Love Story, część juz dziewiąta, niewiarygodne!

Mapa pokazuje, że do Neapolu najlepiej dojechac bocznymi drogami.  W to nam graj!  Przyjemne z pożytecznym…  Najpierw więc suniemy przez chwilę autostradą, by jakieś dwadzieścia kilometrów na południe od Rzymu wyskoczyć na drogę drugiej kategorii.  We Włoszech, ojczyźnie artystów sztuki budowania dróg, nawet ta wąska szosa jest gładka jak stół do ping ponga.  Wije się łagodnymi zakolami w kierunku południowo wschodnim.  Che bella panorama!  Piedmont szarzeje na horyzoncie.  Gdzieś tam znajduje się Monte Cassino, miejsce, gdzie Zachód wywinął odważnym a naiwnym Polusom kolejne świństwo.  Dziadek mój, ochotnik, wprawdzie nie w pierwszej linii, ale wystarczająco blisko pola walki, napatrzył się dosyć, aby nam potem zrelacjonować przebieg akcji ze wszystkimi szczegółami, a po wojnie przebywając pięć lat w Wielkiej Brytanii doznał skutków owej słynnej wdzięczności Zachodu wobec weteranów armii generała Maczka.  No dobrze, powie ten czy ów historyk manhattański, przecież Churchill mógł was odstąpić za darmo Stalinowi, jak ukraińskich Kozaków w Austrii, a tego nie uczynił.  Nasuwa tu się smutny dowcip o Leninie i dziewczynce, którego nie przytoczę, albowiem nie chcę narażać siê na zarzuty, jakobym miał starać się naśladować mistrza Łysiaka, który suto krasi swoje relacje mniej, czy więcej soczystymi kawałami “pod plebs”.  Myślami jesteśmy na cmentarzu bohaterów – ofiar perfidii i nawet nie zauważamy, jak zapala nam się lampka sygnalizująca utratę wody w chłodnicy.  Dopiero nienaturalny dźwięk i kłęby pary wydobywającej się spod maski z tyłu pojazdu, doprowadza nas do przytomności.

Szczęściem, jest przydrożna gospoda, wiejski lokal.  Wieli napis:  Oggi si beve.  Dzis sie pije.  Hospody pomyłuj, co to za gospoda.  Ale wodę do chłodnicy mają.  I kluchy, na które aktualnie czasu nie mamy. Zamawiamy spremuto, dziewczyny to piją na naturalny ból głowy, a chłopaki na… Ajajaj, o mało co nie napisałem brzydko brzmiącego w języku włoskim słowa.  Otóz, oni pijają to w celu doznania ulgi w złym samopoczuciu zaistniałym na skutek nadmiernej konsumpcji regionalnego produktu Cinzano lub z doliny Lambrusco.  Barman bierze z namaszczeniem dwie cytryny i uruchamia elektryczny wycisk.  Po chwili matowy płyn spływa do szklanek.  Robi nam się kwaśno na duszy, jak trębaczowi z orkiestry na widok sztubaka jedzącego ze smakiem cytrynę.  Po rozcieńczeniu wodą mineralną powstaje naturalna lemoniada mocy piekielnej.  Staram się pić bez cukru, jak rasowy makaroniarz, ale krzywię się tak, że mi ta ekspresja twarzy pozostaje do wieczora.  Ela nawykła do specjałów śródziemnomorskich, więc daje sobie radę o wiele lepiej.  Contadini w cyklistówkach, wypchanych portkach i marynarkach założonych na podkoszulki, śmieją się z cudzoziemców, ale nabierają szacunku, gdy egzotycznie wyglądająca la bella bionda odzywa się soczystą romańską włoszczyzną.

Dolewamy wody do chłodnicy.  Ruszamy dalej.  Po godzinie góry dochodzą tak blisko na wschód, że droga nabiera górskiego charakteru.  Na zboczach, tuż przy szosie, stoją ubogie, choć zadbane chałupinki.  Koło każdej z nich ogródek – poletko o wymiarach sporej łazienki i obowiązkowo piec do chleba, a także do svingione, kwadratowego placka z pomidorami, cebulą i świeżą bazylią.  Teraz musimy dolewać wody co osiem lub dziesięć kilometrów.  Nie bardzo jest gdzie się zatrzymywać, bo po jednej stronie sterczy stromo zbocze góry, a z drugiej skalista przepaść zieje przerażająco.  Małe seicento zdaje się nic sobie nie robić z trudności trasy.  Terkocząc wesoło wtacza się żwawo na największe podjazdy, a na zjazdach zwinnie pokonuje najciaśniejsze zakręty.  Mijamy jadące w przeciwnym kierunku wielkie ciężarówki z naczepami, pędzące z góry z niewiarygodną prędkością.  Na zakrętach spod potężnych opon bucha czarny, smrodliwy dym.  Nie wiadomo kiedy, w dole po prawej pojawia się morze.  Wpadamy w tunel i nagle znajdujemy się na rynku miasteczka Terrancina.  Miejscowość jest tak pięknie położona, że decydujemy się zatrzymać na chwilę, zresztą i tak trzeba dolać wody.

Idziemy do jubilera zobaczyć, czy ceny złotych łańcuszków nie są przypadkiem niższe od cen stołecznych.  Może i niższe, ale wybór nienadzwyczajny.  Nabywamy okulary słoneczne o oryginalnej barwie szkieł, jeszcze tylko kilka zdjęć w malowniczej scenerii miastaze stroma skałą stercząca z nadmorskiej plaży chyba na Transfers_Terracinapięćdziesiąt metrów w niebo, i kierujemy się dalej na poudnie.

Droga do miasta docelowego wiedzie od zakrystii.  Neapol wita nas potwornym smrodem przegniłej kapusty. Dokładnie taki sam, tylko mniej intensywny fetor panował kiedyś na śmietnisku hali Koszyków w Warszawie.  Szczury bezczelnie uganiają się po ulicy, jako że kotów coś nie widać.  Zobaczyć Neapol i umrzeć od tego zaduchu.  Przykre wrażenie pozostaje do końca dnia.

Jakieś zabytkowe mury, jakieś budowle, skwery, fontanny, wszystko spowite we mgle, czy też pyle, pokryte warstwą kurzu.  Wyspy Capri  w ogóle nie widać, a słońce z wielkim trudem daje znać o swojej obecności przez wszechobecny smogg.  Dla pewności sprawdzamy, czy to właśnie jest to legendarne miejsce, o którym Włosi wyśpiewują piękne canzoni.  Niestety, tak, to Neapol.  Wielkie rozczarowanie.  Już teraz tęsknimy do naszego Rzymu.  Ela śpiewa: „Roma spogliata, lascia cantare una serenata” i stwierdza, że ta piosenka powinna dotyczyć Neapolu.

Oto bosmanat portu.  Pytamy o rozkład jazdy statków amerykańskich.  Ano, właśnie zawinęły trzy.  Pirs numer ten, ten i ten.  Trochę emocji.  Wujek Sam na pewno nie pozostawi nas samych na łasce i niełasce świata tego szerokiego a cywilizowanego.  No nie?…

Pękaty kadłub drobnicowca z dwiema banderami, amerykańską i włoską.  Okazuje się, że statki przybijające do nabrzeża obcego kraju, wywieszają obok własnej flagę miejscową. Po trapie biegnącym ukośnie wzdłuż sterbordu upstrzonego zaciekami farby i rdzy, wchodzę wysoko na pokład i pytam o kapitana.  Bosman o okrągłej, czerwonej facyjacie hillbilla pyta, na co mi kapitan.  Chcąc nie chcąc, wyłuszczam, o co chodzi.  O, to ty jesteś inżynier?  Kapitan śpi i nie kazał się budzić.  No cóż, prosić się nie będę, skoro w powietrzu daje się odczuć aż nazbyt wyrażnie ordynarną niechęć.

A nu tiebie k’czortu, zaśliniony hamburgerze.  Jedziemy na drugie nabrzeże.  Dostrzegamy szare cielsko jakiejś potwornej jednostki bez żadnej nazwy ani oznakowania.  Z rufy spada do wody cała fura śmieci.  Tak, więc to na pewno amerykan.  Jednak w przeciwieństwie do tego pierwszego, sam statek sprawia wrażenie dość pozytywne.  Jest czysty, zadbany, na pokładzie klar, czyli porządek jak szkło.  Coś tu zatem nie gra.

Na wszelki wypadek daję Eli klucze do samochodu, numer telefonu do ambasady USA, wszystkie pieniądze i odpowiednie instrukcje.  Wspinam się po trapie.  Tym razem, zgodnie z międzynarodowym kodem dobrego wychowania, przy samym relingu pytam, czy mogę wejść na pokład.  Jakiś majtek w drelichu obojętnie przyzwala.  Wchodzę i rozglądam się uważnie.

Nie potrafię określić przeznaczenia olbrzyma.  Na oko wygląda trochę jak duży trawler, a trochę jak okręt wojenny, ale nie widzę żadnego uzbrojenia.  Po pokładzie uwija się zgraja chłopów na schwał, z których najmniejszy może mierzyć z metr osiemdziesiąt.  Mordy wygolone.  Wszyscy w jednakowych drelichach, jak spod igły. Wózek z podnośnikiem widłowym ustawia w obszernym pomieszczeniu nadbudówki jakieś wielgachne paki na paletach.  Robota idzie sprawnie.  Nikt na mnie nie zwraca najmniejszej uwagi.

Podchodzę do chłopca okrętowego, w wieku może lat dwudziestu czterech.  Pytam o kapitana.  On mówi: to ja jestem kapitan  Kpi, czy o drogę pyta??  Dopiero teraz zauważam, że przy pasku drelicha mojego interlokutora srebrzy się potężny bębenkowiec Colta kalibru pewnie ze .44 magnum z lufą na dwadzieścia centymetrów.  Ja, powtarza, jestem kapitan, o co chodzi?

Rozglądam się jeszcze uważniej, w każdej chwili gotów do skoku przez burtę.  Dostrzegam, że każdy z tych byków pokładowych ma za pasem gnata, od którego ręka normalnego człeka odpaść może przy pierwszym strzale.  Przezornie nie zadaję głupich pytań, tylko tłumaczę, z czym przychodzę.

Wiesz co, on na to, jest taki przepis międzynarodowy, że w porcie obcego kraju  należy wywieszać lokalną flagę i znajdujemy się pod lokalną jurysdykcją.  Po odbiciu od pirsu znów ma zastosowanie prawo portu macierzystego.  Ale ja tam gwiżdżę na jakieś tam prawa, mogę wam dać ten ślub, tylko cholera nie mam odpowiednich druczków.  Idźcie do amerykańskiej bazy w Neapolu i poproście kapelana o formularze.  My tu pozostniemy do jutra…

Zaczyna mi świtać.  Cywilny statek z załogą złożoną z doskonale wyszkolonych i gotowych na wszystko desperatów, a pod pokładem składuje się na pewno cały arsenał rozmaitych wymyślnych narzędzi do zabijania i niszczenia.  Sądząc po zanurzeniu, ładownie muszą być pełne.  Zdajmy sobie jeszcze sprawę, imagejaki to jest region świata, wszak to Morze Śródziemne, a Bliski Wschód o rzut kamieniem, czy raczej granatem…  Ależ oczywiście, to musi być statek-baza, zaopatrujący łodzie podwodne i inne jednostki.  Nic już nie mówię, tylko stwierdzam, że piękny okręcik, chwalę ład na pokładzie, umawiam się warunkowo na następny dzień i na wszelki wypadek życzę kilo wody pod stopą, czy też stopy wody pod kilem, tak się chyba powiada.

Telefonujemy do kapelana.  Nie ma, wyjechał w pilnej sprawie, wróci późnym wieczorem.  Idziemy więc na frutti di mare, jesteśmy wszak w Neapolu.  Lokal przypomina środkową nawę kościoła, jest wąski, długi i szalenie wysoki.  Na ścianach wiszą oleodruki dzieł mistrzów Odrodzenia.  Radio gra neapolitańskie piosenki.  Ela zna większość z nich.  Dominuje zapach kuchni włoskiej, czyli oleju z oliwek, sera Parmiggiano i ziołowych przypraw.  Na stół wjeżdżają talerze wielkie jak koło od rzymskiej dorożki, z rozmaitymi stworzeniami, które mogłyby być chlubą każdego akwarium.  Ułożone rzędem puszą się małe smażone rybki, z drugiej strony scampi, czyli krewetki patrzą czarnymi oczami na konsumenta.  Dalej leżą jakieś mięczaki w muszlach, nawet nie wiemy, czy gotowane, czy podsmażane, a pośrodku talerza siedzi sobie może dziesięciocentymetrowa ośmiornica o realistycznie rozpostartych odnóżach.  Na apetyt dostajemy po szklaneczce amaro.  Zamawiamy wino.  Trochę drogawo, ale z drugiej strony, dużo tego wszystkiego.

Wino sprawia, że tę całą menażerię trawimy bez większych problemów.  Tylko przykro nam nieco, że takie sympatyczne zwierzątka bezceremonialnie wtranżoliliśmy, ale jest już za późno i nie możemy w tej sprawie nic zrobić.  Takie już jest Prawo Natury: pierwotniaka zjada kryl, kryla zjada bezkręgowiec, bezkręgowca ryba, rybę człowiek, a człowieka pierwotniak, i to od środka.  Coś za coś…

A nas dwoje zjada cywilizacja, wprzódy bawiąc się nami bezlitośnie, jak kocur myszką.

Jedziemy powoli dwupasmową ulicą.  Zanęceni zapachem, kupujemy z pięć kilo włoskiej kawy prosto z piecyka, jak również parę pamiątek w pobliskim straganie.  Wreszcie zatrzymujemy taksówkę i każemy się prowadzić do amerykańskiej bazy wojskowej.

Kapelana wciąż nie ma, poczekajcie, powiadają.  W poczekalni stoją proste, twarde krzesła, ale zmęczenie wreszcie zrobiło swoje.  Pospaliśmy się, jak niemowlęta.  Nawet chyba coś się nam przyśniło.  Jakiś kraj utopijny, w którym wszystko pracuje zgodnie z zasadami logiki,  gdzie ludzie szczęśliwi, uśmiechnięci w sposób naturalny, gdzie dużo parków, lasów i jezior z nieograniczonym dostępem do wody, gdzie praca i płaca, gdzie wszyscy się wzajemnie szanują…  Ależ skąd, to tylko sen.

Obudziliśmy się sztywni i z obolałym kręgosłupem, także moralnym.  W takiej kondycji optymizm jakoś nie chce się utrzymać.  Już wróćmy do tego Rzymu, zacznijmy od nowa, albo poprośmy o azyl w Turcji, lub Grecji, czy nawet tu…  kątem oka nagle zauważyliśmy starszego jegomościa z nastolatką. Od słowa do słowa, okazało się, że to ojciec z córką, sąsiedzi, z Racine, kilka mil na północ od Kenoshy.  Miło nam rozmawiać, ale jak się mawiało w akademiku, komu w drogę, temu sójka za morze.  Kapelana nie ma. Przed nami jeszcze ze trzy godziny jazdy, jak Bozia da.

Ciemna noc.  Deszcz.  Jak widać, Italia bywa słoneczna tylko za dnia.  Wodę w chłodnicy najlepiej jest uzupełniać, zatrzymując się pod mostami.  Powrót zabrał nam tym razem trzy i pół godziny, po których zwaliliśmy się nieprzytomni ze zmęczenia na hotelowe łoże boleści.

Tak to wygladają sceny łóżkowe w wykonaniu desperatów.

—————————————————–

Chantal zatrudnia babcię Irenę jako bonę do dorastajacych dzieci.  Z Babcią Ireną można konie kraść.  M. jest córką babci Ireny i pracuje u niejakiej Clauduci, również  jako bona.   Ponieważ w Rzymie nie istnieje instytucja wynajmu “pokoju  na  weekendy” jak na chicagowskim Jackowie, Magda nie ma gdzie się podziać po pracy.  Wobec tego, Chantal przygarnia i ją  na te wolne chwile, razem z trzyletnią Oleńką.   Ola jest dzieckiem nadzwyczajnie rozgarniętym i dobrze ułożonym.   Mieszkanie na poddaszu co niedziela tętni życiem.  Dzieci sie bawią, pies szczeka, babcia Irena i M. krzątają się dookoła obejścia, a Chantal ma wychodne.

Ela tam też niby pracuje, ale jak wszyscy, traktowana jest tam jako członek rodziny.  Nawet mnie to całe towarzystwo akceptuje i łapię się na tym, że przebywam tam coraz częściej, chętniej i coraz dłużej.  Mała Flamigna i nieco większy Lorenzo szlifuje przy mnie swój amerykański, a ja przy nich, przy czym najlepiej mi idzie praktyczna nauka włoskiego.

Parę dni spędzamy chodząc po mieście, czyniąc zakupy, i oczywiście spożywając znaczne ilości kluchów.  Pewnego dnia idziemy do Scalla Santa, czyli Świętych Schodów, które się znajdują przy placu Świętego Jana.   Zwyczaj nakazuje w ramach odpustu wchodzić na te schody na kolanach, ale my się tym razem jeszcze nie decydujemy.  Za to wstępujemy na bazar nieopodal.  Nie, nie jest to Porta Portese, ale za to czynne przez cały dzieñ.

Zaraz przy wejściu zahacza nas jakiś dziadek, usiłując nam opchnąć komplet sztućców.  Narzędzia te błyszczą ślicznie w słońcu, a jegomość zapewnia nas, ze to “pure argento”, czyli srebro.   Cena nieco wygórowana, bo 85 tysięcy lirów, czyli około 60 dolarów.  Uznajemy, ze nie warto.  Przechodzimy kilkakrotnie koło tego miejsca, za każdym razem otrzymując niższą cenę.  Wreszcie po osiagnięciu okazyjnej propozycji w wysokoœci 18 tysięcy, decydujemy się obejrzeć towar z bliska.  Dziadek nie posiada się z radości.  Niestety, srebro okazuje sie być ordynarnym aluminium, nawet wypolerowanym w sposób niechlujny, z widocznie odznaczającymi się szwami po odlewach.  Odchodzimy, a dziadkowi rzednie mina.

Dalej jeden wieśniak gra przy stoliku w międzynarodową grę – rozwijanie paska.  Trochę przegrywa, ale więcej wygrywa.  Zaraz dochodzi jakiś frajer i na początku przegrawszy pare lirów, zaczyna nagle wygrywać dość znaczne sumy. Podwaja stawkę i znów wygrywa.  Wreszcie po zwielokrotnieniu sumy na stole, traci wszystko sromotnie.  Przedsiębiorca zwija stoisko na dzisiaj i idzie na kluchy.

Opodal męczy się jakaś paniusia o twarzy wymęczonej, acz zadbanej, starając się porozumieć z handlarzem kożuchami.  Ela wiedziona instynktem włącza się do rozmowy i pomaga rodaczce ze szczerej życzliwości.  Potem oprowadza ją po tym miejscu, pomagając w innych zakupach.  Nagle nasza nowa znajoma znika bez słowa razem z torbami zakupów.  Pewnie myslała, że liczyliśmy na coś z jej strony w zamian za pomoc.  Może nie chciała nas zaprosić na kawę, za która i tak my byśmy zapłacili.  Dziwni są ci ludzie i dziwny ten świat…

Szykujemy parę paczek żywnościowych do rodzin w kraju, jako że tam władza w zamian za margines wolności odebrała populacji pożywienie.  Widzicie, do jakiej sytuacji doprowadzili ci wałkonie z Solidarności słuchajacy tego warchoła Wałęsy!!  Wysyłamy koleją, licząc, że nie zostaną ukradzione w drodze.

Krótka wizyta dobiega końca.  Nikt już nie śpiewa “non piangere”.  Nawykliśmy do pożegnań.  Nie wiemy jednak jeszcze, ze w przyszłości będzie nam dane żyć jakby w separacji.  Nie wiemy, że aby przeżyć, będę musiał imać się najprzeróżniejszych zawodów, w tym kierowcy wielkiego „tira”, a pożegnania staną się naszym chlebem powszednim.   Wspólna przyszłość wygląda wprawdzie teraz jasno, należy nam tylko usunąć przeszkody leżące na drodze ku niej, ale lajf is brutal, plugaff and full of zasadzkas…

Love story…  Czy  dla osób pochodzących z niewłaściwej strony świata w ogóle dozwolone jest to pojęcie?  Czy dana nam jest możliwość wspólnej kontemplacji wzajemnej obecności?  Wspólnego zauważania zjawisk  natury w specyficzny sposób?  Wspólnej pracy w interesie wzajemnym i dla większych, czy mniejszych idei?  Otóż nie, brudny, prymitywny Polusie.  Ty masz w pocie czoła całe swoje życie poświęcić pracy rąk własnych dla śmiesznej i bezsensownej próby dowiedzenia, jakoby zaszczytny przydomek Homo Sapiens, być może dotyczyć mógł również i ciebie.  Ty masz być wieczystą tanią siłą roboczą  wielkiego świata, a jak potrzeba, to i jego najtańszym mięsem armatnim.  Ty masz uwierzyć, że myślenie jest dla ciebie nie tylko niedozwolone, ale wykracza poza możliwości twojego ciasnego intelektu.  Jesteś zwierzęciem, niedojebkiem mamuta i masz nie posiadać się ze szczęścia, gdy świat wielki w przypływie dobrego nastroju pogłaszcze cię po główce podobnie jak się głaszcze pieska lub kotka.  Ale od kanapy ci wara!

Love story…   Love nie jest dla ciebie, Polaczku.  Ciebie się kojarzy, albo hoduje, czyli uprawia.  W syberyjskich obozach ustawiano polskich zesłańców w rzędzie, odwróconych plecami do takiego samego rzędu złożonego z więźniarek.  Następnie kazano im odwrócić się do siebie przodem i na kogo wypadnie, na tego bęc. Oto Polish love story…

Tamże powstała pieśń doskonale przetłumaczona na piękny język nieco mniej pięknej, acz w gruncie rzeczy poczciwej nacji:

Boze, Ty Polszu lubimiju naszu Chranil, lelejal, skol dolgije gody, Nynie my k’tiebie woznosim molienije, Daj nam swabodu, poszli izbawlienije.

Tak jest, podczas, gdy normalny obywatel tego padołu martwi się, czy wybranka jego serca (rzadziej rozumu) raczy spojrzeć na niego okiem łaskawszym,  Polak modli się “daj nam swabodu”, obawiając się nawet w myśli odezwać językiem Kochanowskiego.  Daj nam swabodu.  Nie: Daj nam przeżyć, daj nam wyżyć, a już broń Boże, daj nam dobrobyt.  Daj nam swabodu.  Chyba ten dziwny pomiot narodów środkowej Europy ma coś pomieszane w genach.  Przez tysiąc lat na ołtarzu wolności własnej i cudzej poświęcał życie swoje, swojej rodziny i pobratymców.  Przez tysiąc lat odmawiano mu człowieczeństwa, nawracając ogniem i mieczem, nie, nie na zachodnią kulturę, ale na rolę służebną w stosunku do niej, jednak bez skutku.  Polak wciąż myśli i czuje.  Diabeł, czy co?  Skoro diabeł, trzeba go zdematerializować.  Nie tak dawno, bo tylko sto dwadzieścia lat temu jedna ze środkowowschodnich amerykańskich archidiecezji, bodaj w Milwaukee, zlitowała się nad umęczoną społecznością emigrantów z Polski i wydała deklarację, w myśl której nad Polakami nie należy się pastwić moralnie, czy fizycznie, a raczej aktywnie im pomagać w pozbyciu się balastu polskości na rzecz asymilacji w narodzie amerykańskim.

Cóż, wygląda na to, że jednak trzeba będzie trzymać się głównego wariantu w postaci ceremonii w Watykanie. Czas znow wracać.  Służba służboj, drużba drużboj, jak mawiają ludy zamieszkujące nieco dalej na Wostok od nas…

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Love Story, część juz dziewiąta, niewiarygodne!

  1. Jolanta Król pisze:

    Gdzie was niosło? W neapolitańskie śmieci?
    Przeczytałam ostatnie akapity i się zamyśliłam. Tyle goryczy w polskim sercu.
    Muszę się z Pana uwagami przespać, Panie Piotrze.
    Dziś mnie szkolili z elektronicznych ankiet. W takiej ankiecie jest wszystko proste. Dlatego dziś pewna moja niedyspozycja intelektualna. Bardzo przepraszam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s