Love story po polsku, część już chyba czwarta…

Niedziela rano. Od samego faktu przebywania w tym miejscu kręci się w głowie. Tu święty Piotr, gdy zniechęcony pogaństwem starożytnych Włochów zmierzał na północ, pragnąc nauczać równie starożytnych Polan, zdaje się, że jeszcze przedsarmackich, został energicznie zatrzymany i zawrócony. Dokądże ty idziesz, na łatwiznę?  Wystarczy, że Paweł z Tarsu pałęta mi się po tych barbarzyńskich ludach! A tak w ogóle, to jak ci mówiłem, zdrowym lekarza nie trza! I tak, grób pierwszego papieża, człowieka o iście słowiańskim temperamencie, znajduje się w samym środku bazyliki watykańskiej.

Wychodzimy z hotelu i rozglądamy się dookoła. Przecież tu dokładnie wszystko jest do obejrzenia i nawet po miesiącu zwiedzania nie ruszylibysmy się nawet z Piazza di Santa Maria Maggiore.  Pierwsze, co się rzuca w oczy, to kotka, przenosząca w mordzie swoje maleństwa w jakies bezpieczniejsze miejsce.  Może to i gęsi ocaliły Rzym, może to wilczyca wychowała założycieli tego miejsca, ale symbolem Rzymu jest kot.  To dobrze.  Miliony rzymskich dzikich kotow trzymają szczury na pełen respektu dystans.  Ulubionym miejscem przebywania tych zwierzaków jest przednia opona parkujących samochodów.  Zadziwiająca jest ta symbioza kotów z innymi Rzymianami.  Nikt ich (kotów) nie niepokoi, niejeden nawet czasem rzuci jakiś włoski przysmak.  Koty często przechodzą drogę automobilistom i nikt im nie ma tego za zle. Trzynastka też jest tu szczęśliwym numerem.  Rzymianie noszą na szyi złote trzynastki na grubych złotych łańcuchach.

Będąc już na naszym placu, nie sposób wejść do bazyliki pod tym samym wezwaniem, w której znajduje się Żłobek z Beth Lechem.  Kościół, jak i wszystko inne w Rzymie, jest arcydziełem sztuki architektonicznej, malarskiej i rzeźbiarskiej.  Przytłacza wielkością, ale jest to dopiero pierwsza z niezliczonych świątyń, jakie pewnie odwiedzimy podczas tej podróży.  Plac położony jest na zboczu góry, a katedra stoi na jej szczycie.  Od zaplecza dwie aleje prowadzą do Piazza Vittorio.  Środek placu stanowi olbrzymi skwer, a dookoła stoi mnóstwo zamykanych straganów w rodzaju „szczęk”, jakie dziesięć lat później miały pojawić się na ziemi ojczystej.  Na zewnątrz kregu budek prowadzi ulica otaczająca bazar w formie swego rodzaju ronda, a wokół całego placu stoją kamienice z podcieniami, jak w cesarsko-królewskim Krakowie.image

Pierwsze kroki Ela kieruje do sklepu, gdzie można otrzymać włoskie ciuchy za śmieszne, jak na amerykańskie warunki, ceny.  Panuje atmosfera Cedetu albo Domu Dziecka na Brackiej.  Kłębiący się tłum kupujących przetkany jest jak ciasto daktylowe ciemnymi twarzami przybyszów z sąsiedniego kontynentu za miedzą.  Dla głupiej ciekawości przymierzam pierwszorzędny garnitur numer „cinquanta quatro” za 55 tysięcy lirow, czyli niecałe pięćdziesiąt dolarów.  Pasuje, jakby był szyty na miarę. Przymierzam drugi – to samo.  Wydaje mi się, że śnię.  Przecież zarówno w Polsce, jak i w Ameryce nie ma garniturow na mój rozmiar i w sklepie muszę ukradkiem podmieniać spodnie i marynarki z różnych kompletów.  Cieszę się więc, że wygladam jak typowy Europejczyk i biorę obydwa.  Ela kupuje jakieś sweterki, nie wiem po co, bo goraco i środek lata.  Dokłada coś lżejszego, pewnie na plażę, proszę, nie pytajcie mnie o szczegóły, nie jestem wszak ekspertem w zakresie tekstyliow.  Wtem ekspedientka energicznie wyprasza nas z lokalu.  No tak, pewnie rozpoznala naszą narodowość.  Chociaż chyba niekoniecznie, wyrzuca również ciemnoskorych, a nawet zupełnie miejscowych Rzymian.  Nikt sie specjalnie nie oburza, ani nie przejmuje, każdy reguluje rachunek i ucieka, jakby za chwilę coś się miało wydarzyć.  Niewiarygodne, w kraju, gdzie galimatias jest chlebem powszednim, z niezwykłą sprawnością i dyscypliną sklep pustoszeje w niecałe pięć minut.  Wychodzimy wiec i my.  Na ulicy nie ma żywej duszy.  Ki diabeł?

Każdego dnia o pierwszej po południu rozpoczyna się sjesta, religijnie przestrzegana rzymska pora obiadowa. Wszystko jest chiuso, czyli zamknięte, życie zamiera, ludzie gdzieś się ulatniają.  Nie widać nawet rzymskich kotów, które pewnie pochowały się po piwnicach i zakamarkach.  Przypadkowo zabłąkanych przechodniów pytamy o najbliższą trattorię.  Odzywają się w zupełnie niezrozumiałym języku.  Finowie.  Łamaną angielszczyzną usiłują coś tłumaczyć, ale nie korzystamy z ich rady, bo właśnie spostrzegamy wejście do knajpki nieopodal.  Wchodzimy.  Portier w czarnym garniturze i wąskim krawacie z lat sześcdziesiątych kieruje nas z głównej sali do bocznych drzwi.  Schodzimy dobre dwa piętra w dół. Tam dwóch chudych osobników, również w pogrzebowoczarnych garniturach, urządza sobie próbę wokalną przy pianinie.  Inny portier wskazuje drugie drzwi i schodzimy jeszcze niżej.  Nisko sklepiona piwnica z omszalym stropem w wieku kilkuset lat emanuje przyjemnym chłodem.  Podają wino w popękanym glinianym kubku i makaron z wędzonym boczkiem.  Po tym szczególe rozpoznajemy wreszcie miejsce.  To „Spaghetti alla Carbonare”, a więc jestesmy w Carbonari, slynnym miejscu przy Piazza Vittorio.  Kilkaset lat temu zbierali tu się węglarze, inspirując bunt przeciwko władzy papieża.  Tradycje tych upolitycznionych związków zawodowych przejęli potem przedstawiciele innego fachu, mianowicie budownictwa, tworząc ruch wolnomularzy czyli masonów, a co z tego wynikło na tym padole, wszyscy widzimy.

Ela ma mi za złe, że poświęcam więcej uwagi kluchom, niź jej samej.  Ejże, czyżby robiło się niebezpiecznie?  Czy nalezaloby bronić mężnie własną piersią najpiękniejszej idei starokawalerstwa, której skłonni jesteśmy zaprzysiąc wierność dozgonną?  A może czas uciekac na koniec świata i nie wracać?  Nie, sprawy zaszły za daleko, żeby wszystko rzucić w tym stadium.  W imię przyjazni, czy koleżeństwa, jak to Ela jeszcze nazywa, trzeba misję doprowadzić do końca.  Zamawiamy jeszcze „uno litro di vino bianco”. Normalnie nie lubię białego wina, ale będąc w Rzymie i nakrecając kluseczki na widelec, nie sposób pić herbatę.  Domowe wino okazuje się niesamowicie pasującenie tylko do „spaghetti con pommodore”, ale i do stylu proponowanego przez karbonariuszy.  Działa też orzeźwiająco na umysł, bo rzymska woda studzienna, na której wytwarza je się, uchodzi za najlepszą wodę pitną na świecie.  Na każdym kroku zainstalowane są studnie artezyjskie.  Włoskie winnice, rzymska woda i głęboko zakorzeniony włoski kult kulinarny skladają się na niepowtarzalność włoskich win, które każdy szanujący się właściciel choćby najmniejszej knajpki sporządza sam i podaje do stołu w karafach przypominających wazony do kwiatów.  Biblijnym i śródziemnomorskim zwyczajem do obiadu wino miesza się pół na pół z woda zwykłą, albo sodową.  Obiad smakuje jak nigdy.

Przy sąsiednim stole Rzymianie prowadzą ożywioną rozmowę, przeplataną jakimiś rzymskimi przyśpiewkami, z których większość Ela zna i pod nosem przynuca do wtóru.  Przeto na naszym stole znów ląduje niespodziewanie czarne jak smoła „Amaro”.  Wnet znajdujemy się w samym środku rzymskiego towarzystwa i nikt już nas nie traktuje jak turystów.  Przeciwnie, zaczynamy powoli czuć się jak u siebie i nawet pasuje mi przydomek „Cicco Bello”, którym mnie moja towarzyszka obdarza przy ludziach.

Wszyscy debatują głośno na temat naszych jutrzejszych szans w amerykańskim konsulacie i sypią dobrymi radami co należy mówić i jak się tam zachowywać, a także wciągają do dyskusji wszystkich przypadkowo dosiadajacych się.  Po dwóch godzinach wychodzimy na zewnątrz.  Jest trzecia po południu i placówki handlowe zaczynają się nieśmiało otwierać.  Koty pomału wyłażą na ulice i układają się wygodnie w swoich ulubionych miejscach pod błotnikami samochodów.  Wstępujemy do budki straganiarza i kupujemy kilka rodzajów owoców, których nie widziałem nigdy w życiu.  Następnie udajemy się do Ostii, aby odetchnąć przez chwilę nad Adriatykiem.

Ostia znajduje się pół godziny jazdy na zachód. Mieścina wyglada mniej więcej jak miasteczko wczasowe na Florydzie.  Biaęe domeczki letniskowe przy plaży, niektóre z basenami, tarasami i klombami pełnymi wielobarwnych kwiatów, sportowe samochody stojące przed garażami i jachty o pieknej linii u drewnianych pomostów wybielonych słońcem, a nade wszystkim niebo jeszcze bardziej lazurowe, niż na pocztówkach, cała sceneria stwarza dokładne odbicie wyobrażeń o slonecznej Italii.  Odjeżdżamy nieco na północ, w stronę cholewy jasnej włoskiego buta, po czym znalazłszy kawałek dzikiej plaży, rozsiadamy się na piasku i rozwijamy owoce.  Nie pamiętam nawet nazw wszystkich tych specjałów poza winogronami, które były wręcz nieprzyzwoicie słodkie.  Jakaś gruszka, której nie należało obierać gołymi rękami ze względu na drobniutkie niewidzialne jadowite kolce, jakieś ciemne okrągłe niby-śliwki, jakieś podłużne ogórki o orzeźwiającym, słodko-kwaskowatym smaku i nie wiem, co jeszcze.  Moczymy się kilkakrotnie w morzu i zarówno zmeczęnie, jak i wyniesiona od Carbonarów winno-migdalowkowa ociężałość znika jak ręką odjął.  Zapada decyzja chwili, zobaczymy Watykan.  Wiele o tej porze nie zwiedzimy, ale przespacerujemy się nieco.  Śmieszna Fiesta pędzi więc z powrotem na wschód.  Na drodze tłok, ale wszyscy suną z fasonem „złoty trzydzieści”, jak mawiają warszawscy taksówkarze.  Po drodze objeżdżamy wielki Eur wybudowany przez uwielbianego Duce i nie wiem jakim sposobem wpadamy nagle w wąskie uliczki śródmieścia.  Rzym ma to do siebie, że tu sie nie wjeżdża, a wpada niespodziewanie.

Po chwili jesteśmy pod murami Watykanu.  Ściemnia się.  Przysiadamy na stopniach obelisku na placu świętego Piotra i rozgladamy się dookoła.

Wieczorem Wieczne Miasto pełne jest spacerujących, rozmawiających, pijących smolistą kawę (mimo pory dnia), jedzących wieczorne kluchy, spiewających, malujących i licho wie, co jeszcze robiących.  O tej porze Watykan nie sprawia monumentalnego wrażenia, a stanowi raczej miejsce, gdzie można pobyć w malowniczej scenerii.  Jutro to wrócimy.  Robimy parę zdjęć „na czas”, czyli po polsku przy exiting light i przy lampie błyskowej, a następnie udajemy się na Piazza Navone, który nam jest znany z obrazów Boccaciego.

Piazza Navone jest wieczorem najbardziej oryginalnym miejscem na Ziemi.  Wieczorami dzieje tu się wszystko, co jesteśmy sobie w stanie wyobrazić, lub wyśnić.  Śpiewacy amatorzy wykonują przy gitarach najpiękniejsze arie Verdiego głosem godnym La Scalli, graficy amatorzy tworzą w pare sekund prawdziwe portrety, kuglarze stają na głowach, podobnie jak świat cały, młodzi tańczą, starzy piją wino, zagraniczni turyści stoją z porozdziawianymi gebami i dziwują się.  Zamykamy oczy i usiłujemy nie widzieć, co się dzieje dookoła, a tylko słyszeć, ale proszę mi wierzyć, Rzymu nie można nie lubić.  Jeszcze nie ma mowy o tym, ze moglibyśmy kiedyś stanowić rodzinę, jeszcze jesteśmy tylko parą najlepszych kumpli, znajacych się niemal od pieluch, ale ja już jestem gotów zawrzeć ślub z Rzymem.  Ela też, tym bardziej, że przebywała tu prawie dwa lata i mówi po rzymsku jak rodowitaRzymianka.

Kilka lat wcześniej lewicowy działacz Aldo Moro zostal uprowadzony i zamordowanyprzez tajemniczą organizację Brigadi Rossi.  Ofiarę znaleziono gdzieś tu w pobliżu, w bagażniku samochodu i trzeba trafu, ze Ela właśnie w tym czasie spacerowała z koleżanką po Piazza Navone.  Następnie komunikaty radiowe poszukiwały terrorystki, wysokiej blondynki mówiacej z cudzoziemskim akcentem – co stanowiło dokładnie pasujacy rysopis.  Dziewczyny chore z przerażenia  zmuszone były wracać do domu przez podwórka i dziury w płotach.  Kto wie, może wreszcie dochrapalem się jakichś koneksji z Brigadi Rossi?

Teraz jednakże jesteśmy w miarę bezpieczni, Ela konwersuje po włosku bez śladu obcej nalecialości, a wszechobecne tutaj plakaty „Vota Communista” doprowadzają ja do niestrawności.

Jeszcze kawa na lepszy sen i trzeba wracac do hotelu, odespać wrażenia i te kilometry w nogachi kółkach.  Przy okazji spożywamy jeszcze po jednym talerzu spaghetti.  Sugo, czyli sos, pachnie wszak bazylią tak ponetnie…  W głowie troszeczkę wiruje.  Nie wiadomo, czy od obiadu, czy od wina, czy też od Rzymu.  Przy sąsiednim stole dyskutuje dość głośno grupa miejscowych, przy czym, co trzecie slowo brzmi dokładnie jak to swojskie, zaczynajace sie od litery k.  Ela wyjaśnia, że ta ekspresja oznacza zakręt, a sympatyczni sąsiedzi rozmawiają o rajdzie samochodowym.  Stwierdzam, że jak nie wyjdziemy zaraz, to będziemy mieli straszliwego kaca.  Sasiedzi milkną i zgorszeni na nas patrzą.  Ela zmieszana, wyznaje im, że siamo stranieri, a po polsku to słowo znaczy stan psycho-fizyczny na drugi dzień po spożyciu zbyt dużej ilości alkoholu, a do mnie powiada, ze „cazzo” po wlosku oznacza instrument służący do przedłużania gatunku ludzkiego.  Obiecuję, że już nic dziś nie będę mówić.  Łatwo mi to zresztą przyjdzie, bo do końca dnia pozostają tylko minuty.

 

 

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Love story po polsku, część już chyba czwarta…

  1. Jolanta Król pisze:

    Ładnie Pan oddał nastrój gasnącego miasta w porze sjesty. Mnie tak z jednego z kościołów wyrzucił zakonnik. Też nie rozumiałam o co chodzi, więc tylko szepnęłam pod nosem: chamstwo. Ta naprawdę trzeba wejść w każdą materię stopniowo, trzeba zanurzyć się w niej. Dlatego nie korzystam ze zorganizowanych wycieczek, bo wtedy na to nie ma czasu. Po Rzymie i okolicach poruszałam się z pomocą transportu publicznego (kolej, metro, przede wszystkim). To jeszcze lepiej poznaje się życie tubylców. Na Włochów w eleganckich garniturach patrzyłam się z zazdrością. Bo i nasi panowie mogliby się jakoś tak bardziej elegancko nosić. Wzornictwo włoskie to jest finezja. Nie wiem, jak Włoszki to godzą z podjadanie dużej ilości makaronu. Bo wszystko na wystawach wyglądało na numer 36, 38. Mnie urzekły przede wszystkim włoskie buciki i torebki.
    Ostia ciągnie się i ciągnie. Ale są u nich w dobrej cenie bilety metropolitalne. Zawsze na takie rzeczy zwracam uwagę; na spójność miejskiego systemu komunikacyjnego, w każdym aspekcie. Pan jeździł samochodem, a mnie właśnie zauroczyła płynność ruchu ulicznego w Rzymie. Stałam na jakiejś wysepce skrzyżowania i patrzyłam z podziwem, jak to wszystko płynie: motocykle, małe samochodziki, autobusy.
    Zatem tam Państwo poszli, w to miejsce, gdzie narodził się ruch masoński. Zdaje się, że była na ten temat wystawa w naszym Muzeum Narodowym (może coś pokręciłam). W każdym razie zawsze warto pójść i się czegoś dowiedzieć; niestety, nie poszłam.
    Wlazł Pan na dach bazyliki? Ja jakoś dałam radę, z trudem, bo ostanie schodki są kręte, wąziutkie i odezwała się moja klaustrofobia.
    Dobrze. Następny zatem mój albumik będzie watykański. 🙂

  2. bardzo pisze:

    Nie, nie właziłem na dach, bo bylismy z interesami, a nie wycieczkowo. I tak cudem wykroilismy troche tego zwiedzania, ale czas był na kartki.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s