartości zasadniczych?  Może istota zbawienia zaczyna się od zasady wolności od miernoty życia codziennego?  Czy, aby poczuć się wolnym, należy gwizdać głośno, a nonszalancko na wszystkie banki świata? (TAK!!! – przypis współczesny)

Czy tak będziemy uczyć naszą córkę, która będzie mieć na imię Roma?

I tutaj, drogie Czytelniczki, pojawia się konflikt zainteresowań.  Każda historia dotycząca dwojga młodych albo nawet w średniowiecznych, musi kończyć się czymś w rodzaju: „i żyli długo i szczęśliwie”.  Zatem opowieści takie finalizują się w momencie zaręczyn, a najdalej w chwili pompatycznych zaślubin.  I wszyscy zakładają, że odtąd życie płynie jak Wisla do Gdańska, aż do samej śmierci amen.  Prozaiczna rzeczywistość demonstruje jednak, że to samo życie jest co najmniej przekorne, dobrze, jeśli jeszcze ma poczucie humoru, ale, jak często oświadczamy, pała nieuzasadnioną zlosliwością w stosunku do jego uczestników.

Mieszkańcy Chicago mawiają, że „life is brutal, plugaf i full of zasadzkas”.  Ujawnia się też różnica pomiedzy Eli zapatrywaniem na życie, a moim własnym spojrzeniem.  Ela powtarza, że „w naszym fachu nie ma strachu” i pełna jest optymizmu, podczas, gdy ja, jako inżynier zapyziały, staram się przewidzieć, jakie trudności mogą nas jeszcze oczekiwać i od razu, jak zapobiec potencjalnym problemom.

Podtytuł, w który niniejsza relacja jest zaopatrzona, („Historia dwojg azbuntiwanych”), oddaje trafnie nasze perypetie z życiem, które jakby sprzysięgło się przeciw nam dwojgu.  Każda sekunda tego sIMG_20150218_203621753[1]pektaklu to test, który należy zaliczyć.  W krajach totalitarnych i potencjalnie totalitarnych, rzad, czy władze miejscowe podejmują się funkcji decydowania za obywatela w sprawach od błahych, do ważnych.  W tej strefie świata, nie ma pojęcia szarej jednostki.  Każdy podejmuje lepsze, czy gorsze decyzje za samego siebe lub za swoją rodzinę i sam ponosi ich konsekwencje, gorsze, albo lepsze.  Pół biedy, gdy jesteś bracie samotny.  Wtedy stawka jest niewielka.  Gdy zaś odpowiadasz za swoich bliskich, każda mniej doskonała odpowiedź może kosztować wiele.  Zbyt wiele.  Dla nas dzisiejszy dzień będzie pewnie dopiero stanowić początek tego wielkiego teleturnieju, w którym trzeba przechytrzyć przeciwnika, przy czym jedynie dla niego wszystkie chwyty są dozwolone.  Dla nas żadne.  Dlatego tradycyjnie życzymy sobie szczęścia.   Szczęście jest najważniejsze i co do znaczenia tego wyrażenia nie mamy najmniejszych wątpliwości.

Pozwólmy więc sobie na przeciągnięcie naszej bajki o jeden dzień dłużej, niż to uchodzi, zresztą jeszcze nie było formalnych zaręczyn, a tu ślub za dwie godziny.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

8 odpowiedzi na „Rozdział dziesiąty. I mamy jubileusz…

  1. Jolanta Król pisze:

    Cyt.: „Cóż z tego, że naród zamknięty pomiędzy górami a morzem utracił w ofierze dla globu ponad jedną czwartą populacji! Perfidia mocarstw uczyniła z niego przedmiot frymarczenia po wsze czasy”.
    Trafne, Panie Piotrze.
    Zapowiada się piękny ślub. Czy to suknia ślubna? Ta na zdjęciu?
    Jak zwykle wszystko w biegu u Państwa, pośpiechu, i tylko natłok myśli w głowie coraz większy, myśli na tematy globalne wymieszane z myślami o szczęściu osobistym.
    My tu w Polsce mieliśmy cyniczne konferencje prasowe z Urbanem, Ameryka tak daleko, ale czuło się tę sympatię Reagana, czuło.
    Wie Pan, ja w stanie wojennym i po przeczytałam chyba najwięcej książek w życiu. Taka jakaś cisza stała w powietrzu. Teraz mam czasami problem ze skupieniem się na najprostszej lekturze.Taka nerwowość, takie tempo,nadmiar bodźców.
    Najpiękniejsze u młodych małżonków jest to przeświadczenie o wyłącznym posiadaniu siebie i ze będzie tak całe życie. Ja pamiętam, najmniejsza wątpliwość nie mąciła mojego umysłu i mojego serca. Choć, jeżeli chodzi o spowiedź, to ja najbardziej przeżyłam przed komunią córuni. Wyspowiadałam się z najmniejszego okruszka grzechu.
    Co mi się podoba? Że ten ksiądz życzył Państwu roztropności. Warto tę cechę napisać wersalikami: ROZTROPNOŚĆ. I naprawdę zastanowić się na jej sensem.

  2. Bardzo pisze:

    Jeszcze jeden króciutki fragmencik I tu sie kończy wersja elektroniczna. Potem trzeba będzie pracowicie przestukiwać tekst z archiwalnych egzemplarzy Polish news, albo pójśc na skróty I wklejać fotokopie stron drukowanych ćwierć wieku temu…

  3. Jolanta Król pisze:

    Fotokopie?! Jakoś „wydawniczo” nie widzę. A z drugiej strony to byłaby dla Pana duża oszczędność czasu.
    Pominęłam kwestię waszych zbieżnych upodobań kulinarnych, Pana i Eli. To w istocie ważne, ale nie przypominam sobie, żebym ja o czymś takim WTEDY myślała. 😉
    Czyli mało mięsa, raczej ryby, dużo warzywek.
    To polecam z diety roślinnej blogerki Marty Dymek naszą dzisiejszą śniadaniową smażoną soczewicę.
    Szklankę soczewicy dusić z czosnkiem i cebulą w patelni na rozgrzanej oliwie ok. 5 minut. Wlać wodę, dodać pomidory z puszki, dalej dusić ok. 15 minut.
    Przyprawy są ważne: słodka papryka, chili, ciut cynamonu. Oczywiście sól, pieprz.
    Podawać z natką pietruszki i bagietką. Po bagietkę należy iść rano na osiedlowy bazarek. 🙂

  4. bardzo pisze:

    Z przyczyn technicznych chwilowo nie jestesmy w stanie kontrolowac tej strony. Jesli nie dzis, to jutro sytuacje powinno sie dac opanowac.
    Przepraszam za przedluzajace sie przerwy w zyciorysie. Spodziewac sie nalezy przepisu na spaghetti a lososiem I czarnym lamanym pieprzem, a to przy okazji kontynuacji tej historii.

  5. bardzo pisze:

    Lista czterech cnot w katechizmie opiewa na roztropnosc, sprawiedliwosc, wstrzemiezliwosc i mestwo. Znamienne. mestwo stoi na szarym koncu, a na pierwszym miejscu znajduje sie roztropnosc. To daje do myslenia, nieprawdaz…

    • Jolanta Król pisze:

      Jednak cnota. Kardynalna. W mojej głowie to się kotłuje; te wszystkie pokolenia pełnych męstwa wojowników o wolność i trwanie ojczyzny. Zwycięskie starcia przeplecione z tymi sromotnie przegranymi, okupionymi ofiarą krwi. To jest jak w gobelinie, wszystkie nitki starannie ze sobą i ściśle splecione. Dla tych, którzy dla ojczyzny oddali swoje życie – zawsze chwała i nasza czuła pamięć.
      A jak myślę o męstwie dzisiejszej doby, to np. o rodzicach dzieci niepełnosprawnych. O ich nauczycielach, opiekunach, o męstwie tych dzieci, poddanych reżimowi rehabilitacji, wielogodzinnej rewalidacji, żeby ciężką pracą, ćwiczeniami, zmierzyć się z barierami, które zostały oszczędzone ich rówieśnikom.
      Zatem męstwo, jak najbardziej, piękna cnota i wciąż w cenie.

  6. bardzo pisze:

    Tak, męstwo dnia codziennego. Nie zawsze potrafimy docenić, a nawet dostrzec bohaterów wokół nas. Bohaterstwo bowiem wcale nie musi się rodzic wśród prochowych dymów i gwizdu kul. W czasach tak zwanego pokoju, niebezpieczeństwa i zagrożenia fruwające dookoła nas nie muszą wcale gwizdać i dymić. Wielu wyeksponowanych na życiowe próby stawia im czoła i całe ich życie potrafi być pasmem trudnych egzaminów. A niektórzy z całą świadomością podejmują się trudów walki z przeciwnościami, choć wcale nie muszą. Dlatego społęcznych działaczy można zaliczyć do kategorii ludzi wielkich.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s