Love story po polsku, już się pogubiłem, ale to będzie chyba szósty rozdział

Nie będę się rozwodzić nad szczegółami, o któych można poczytać sobie w byle baedekerze, albo dowiedzieć się na tzw. zorganizowanej wycieczce w przerwie miedzy sklepem obuwniczym a bazarem.  Nie ma sensu opisywać, czego się nauczylem podczas tego  jak krótkiego pobytu w Rzymie, przecież nie piszemy wielkiego dzieła, jedynie reportaż jak najtreściwszy.  W naszych rozważanich społeczno – politycznych, z których uczynionoę prozaiczne „Love Story” (ukłon w strone Redakcji Polish Suburbban News!) staramy sie oddać atmosferę Wiecznego Miasta.  Pragnąłbym, aby każda z Czytelniczek przynajmniej przez chwilę poczuła się prawdziwą mieszkanką miasta Siedmiu Wzgórz

navone

Główną atrakcją Rzymu są place liczące sobie po kilka tysięcy lat.  Na każdym z nich widać elementy wybudowane wcześniej i te stawiane później, jedynie drobne dziewięćset lat temu.  I siedemnastowieczne cacka architektury, a wszystko jak nowe, albo nienaruszone zębem czasu, albo może umiejętnie odrestaurowane.  Idziemy piechotą po ulicy, która wygląda jak przedwojenna Marszałkowska.  Rażą napisy na murach “vota communista”.  Wybaczcie biednemu zjadaczowi makaronu, bo nie wie, co mówi.   On chyba utożsamia komunizm z zasadami chrześcijaństwa, bo to niby to samo. Tylko, że Założyciel Kościoła ożywił się samowładnie, podczas, gdy „czerwony kacap” po paru dniach rozpadł się na części, mimo, że był dokładnie nasączony chlorkiem rtęci, czyli sublimatem i butaprenem, a doglądany przez całą zgraję nekrobiologów.  Robimy sobie zdjęcia pod plakatem, po czym, wiadomo, idziemy na kluski.  Włosi jadają stosunkowo niewiele  potraw mięsnych takoż i my

Tym razem kupujemy flaszkę polskiej wódki „wyborowej” za równowartość około czterech  dolarów i wpadamy do znajomej Eli, która posiada małą restauracyjkę.  Ta przyjmuje gorzalkę z entuzjazmem i znika na zapleczu.  Po chwili zjawia się razem z mężem i zamykają lokal.  Wjeżdża na stół wielka fajansowa micha spaghetti z czerwonym sosem. „Spaghetti alla vodka”, oznajmiają oboje.  Spagetti z wódką.  Potężna karafa białego wina dopełnia ceremoniału.

Ktoś puka do drzwi.  Znajomi. Wchodźcie.  Ktoś puka znów.  I jeszcze ktoś.  Makaronu wystarczy dla wszystkich, trzeba tylko dostawić więcej karafek z winem.  Wreszcie puka policjant, z nieodzownym pistoletem w parcianej kaburze zawieszonej na rozporku.  A co wy tu robicie, przecież o tej porze ma być zamknięte!  Allora, przyjechali dawni znajomi z Ameryki.  Ano, to ja się też może przyłączę…

Gdy już się wszyscy najedli, nagadali i naśpiewali, bo przecież Włosi muszą śpiewać przy stole, (Lasciate mi cantare, sono Italiano, twierdzi Kotunio – cholera wie, jak się pisze jego zawołanie), policjant zaprasza nas na kawę w śródmieściu.  Do „fiesty” ładuje więc się chyba z dziewięć osób, włączajac gliniarza z kaburą na rozporku.  Ze względu na figurę godną Pavarottiego (niestety, tenoru Bozia nie dała), wszyscy wołaja na mnie Cicco Bello.  Na razie nie wiem, co to znaczy, ale jakoś mieszczę się ze wszystkimi w tej mydelniczce.

Północ. Już wszyscy są nasączeni aż po skrzela winem i smolistą kawą. Trzeba rozwieźć towarzystwo po domach.  Ale cóż to?  Rece trzęsa się na kierownicy, jak u starego sklerotyka.  Zawał, czy ki diabel? Ano, gdy brak rozumu, trzeba ponosić konsekwencje własnej lekkomyślności.  Włoskiej kawy nie wolno popijać w takich ilościach, jak to się czyni w Ameryce.  Toteż któryś z tubylców, którzy do kawy są nawykli, musi teraz usiąść za kółkiem i jakoś się wszyscy rozpraszamy po mieście.

Z powodu kawy, o spaniu chyba nie może być mowy przez najbliższe trzy dni.  Całe szczęście, że Rzym nigdy nie śpi, możemy się powałęsać po placach bez celu, wracamy więc na piechotę na Piazza Navone. Około siódmej rano ucinamy sobie drzemkę w hotelu i o jedenastej stajemy przed drzwiami Ambasady Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej.  Zapomniany już widok kolejki utworzonej ze zdenerwowanych ludzkich ciał otrzeźwia nas z kawowo-winnego kociokwiku.
ę na takie same gadkie szmatkie!
Panie konsulu, mówię zatem, na to nie mam czasu, muszę wracać do pracy, wie pan, w kapitaliźmie trzeba harować na okrągło i gdyby nie moje zwolnienie lekarskie, chyba nigdy bym się tu nawet nie zjawił w zamiarze założenia rodziny.  No dobrze, powiada nieco zawiedziony, niech pan mi przynajmniej czasami przysyła te wasze emigracyjne gazety.  Załatwione, do zobaczenia, a w duchu „żdy u moria pagody”, jak mawiaja wschodni sąsiedzi, czyli czekaj tatka latka.
Uff, z powrotem do realnego świata.  Aby rozładować napięcie, trzeba iść na kluski.  Przecież to już pora sjesty.  Zaliczamy litrową karafę białego domowego wina i znów dwa grubościenne stakany amaretto lądują nam na stole.  Widocznie nas tu lubią, nie wiem, czemu.  Rewanżujemy się więc włascicielowi lokalu jakimś włoskim drinkiem i również kelnerowi, który nas obsługuje.  Znów lunch przeciąga się do kilku godzin.  Napis “Amo Roma” prezentuje się wyraźnie na złoconym łańcuszku i chyba w tej chwili odzwierciedla prawdziwe odczucia dwojga zagubionych.
Wyczerpujący dzień ma się ku końcowi.  Cóż więc zrobić z nadchodzącym wieczorem?  Ela proponuje coś, czego “normalni” turyści z reguły nie mają w swoim harmonogramie – proponuje wtopienie się w tłum miejscowych Rzymian, włączając nawet emigrantów z ojczystych stron.  Zgadzam się i jedziemy odwiedzić naszego rodaka.  Kupujemy wino i odwiedzamy G. z żoną.
G., z zawodu fizykoterapeuta, urodził się pod Lublinem. Oprócz uprawiania swego zawodu, zajmuje się także pomocą dla młodych, przede wszystkim bardzo młodych Polek przybywających do Rzymu na handel lub po pracę. One mu się odwdzieczają rozmaicie, albo po prostu tylko mówią dziękuję.  „W zaleziności od psipadku”, jak powiadał Afrykańczyk, w role którego wcielił się znakomity, mimo, że krakowiak, kabarecista Krzysztof Piasecki.

Małżonka szanowna G., Włoszka po polsku mówi dość płynnie, choć z mocnym południowym akcentem.  Pochodzi z arystokratycznej rodziny.  Mieszkanie jest urządzone z wyszukanym smakiem.  Jako typowa Włoszka, natychmiast ustawia garnki i pichci kluchy z jakimś wymyślnym sosem.  Wspaniała dziewczyna, od razu znajdujemy z nią wspólny język i stoimy oboje przy kuchni, gawędząc o niuansach zwiazanych z przygotowywaniem rozmaitego jedzenia.  Ela wydaje się być może zazdrosna, nie, nie o Włoszkę, ta jest zakochana po uszy w swoim Polacco, natomiast o kluchy, kluchunie, kluseczki… G. po wypiciu wina zaczyna coś gadać bez ładu i składu o swoim przyjacielu z Chicago, który nazywa się jakoś Wielobratek, czy jak… nie wiem do dnia dzisiejszego…
Spaghetti rzecz oczywista wychodzi wspaniale!  Wśród jaskrawoczerwonego sosu pływają pootwierane czarne muszelki wielkości może paznokcia.  To vongole.  Mimo, że nie jesteśmy głodni, wszak przybyliśmy tu prosto z trattorii, pałaszujemy specjał z apetytem, odkładając puste już muszelki na dodatkowy talerz obok.  Pani domu autentycznie cieszy się, że nam smakuje.  Znów wino.  Co za wspanialy kraj i ludzie!  Staram sie uczyć jezyka, póki jest okazja, a co najmniej osłuchać.  Gospodyni tłumaczy, że w języku włoskim przymiotniki na ogół stoją w zdaniu za rzeczownikami i że nie powinno się o osobie mówić „questa stronza”.   Ela trajluje jak karabin maszynowy.  Makaroniarze powszechnie mniemają, że pochodzi z północnych Alp (bella bionda) i niezmiernie się dziwią na wieść, że przybyła z aż tak dalekiej Północy.  Żałuję, że nie znam jezyka, że nie mogę czytać Petrarki w oryginale i że nie mam szans osiedlić się w słonecznej Italii, ponieważ pod względem wiedzy o żywności miejscowi stoją o klasę wyżej, niż my.  Poza tym, Ela chce zostać Amerykanką.

Żegnamy się wreszcie z miłymi gospodarzami, obiecując wpaść na chwilę dnia następnego.  Postanawiamy wstąpić do W., starszego jegomościa, ktory do Eli smalil cholewki w czasach, gdy zaprzysięgałem dozgonną wierność moim sandaczom i łososiom w bezkresnych otchłaniach pojezierza Wisconsin.  W. jest prawdziwym Kalabryjczykiem, zwanym „testa dura”, czyli twardogłowy.  Z twarzy przypomina towarzysza Breżniewa, ale jest od niego o wiele szczuplejszy i mimo wszystko nieco bardziej cywilizowany.  Ożenił się z Polką z Łowicza i aktualnie starają się o potomka płci męskiej, gdyż jest to bardzo ważne w Reggio di Calabria.  Przyjmują nas bardzo serdecznie, oczywiście kluchy, oczywiście tradycyjne kalabryjskie wino i próbujemy bardzo specyficznych kalabryjskich specjałów.  W. chwali się, ze jego matka wyprodukowała pomidory suszone w niepowtarzalny sposób w niepowtarzalnym kalabryjskim słońcu.  Faktycznie, brunatne plastry pachną i smakują prawdziwym słońcem.  Demonstruje również potężny słój zmielonego na proszek suszonego czerwonego pieprzu „pepperoncino”.   Poleca mi wąchać, ale wiem, co to znaczy, a wiec tylko udaje, że to czynię.  On to widzi, a więc potrząsa naczyniem, w wyniku czego nie mogę złapać oddechu przez dobre dziesięć minut.  Pomaga sok z cytryny, sztuczka, ktorej nauczyli mnie Meksykanie w Houston.  Pijemy czerwone domowe wino, które też pachnie słońcem i tak samo smakuje.  Objadamy się rodzynkami, których Ela, niestety, nie znosi (no cóż, bywa i tak).

Chwilami wydaje mi się, że nie potrafię znieść takiej ilości wrażeń na jeden raz.  Domowe pielesze w Wisconsin wydają się teraz takie szare i płytkie, ludzie jacyś bezuczuciowi, życie jak papier toaletowy, długi, szare i do du… Ja nie chce do domu!!!

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Love story po polsku, już się pogubiłem, ale to będzie chyba szósty rozdział

  1. Jolanta Król pisze:

    Młodość, Panie Pawle. Młodość.
    Czuję się ten nerwowy rytm Państwa bytowania tam. Pan powinien tam pojechać raz jeszcze. I teraz tak spokojniutko.
    Mnie u Włochów zachwyca ich łagodność. Patrzyłam, jak w Ostii odnosili się do bezdomnego koczującego tam na stacji kolejowej. Rano częstowali go kawą. Uśmiechali się. Zero agresji. A jak na peronie pojawiła się grupa szkolna, to pracownicy kolei natychmiast pojawili się koło tych dzieciaków jako ich eskorta. Żeby się im nie stało. Obok przecież szyny, zaraz pociąg nadjedzie. A dzieciaki zajęte sobą, trajlowały. Bardzo mi się to podobało.
    W metrze młody chłopak proponuje pani w dojrzałym wieku, żeby usiadła mu na kolanach , bo przecież tłok. Ona się uśmiecha. Coś do siebie mówią, żartują. W Polsce nie do pomyślenia.
    Albo policjant, który pod koloseum kieruje ruchem pieszym. Jedna z pań się zagapiła, on ją przywołuje do porządku gwizdkiem. Ona potem do niego podchodzi. Coś tłumaczy. On kiwa głową. Mówi coś do niej. Uśmiechają się do siebie. Znowu zero agresji.
    Kocham Rzym. Jak znowu się tam znajdę, będę szczęśliwa.

  2. bardzo pisze:

    Też bym sie tam chciał znaleźć. Ale marzenia jak kwiaty szybuja po niebie, jak nie pada, a jak pada, to nie szybują (rabaret Elita, 1964)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s