Piąta część Love Story po polsku (kiedy już wreszcie ten koniec…)

Nazajutrz zrywamy się wcześnie i udajemy na Via Veneto, gdzie znajduje się ambasada krainy wolności. W hallu ryży marines, uczesany niemal na jajo, skrupulatnie sprawdza, czy nie mamy przypadkiem aparatu fotograficznego. Oczywiście, ze mamy. Tylko idiota chodziłby po Rzymie bez tego niezbędnego rekwizytu. Musimy oddać w depozyt, a ponieważ jest to Rollei, otrzymujemy aż dwa pokwitowania, zamiast jednego. Jesteśmy pierwszymi z oczekujących. Wypełniamy aplikację o wizę turystyczną do USA, pomagamy w tym przedsięwzieciu przy okazji jakieś młodej Włoszce, której angloamerykańszczyzna kuleje. Postanawiamy działać zgodnie z sumieniem (o, naiwni – przp. wspólczesny) i szczerze prosić ambasadę o pomoc, przedstawiając naszą sytuację dokładnie taką, jaka jest, bez upiększeń i dramatyzacji.


Poczekalnia zapełnia się aplikantami o wizę turystyczną, osobnikami wszelkiej maści i wielkości. Przybywają twarze ciemne, oliwkowe, wręcz czarne, żółte, blade i niebieskie. Z ubiorów widać zarówno europejskie garnitury, jak i białe dżiby, czerwone fezy, szydełkowane mycki muzułmanów oraz sporo pstrokatych kołder, w które owijają się mieszkańcy Czarnego Lądu. Uderza atmosfera spokoju i zaufania do Wuja Sama, nastrój jakże różny od desperacji panującej na Pięknej w Warszawie.

Wkrótce wychodzą pierwsi szczęśliwcy z wizami w rękach. Europejczycy wygladają na zaaferowanych koniecznością przygotowania się do podróży. Azjaci emanuja filozoficznym stoicyzmem. Afrykańczycy cieszą się jak dzieci. Ich bardzo łatwo rozweselić byle czym. Jakiś Turek w fezie o twarzy eunucha rozjechanej zadowoleniem bezgranicznym, GM2050300miętosi dumnie rozwarty jak wachlarz paszport, w którym widnieje jeszcze wilgotny stempel wizy do krainy marzeń. Na nas nikt nie zwraca uwagi. Wypraszają nas jednak na przerwę obiadową. Idziemy do pobliskiego sklepu na rogalika z kawą. W głowie chaos. Czyżby płomienne słowa poparcia amerykańskich polityków dla zdeterminowanego narodu znad Wisły były tylko pustymi frazesami? Naiwny Polaczku, żyjesz na tym padole lat bez mała trzydzieści i jeden, a zadajesz pytania tak naiwne, a retoryczne…

Wracamy do poczekalni, już nie tak bardzo ufnie patrzący w przyszłość. Nowi interesanci wywoływani są przed naszą kolejką. Wreszcie około czwartej gmach urzędu pustoszeje. Wszyscy wyszli. Konsul wzywa nas do konfesjonału. Konfesjonał to pomieszczenie rzecz jasna bez krzesła, pokoik o wymiarach metr na metr, zaopatrzony w okienko z grubej szyby, za ktorą stoi konsul o włoskim nazwisku. Przedstawiamy sprawe, jak również niechęć do apelowania o polityczny azyl, a to ze względu na pozostawione rodziny w Polsce. Rzecz jasna, natychmiastowa riposta jest do przewidzenia: jechać do Warszawy i stamtąd się starać. Otóż nie, panie konsulu, mój senator został już zawiadomiony i ja oczekuję decyzji, która mi przysługuje zagwarantowana Konstytucją. A poza tym, konferencja Helsinska z 1968…

Konsul zacina się nieco i udaje, że sprawdza coś w papierach. Widać, że irytuje go fakt, że osobnicy, których miejscem są brudne autokary i kolejki w supermarketach „Upim”, śmią dochodzic jakichś racji, choćby najsprawiedliwszych, najlogiczniejszych i najbardziej uzasadnionych, ale tych dla ludzi, a nie dla polaków. Powszechny stereotyp, do dziś pracowicie pielęgnowany przez rządzących tym światem, pozbawia nas prawa do czlowieczeństwa. Przecież, mówi wreszcie, nie jesteście nawet obywatelami USA, a więc powinniście prosić o pomoc konsulat waszego kraju. Z czego zresztą będziecie żyć w USA?

Pan konsul sobie raczy żartować! Na takie dictum aecerbum mam oczywiście starannie przygotowaną odpowiedź. Przedstawiam opinię z pracy i zaświadczenie o zarobkach, a także listy polecające z komitetu społecznego i parafii w mieście Kenosha. Konsul zaczyna się wić. Wykrztusza wreszcie znamienne twierdzenie, które otwiera nam oczy na dwudziestowieczną rzeczywistość, na wartości nowoczesnej cywilizacji, na wielkość ludzkości i jej idei. Zdanie, które odtąd jako motto będzie mi towarzyszyć we wszystkich dziedzinach życia, sprawiając, że jakiekolwiek przedsięwzięcie będzie musiało pochłonąć czterokrotnie więcej wysiłku i środków z mojej strony, niż w przypadku normalnego, cywilizowanego mieszkańca tej Ziemi, mówi mianowicie: „ja osobiście nie widzę żadnych przeszkód, aby udzielić pani K. wizy wjazdowej, ale zrozumcie mnie, ja mam wytyczne. Guidelines”. „Konec obchoda”, jak mawiają Słowacy. Okręcamy się na pięcie i zastanawiamy się, jak nazwać ten rodzaj antysemityzmu, który wymierzony jest w Sarmatę, czyniąc go wiecznym tułaczem.…

Wychodzimy, aby prędzej z tego nieprzyjaznego miejsca. W progu zatrzymuje nas sekretarka i zawraca mnie z powrotem do konsula. Eli każe czekać. Konsul, wyraźnie poruszony, rozgladając sie na boki jakby trwożliwie, szeptem poleca mi zgłosić się do swojej asystentki, która, jak twierdzi, skieruje nas dokąd trzeba.

Idziemy więc opustoszałymi schodami na piętro i stajemy przed panią w średnim wieku o nazwisku również włoskim. Ta najpierw ku naszemu zdziwieniu pyta nas o wyznanie, a potem daje nam kartkę z adresem w Watykanie. „Padre parrocchio”. Ela niefrasobliwie postanawia udać się tam następnego ranka. Zaraz, zaraz, mityguję ją, przecież to ci grozi uziemieniem się „per tutta la vita” z łysym, wsrętnym grubasem. Nie ma tu już wszak mowy o lewym ślubie. I mało to przystojnych, czarnookich Włochów łasych na jasnowłose, gospodarne Słowianki, łazi po Rzymie? Nie, powiada ona, idziemy do Watykanu!
Żegnajcie zatem wędki i strzelby! Praszczajcie jelenie, niedźwiedzie i tęczowe pstrągi z wodospadów Wilczej Rzeki! Witajcie kapcie, witaj telewizorze! Od watykańskiego ślubu odwrotu nie ma!

I tak wyglądały nasze oświadczyny i zaręczyny.  Bez patetycznych przyklęków na kolano jedno, bądź obydwa, bez westchnięć i szlochów wzruszenia, nawet bez miotły róż pąsowych, bez zaręczynowego przyjęcia z udziałem rodziny i znajomych, po prostu krótkie postanowienie, idziemy do Watykanu i po ptokah, jak to powiadaliby bohaterowie opowieści Wacława Sieroszewskiego. Raz maty rodyla.

Prawo małżeńskie Watykanu jest najbardziej liberalne na świecie, za to prawo rozwodowe tu nie istnieje. W ten to sposob pomysł lewego ślubu w celach osiedleńczych przerodził się niespodziewanie w ideę utworzenia prawdziwej rodziny. W tak młodym wieku obojga młodych! A ja nawet nie mam pierścionka zaręczynowego!

Obiecuję pierścionek i na razie kupuję jakiś drobiazg, a Ela podarowuje mi pendant z krzyżującymi się słowami „Amo Roma”. Postanawiamy natychmiast, że jeśli pierwszym naszym dzieckiem będzie dziewczynka, damy jej imię Roma. Proszę mi wierzyć, to nie demagogia, ani tanie naciąganie faktów, w tamtym momencie wiedzieliśmy, że to będzie dziewczynka, jak i wiedzieliśmy, że będzie nosić takie imię. Dla uspokojenia sumienia planujemy na drugi dzień odwiedzić jeszcze ambasadę kanadyjską i meksykańską, a może i polską, najwyżej będzie chryja. Tymczasem słońce powoli chyli sie ku wzgórzom, a nie byliśmy jeszcze w bazylice Świętego Piotra.

Rzym nas wsysa od razu bezlitośnie. Nie wiem już, ile bazylik obejrzeliśmy po drodze tego dnia, i to bez zwiedzania. Od dawna już nie sporządzam notatek na bieżąco. Wreszcie Watykan. Pijemy wodę ze studni artezyjskiej i zmęczenie natychmiast mija.

Sanktuarium zwiedzane jest przez wszystkie wycieczki, które w tym miejscu na chwilę opuszczają autokar. Tu jest środek środka, to jest to, geograficzne centrum kultury cywilizowanej, która nam nakazuje nie czynić drugiemu, co jemu niemiłe. Będac u grobu Szymona zwanego Petrus, czyli Skala, gdziekolwiek sie nie zwrócimy, będziemy się przestrzennie oddalać od naszej mentalności białego człowieka. Wszystko, cokolwiek cywilizowane, zachodnie,koncentruje się właśnie tutaj, w prostokącie może dwudziestu metrów na dziesięć. Nie w Waszyngtonie, nie w Paryżu, nie w Zurichu, ale tu, pośrodku głównej nawy świątyni. A przywódca tego prądu kulturowego mieszka sobie o kilka kroków od tego miejsca, wobec powagi ktorego, czymże są problemy dwojga małych ziarenek pyłku ludzkiego, zawieruszonych gdzieś przypadkowo w tym dziwnym wszechświecie…

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

12 odpowiedzi na „Piąta część Love Story po polsku (kiedy już wreszcie ten koniec…)

  1. Jolanta Król pisze:

    Zaskoczyło mnie światło bazyliki, miękkie, łagodne, mimo ogromu pewna przytulność tej świątyni. Doczytywałam w przewodniku wszystkie szczegóły, jak budowano, kiedy. Chyba trzy razy tam wracałam. Gdzieś mi się zapodział przewodnik po Rzymie. Ale znajdę. Bo muszę sobie wszystko na nowo przypomnieć. No i jak wcześniej wspomniałam, na dach bazyliki wlazłam, a stamtąd widoki niesłychane, zapierające dech w piersiach. Jest to oczywiście wszystko sfotografowane, łącznie z ogrodami watykańskimi.
    Też dzień przed ślubem ogarnęły mnie strach, panika, chciałam wszystko odwołać. To chyba normalne.
    Nie bardzo wierzę, że był Pan gruby. Gruby? 😉

    • bardzo pisze:

      To nie tyle była panika, ile niedowierzanie i niepewność, czy podołam odpowiedzialnosci. Nigdy nie planowalem rodziny, stąd owe wędki i strzelby, z których wiele pozostało do dzis. Warto zauważyc, że moja Ela świetnie sobie radzi na strzelnicy, a Roma zarówno na strzelnicy, jak i z wędką, i to od chyba trzeciego roku życia. Więc nic sie nie zmarnowało, tylko troche amunicji poszło. Cos za cos…

      Widze, ze ten cykl, jak i cały blog istnieje tylko dla pani Joli, bo jakoś mało kto chce sie ty uzewnętrzniać…

      • Jolanta Król pisze:

        Umiem łowić ryby i robale na haczyk nadziewać. Raz mi wydra rybę (leszcza) z wiaderka ukradła. Ze strzelaniem gorzej, prawie w ogóle. Powiem Panu, córka – całkiem nieźle.
        Czytają Panie Piotrze. W ciszy.

      • bardzo pisze:

        A wie Pani, jak sie łapie karpie w stawie na guzik przez nogawkę? (autentyk)…

    • bardzo pisze:

      Tak, byłem, jestem i będe gruby. Never trust skinny cook.

  2. Jolanta Król pisze:

    Cyt.:Tu jest środek środka, to jest to, geograficzne centrum kultury cywilizowanej, która nam nakazuje nie czynić drugiemu, co jemu niemiłe. Będąc u grobu Szymona zwanego Petrus, czyli Skala, gdziekolwiek się nie zwrócimy, będziemy się przestrzennie oddalać od naszej mentalności białego człowieka. Wszystko, cokolwiek cywilizowane, zachodnie, koncentruje się właśnie tutaj, w prostokącie może dwudziestu metrów na dziesięć. Nie w Waszyngtonie, nie w Paryżu, nie w Zurichu, ale tu, pośrodku głównej nawy świątyni.
    —-
    Pięknie powiedziane, Panie Piotrze (i maleńka korekta dwóch literówek z mojej strony, tudzież poprawiona spacja).

  3. bardzo pisze:

    Dziekuje za miłe słowo i poprawki. Troche poprawiam styl i niektore ekspresje, ale nieznacznie, dlatego moża sie trafić tu i ófdzie jakisś drukarskie Licho jednookie.

  4. Jolanta Król pisze:

    Z tymi karpiami – nic. Poproszę o info.
    Karpie na Wigilię mam od M.; Pan wie przecież.
    Widziałam awatar. Jaki gruby? Anorektyczki też twierdzą, że są grube. Jutro zajrzę do krewetek. Panie Piotrze, krewetki na maśle, podane w knajpce „Kwadrans” w Kazimierzu nad Wisłą – pychota!

  5. bardzo pisze:

    Spróbujemy na maśle. Z koperkiem. Może byc ciekawe.

    Bardzo gruby (stąd przydomek Bardzo).

    Karpie na guzik łapie sie tak: Bierze sie guzik i przywiązuje do żyłki, która sie wypyszcza przez nogawkę i kładzie sie nad stawem, że niby wygrzewamy sie na słońcu. Karp ryje po dnie, a w stawie jest zagęszczenie populacji tego stworzenia. Predzej czy później któryś z nich trafi na guzik. Czego karp nie zeżre, to wypusci przez skrzela, przez co sie zapina na guzik i jak nas coś nas szarpnie po kieszeni (a skąd tu nad stawem urząd podatkowy, albo zus?), to po prostu wciągamy rybe przez nogawkę i oddalamy sie pełnym godności krokiem z karpiem w spodniach.

    Ot, i tak.

    Mam dużo takich świrniętych pomysłów i sposobów, może nawet na cały cykl, ale nie wiem, gdzie takie cos wstawic, bo na Fantazje troche nie uchodzi. No, moze jeszcze od biedy odpędzanie bimbru sposobem miska-miska. Tylko nie z czajnika, bo właśnie w Warszawie tak gwizdnęło, ze dziesięc mieszkań poszło w drzazgi.

    • Jolanta Król pisze:

      Takie miałam poczucie, że coś mi się omsknęło.
      To łapanie karpia na guzik przez nogawkę – świetne, Panie Piotrze, proszę opatentować.
      Na Nowakowskiego to bum, to od bimbru? Ostatnio znowu młyn w pracy, ale muszę pamiętać, żeby rozpoczynać dzień od lektury komunikatów na portum (to po pierwsze) i od newsów na wp.pl, to po drugie.
      W robocie idzie dobrze, ale najwyraźniej życie mi umyka. 😦

  6. bardzo pisze:

    Nie wiem, czy od bimbru, ale na taka skale to jest wielce podejrzane.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s