Love Story po polsku, część już ósma.

W pracy nagromadziło się papierów funtów kilkanaście.  Doktor Burzyński niepokoi się o losy, nie tylko półtechniki, ale i całego projektu.  Zwolennicy interferonu dążą do zniszczenia konkurencji i wokół sytuacji gromadzi się więcej polityków, niż naukowców i inżynierów.  Robimy jednak swoje.  Fabryka musi stanąć.  Rozruch wkrótce.  Przetwórnia tluszczów w Meksyku i topialnia serów w Bristol dopytują się, co się dzieje z projektami.  W międzyczasie trzeba poruszyć wszystkie sprężyny, aby popchnąć nasze własne sprawy.  Szykuje się pracowity okres.

Telefon do senatora Proxmire’a.  Pan senator jest osobą niezwykle zajętą.  Właśnie przygotowuje proces przyznania kolejnej nagrody Proxmire’a za najbardziej bezmyślny i nonsensowny sposób na sprzeniewierzenie pieniędzy podatników.  Aktualnie na tapecie naukowe badania nad menstruacją dzikich kaczek w powiecie Hayward.  Jest jeszcze jeden senator, mianowicie Aspen.  Docieram do sekretariatu przez znajomego Włocha.  Młoda sekretarka przejmuje się sprawą i z komentarzem: “Ach, jakie to romantyczne”, zajmuje się naszym problemem z prawdziwym zaangażowaniem.

Mijają dni, tygodnie… Rachunki telefoniczne siegają niebotycznych rozmiarów.  Rano czas zabierają projekty.  Po południu telefony do rozmaitych urzędów.  Wieczorem komunikaty z polsko-radzieckiej granicy pod hasłem “wejdą, czy nie…”  Telefon do konsulatu San Marino w Detroit.  Pan konsul pracuje w zakładzie mechanicznym, a wieczorami dorabia sobie jako konsul.  Prawo matrymonialne w republice, jak informuje, podlega włoskiemu ustawodawstwu.  Kontakt z mafią.  Mafia nie interesuje się osobami z zewnątrz.  Sugeruje jednak, by skontaktować sie z włoskim księdzem we włoskiej parafii.

Ksiądz ma wejścia w hierarchii.  Poucza, jak można nagiąć prawo diecezjalne do potrzeb jednostki w opresji politycznej.  Na zasadzie oświadczenia, można mianowicie odtworzyć wszystkie świadectwa i inne dokumenty wymagane przez władze kościelne jako warunek do zawarcia małżeństwa.  Mądry ksiądz.

Zapomnieliśmy bowiem o niezwykle ważnym epizodzie, otóż o naszej krótkiej wizycie w Watykanie, zgodnie z sugestią sekretarki pana konsula USA.  Padre parocchio nie czynił nam żadnych trudności w zawarciu małżeństwa, jedynie wymienił, jaka dokumentacje należy w tym celu przedłożyć.  Szkopuł w tym, że choc Ela miała odpowiednie kościelne papiery, moje pozostały w Starym Kraju, dokąd w aktualnych warunkach obawiałem się udać.

Senator Aspen oświadcza przez sekretariat, że podczas następnej sesji zaproponuje utworzenie specjalnego prawa, w myśl którego Ela będzie mogła przyjechać do USA w celu utworzenia rodziny, po czym to prawo zostanie natychmiast anulowane.  Mamy więc plan A i plan B.

Ruskie zagrożenie okazuje się błogoławieństwem i nadzieją dla dwojga zagubionych w meandrach tego padołu.  Jest wstrętnym tak twierdzić, ale sytuacja nad Bugiem działa na naszą korzyść.  Oczywiście, że chcielibyśmy normalizacji politycznej w Kraju, nawet kosztem naszych dążeń, ale ponieważ nie mamy na to żadnego wpływu, czemu by przynajmniej nie osiągnąć czegoś dla siebie?

Mija miesiąc.  Kilka wizyt w Teksasie w wytwórni antyneoplastonów doktora Burzyńskiego.  Biochemik z Lublina jest twardzielem i nie byle co go nie zniechęca.  Półtechnika ma stanąć i koniec!  Wszystkim dookoła udziela się jego egzaltacja.  Jeszcze jeden Polak-bohater, czy co?  Nasuwa się oddzielny temat do oddzielnej książki.

Otrzymałem od Eli glejt do jej dobrej koleżanki zamieszkującej w Winnipeg.  Kilka lat wcześniej wyszła ona za K., niezwykle operatywnego jegomościa, który samotnie demonstrował przed ambasadą PRL w Kanadzie, aby tzw. rząd tzw. polski wypuścił jego żonę z dziećmi do wolnego świata.  Pojadę na Labor Day weekend, może wspólnie coś wymyślimy…

Biedny Buick Skyhawk zaniedbany jest jak nigdy.  Wymieniam olej, robię gruntowny przegląd, ustawiam gaźnik (ponieważ wtedy silniki jeszcze były z gaźnikiem), niestety brak czasu na naprawę hamulców, których również praktycznie brak.  Ale przecież dobry szofer nie musi używać hamulców.  W piątek urywam się z roboty trochę wcześniej i wyskakuję na I-94.

Na kartce mam wyszczególnione punkty krytyczne.  A więc okolice Madison, gdzie policja stanowa jest szczególnie złośliwa.  Potwierdza to Waldemar Łysiak w książce Asfaltowy Saloon.  A więc okolice Wisconsin Dells i Baraboo, szczególnie rozwidlenie dróg I-90 i I-94.  W Minnesocie jest już nieco luźniej, a w North Dakocie nie ma się czego obawiać.  Kierowcy wielkich ciężarówek dają światłami znać wystarczająco wcześnie, na wiele mil przed policyjnymi pułapkami.  A należy nadmienić, iż wówczas ograniczenie prędkości w całych Stanach było do 55 mil na godzinę, czyli troche ponad 88 km/h. Jak tu jechac z takim tempem osiemset pięćdziesiąt mil w każda stronę?

Po czternastu godzinach jazdy przekraczam granicę z Kanadą i od razu zaczyna się coś dziać.  Wsiada autostopowicz ze sporym kosmatym kundlem.  Jedzie do rezerwatu indiańskiego by negocjować jakieś ustępstwa w sprawach społecznych, jako przedstawiciel rządu kanadyjskiego.  Czemu więc nie limuzyną, pytam, tylko autostopem.  Ano, Indianie nie wierzą oficjelom w czarnych garniturach, a wolą rozmawiać z obdartusami z siekierą u pasa.

Winnipeg jest sympatycznym miasteczkiem, gdzie domy mają miniaturowe okienka, aby zmniejszyć do minimum straty ciepła.  Kompleks kondominiów znajduję bez trudu.  Jest mglisty ranek.  Szalejący na rowerku po parkingu chłopiec może ośmioletni, zagaduje mnie, pytając, w jaki sposób przyjechałem tu z Afryki samochodem przez ocean.  Odpowiadam pytaniem, skąd mu przyszło do głowy, jakobym był z Czarnego Kontynentu?  Myślę sobie, że pewnie wyłazi ze mnie na wierzch moja polska morda dzikusa, jak twierdzi Redliński, autor książki  „Szczuropolacy”.  Otóż na jaskrawożółtej tablicy rejestracyjnej w kolorze wisconsińskiego sera, widnieje dumny napis „American Dairyland”.  Trzeba trafu, że dokładnie na sylabie „me” wypada śrubka mocuąca i wyraz wygląda teraz jak „African”.  Inteligentne dziecko.  W Stejtsach, jak tu mawiają, nikt by się nie dziwił, bo przecież wiadomo, że samochody są po to, aby nimi wszędzie dojechać, bez żadnych wyjątków.  A w ogóle, to gdzie ta Afryka?  Nie wiem i jestem dumny z tego, że nie musze wiedziec.  Chwalę więc małego bystrzachę i tłumaczę, o co chodzi.  Wydaje się być rozczarowany.  Pewnie oczekiwał opowieści jakichś fascynujących o polowaniach na słonie, nosorożce, noszutplisy i inne małpy…

Znajomi Eli przyjmują mnie nadzwyczaj serdecznie.  Od razu informują, że obok angielskiego, drugim językiem w Winnipegu jest ukraiński.  Dobrze, że co nieco tej mowy załapałem od swojej byłej chaziajki w Kenosha.

Debatujemy nad sprawą Eli cały dzień z przerwą na drzemkę, a potem całą noc bez przerwy.  Wygląda na to, że zarówno w Kanadzie, jak i w USA nie obejdzie się bez azylu politycznego, a tego chcielibyœmy uniknąć w obecnej sytuacji międzynarodowej.  Widmo przygotowanych kontenerów w Puszczy Kampinoskiej rysuje się nader wyra¿nie, a przecież tam nasze rodziny.

W niedzielę zwiedzamy miasto w pośpiechu.  Na ratuszu błyszczy w słabym jesiennym słońcu wielokilogramowa figura wykonana ze szczerego złota.  Parę lat temu zorganizowana grupa spryciarzy usiłowała podnieść rzeźbę za pomocą helikoptera, podcinając ją palnikiem od spodu, ale wypłoszyli ją dzielni funkcjonariusze Policji Konnej na równie dzielnych rumakach mechanicznych. eternal-youth-statue_38668Czyżby skrzydlatych? Park, rzeka, muzeum, trochę etnicznych klubów i to właściwie cała osada.  Za to okolice są typowo kanadyjskie: masa rybnych jezior ze skalistymi brzegami, do których dostęp jest praktycznie nieograniczony, jodłowo świerkowe nieprzebyte bory, i  ta cisza, ten spokój, to powietrze!

Jedziemy zobaczyć jezioro, może ostatni raz w życiu, jako że gdy wdepnę już w kapcie, z pewnością nie będzie czasu na łono natury.  Białe wstęgi polarnej zorzy widać wyraźnie od horyzontu po horyzont.  Strumyk o kryształowej wodzie rozlewa się w niemały stawek.  Na brzegu charakterystyczne kopce.  Ależ to żeremia bobrowe, o niecałą godzinę jazdy od metropolii.  Nigdy przedtem nie widziałem tamy wybudowanej przez tych małych kudłatych inżynierów.  W wodzie rośnie sitowie, zupełnie jak na mojej Warmii.  Widocznie nikt zwierzaków nie niepokoił od dziesięcioleci.  Tylko właśnie teraz kilkunastoosobowa grupka miejscowych Indian [Pani Korektor, ma zostać Indian, a nie na ten przykład jakichś Amerykañskich Natywów!!!] wybrała się prymitywnymi czółnami na zbiór dzikiego ryżu i słychać ich po wodzie, jak sobie gaworzą przy pracy bardzo dobrym angielskim.

Zapraszam moich gospodarzy na obiad do restauracji.  Nutria, czyli muscrat, narodowy kanadyjski przysmak, niestety nie figuruje w jadłospisie.  Natomiast rybka smażona na rzepakowym oleju zwanym tu Canola, smakuje bardzo swojsko.  Zupełnie jak na obozie wędkarskim w krainie wysławianej przez Feliksa Nowowiejskiego.   Również frytki zalatują tak samo, jak na placu Cepelii w Gdyni.

No cóż, gorączkowe debaty nie dały w zasadzie żadnych rezultatów.  Puszkin napisał: wot gdie nam poscziastliwiłoś radit’sa.  Parafrazując to wyrażenie, możemy zakrzyknąć dokładnie tak samo, tylko z ironią.  Wszystkie urzędy na świecie mają odpowiednie wytyczne dotyczące naszej umęczonej nacji.

Trzeba odespać na zapas i wracać do domu.  Bez hamulców jedzie się trochę z duszą na ramieniu, ale na szczęście w Kanadzie nie ma ruchu, a przez bardziej zurbanizowane regiony kontynentu wypadnie jechać w samym środku głuchej nocy.  Od razu z drogi w kierat.  Na odpoczynek będzie czas później.

Ela znalazła sobie pracę w charakterze bony dwojga nastolatków.  Samotna mama, Chantal Skibinski, jest menadżerką działu pokazów w firmie Gucci.  Ponieważ jako osoba światowa rozmawia swobodnie dość ładnym językiem brytyjskim, często odbiera Eli słuchawkę i ucina sobie ze mną krótką pogawędkę.  Ma kontakty w tzw. wielkim świecie i spróbuje coś nam ułatwić w ambasadzie amerykańskiej w Rzymie poprzez panią ambasadorową.  Będę więc lecieć do Rzymu podczas krótkich wakacji amerykańskiego święta Thanksgiving.

Transatlantyckie bilety po sezonie są niezbyt drogie.  Właścicielka agencji podróży w mieście Kenosha w Wisconsin załatwia kredyt rotacyjny na kartę American Express, co jest procedurą unikalną w tamtych czasach, jako że obyczajnie płaciło się balans tej karty w całości co miesiąc.  W międzyczasie sama na kilka dni udaje się służbowo do Miasta Siedmiu Wzgórz.  Zabiera ode mnie małą przesyłkę i pare dolarów dla Narzeczonej.  Po powrocie patrzy na mnie z dezaprobatą.  Ty świntuchu, mówi, bo tak się tłumaczy niewinną ekspresję „dirty old man”, chcesz się żenić z osiemnastolatką…  Nie chcę jej wyprowadzać z błędu, mówiąc, że jesteśmy z Elą w jednym wieku, niech juz pozostanę tym świntuchem.  Dopiero jej mąż, który zna sytuację, bo poprzednio rozmawiał za mnie po francusku z jakimś francuskim urzędem, tłumaczy jej faktyczny stan rzeczy.  Ela przysłała mi złoty łańcuszek z fikuśną figurką aniołka.

Listopadowy Rzym w niczym nie przypomina miasta w sezonie, pełnego turystycznego gwaru.  Jednak powaga i dostojeństwo stolicy świata odczuwalna jest teraz w sposób szczególny.  Piazza Navone wciąż tętni życiem.  Studenci, miejscowi mieszkańcy i ci przyjezdni, których nie stać na letnie wakacje, reprezentują tłum kłębiący się w tym specyficznym miejscu.

Ela, szczęśliwa, że podczas chłodniejszego dnia może się nieco wystroić, włożyła jakieś kozaki i namiastkę kożucha w wersji włoskiej.  Prosto z lotniska Fumicino udajemy się na kluski, a jakże, a następnie do La Viletty.  Wieczorem idziemy odwiedzić Chantal.  Kupujemy po drodze jakiś polski alkohol, bodajże dwójniak, miód pitny i miotłę kwiatów, podobno wypada.  Cieć wpuszcza nas do getta po dokładnym sprawdzeniu personaliów.  Winda wwozi nas prosto do mieszkania na najwyższym piętrze.

Chantal wygląda na młodszą, niż jest w rzeczywistości.  Wiadomo, gdybym miał tyle szmalu, co ona, też bym odmłodniał.  Nie wiem, czy trzeba kobitę nosem w mankiet, ale tak na wsiakij pażarnyj słuczaj rżnę światowca.  Okazuje się, że w Italii ten archaiczny zwyczaj jeszcze gdzieniegdzie pokutuje.  I kto mi powie, że nasza słowiańska kultura razi odstępstwem od nowoczesności!  Ambasadorowa ma tego wieczoru również zaszczycić nas swoim jestestwem.  Czekamy jednak na nią bezskutecznie aż do późnej nocy.  Gospodyni opowiada wiele ciekawych zdarzeń ze swojej bogatej kariery modelki, a potem organizatorki pokazów mody.  Wreszcie wracamy do hotelu.

Następnego ranka odwiedzamy dziadka R.  Ten poddaje nam pewien pomysł.  Do portu w Neapolu zawija co tydzień kilka statków pod banderą amerykañską.  Przeto należałoby wejść na pokład jednego z nich, a ślub udzielony przez kapitana w majestacie prawa, na pewno będzie ważny zarówno w USA, jak i na całym świecie.

Od słów do czynów.  R. pożycza nam starego Fiata 600.  Pół dnia zajmuje nam doprowadzenie go pod rzymską studnią do względnego porządku, ale wreszcie chrabąszcz jest w miarę czysty i mikroskopijny silniczek nawet burczy.  Dla sprawdzenia wehikułu robimy rundkę po mieście.  Chłodnica trochę cieknie, ale turlamy się dosyć raźno.  Na następny dzień planujemy więc rajd Rzym-Neapol.OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Love Story po polsku, część już ósma.

  1. Jolanta Król pisze:

    To Pan hulał, po Stanach, hulnął Pan do Kanady, potem przez Atlantyk znowu do Rzymu.
    A wszystko moim zdaniem zawiera się w tym zdaniu, cyt.:”Mijają dni, tygodnie… Rachunki telefoniczne sięgają niebotycznych rozmiarów”. Cały kłąb waszych motywacji.
    Teraz do Neapolu. Let it be.
    Kurczę (pieczone), to teraz ludziska mają inny problem. Nie ma przeszkód prawnych, żeby wziąć ślub, ale jakoś się opierają. Wszystko, okazuje się, jest przeszkodą: brak mieszkania, praca (bo trzeba się na niej bez reszty skupić, na miłostki nie ma czasu) albo znowu brak pracy (bo brak forsy).
    Powinni posłuchać Pana opowieści. Stają się Państwo heroiczni w tym dążeniu do stanięcia na ślubnym kobiercu.
    Teraz wariant tego statku pod banderą amerykańską. No niezwykłe.

  2. bardzo pisze:

    Uparci jak wielbłądy, nie heroiczni. Heroizm to troche co innego.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s