Love Story, rozdział drugi

Luksemburg. Geograficzne centrum cywilizacji. Cztery godziny spóźnienia. Ela czeka od sześciu. Krańcowe wyczerpanie, nerwy. Nie miejsce na zwykle “cześć, Mała”, trzeba uciekać przed wieczorem, a porozmawiamy później. Wypożyczona czerwona Fiesta, mały ale sympatyczny koszmarek na kółkach, wypełniony jest walizami, w których spoczywa cały dobytek w drodze do przyszłości.  Z miejsca wyrastają góry, zielone od słynnych luksemburskich winnic. Jest za piętnaście piąta, a trzeba wstąpić do apteki.  Gdzie w tym nadgranicznym miasteczku można znaleźć aptekę? Po typowo niemieckim ryneczku spaceruje pod rękę para starszych ludzi.  Pan w ciemnym garniturku i tyrolskim kapelusiku, z pędzelkiem, a jakze, oraz starsza pani w lekkiej perkalowej sukience i czarnych półbutach.  Zwracam sie do nich po niemiecku z My mk1 fiesta 957cc pop plus 1981zapytaniem o aptekę.  Ze zdziwieniem patrzą na rejestrację luksemburską naszej limuzyny, ale uprzejmie udzielają informacji.  W ostatniej chwili młoda pani aptekarka zdejmuje na powrót kratę z drzwi, którą właśnie założyła z myślą o zdążeniu na obiad do domu. Wykładam w swej kulawej niemczyźnie, czego nam potrzeba.  Panienka unosi brwi w zdziwieniu, ale po chwili udaje nam się porozumieć i wychodzimy z zakupami. Kilka lat później dowiedzieliśmy się, iż w Luksemburgu wcale się nie mówi po niemiecku, a i dumni mieszkańcy tego kraiku nie darzą swych sąsiadów zbyt wielką estymą, choć wszyscy rozumieją ich mowę. W górach stoi murowany most, jakby wzięty z amerykańskiego filmu o wojnie z Niemcami. Na Renie znajduje się granica, na granicy znudzony żandarm, wsparty o nigdy nie używany szmajser. Widząc przygotowane do kontroli paszporty, nieruchomieje i podejrzliwie bierze je do reki. Bo któż w normalnym świecie przejeżdża przez granice zachodnie z paszportem na wierzchu? (a tak naprawde to bylo troche inaczej, bo najsampierw machnąwszy ręką kazał nam jechać dalej, ale w ostatniej chwili zbystrzał, ujrzawszy owe nieszczęsne paszporty i leciał za nami z giwerą wrzeszcząc halt, halt!)  Nagle zagaduje nas w pięknym jezyku Tuwimów i Sienkiewiczów: „Quo vadis?” Po co? Na jak długo? Proszę stanąć w kolejce (dwuosobowej) i przedłożyć paszporty do weryfikacji wiz. Czyżbyśmy ze zmęczenia dostali halucynacji? Szczypiemy się wzajemnie. To nie sen! Potem przychodzi otrzeźwiająca refleksja – mamy pewnie do czynienia z sudeckim ziomkiem.  Tylko proszę nie zwiedzać, powiada pro forma, ponieważ macie wizę tranzytową. Mój czerwony paszport konsularny od tego momentu nagminnie mylony jest z dyplomatycznym. Teraz trzeba nabrać trochę paliwa i rozpytać o jakiś gasthaus, jako że na hotel nie mamy ani czasu, ani ochoty, a przede wszystkim żal nam funduszy.  Przed sztelą siedzi na metalowym składanym krzesełku starsza Niemka.  Sami sobie tankujemy i płacąc pytamy o nocleg.  Ta nie tylko informuje nas o motelikach w najbliższym miasteczku, ale telefonicznie dokonuje dla nas rezerwacji w dwóch miejscach.  Jak wam sie nie bedzie tutaj podobać, idźcie do tego drugiego.  Gadka szmatka, skąd jesteście, co zamierzacie…  Miła babcia.  Wreszcie powiada:  Wiesz, ty mówisz znacznie lepiej po niemiecku, niż po angielsku.  Dziwie się niezmiernie.  Jak to?  Wszak nie zasługuję na taki komplement!  Ano, powiada, bo jak mówisz po niemiecku, to ja cię rozumiem, a jak po angielsku, to nie… Czysty, aż do przesady, pokój gościnny w małym miasteczku położonym w kotlinie między górami.  Na łóżkach wydymają się aż po sufit białe pierzyny. Po „Kaltplatte”, tradycyjnej niemieckiej kolacji, padamy nieprzytomni w pościel jak barbarzyńcy, nie rozbierając się nawet. Czterdzieści osiem godzin bieganiny, nerwów, wreszcie samej podróży, zbiera żniwo. O mglistym poranku pies budzi nas szczekając po polsku, co natychmiast zauważamy i doceniamy, a na tym kontynencie nikt z tego powodu nie pała swiętym oburzeniem. Można się przeciagnąć z trzaskiem zesztywnialych stawów i wyparzyć w wannie pełnej piany. A potem chrupiące bułeczki z pachnącym masełkiem i mocna kawa mit sahne na śniadanko.   Jajeczka na miękko są w sweterkach z włóczki, coby nie wystygły zbyt szybko.  Dopiero teraz naradzimy się, co będziemy robić dalej. Decyzja zapadła. Jedziemy prosto do Wiecznego Miasta, gdzie urzędy wszystkich krajów świata znajdują się w jednej dzielnicy. „Gott mit uns”. Ciag niemieckich miasteczek, zagłębie przemyslowego Saarlandu i legendarne Karlsruhe wyłaniają się z dymów fabryk. Zaskakuje jednak obfitość zdrowych lasów. Widocznie i Niemiec potrafi! Droga wsrśd zielonych równin Szwabii prowadzi prosto do Augsburga. Nie mamy miejscowej waluty, aby nabrać benzyny w miescie, jedziemy więc na dworzec, aby wymienić podróżne czeki. Na ulicy szerokim zygzakiem mija nas zardzewialy ruski Fiat Żyguli, w którym chyba z siedem osob. Z otwartych okien zieje smród alkoholu i znów piękna mowa Mickiewicza, tym razem w wersji odrażajacej  warczącej przerywnikami najpopularniejszego jej słowa. Uciekamy. Nie mówimy nic przez dobre pół godziny. Nastrój poprawia widok monumentalnych Alp widocznych już z Bawarii. Landszaft wysokopiennych lasów kusi ciszą, ale nie ma czasu na wakacje. Trzeba realizować cel i posuwać się na południe. Wreszcie Tyrol. Niepozorny silniczek zaczyna grać teraz bardziej interesującą symfonię, wysokie scherza na zjazdach, etiudy na stromiznach, czasem i staccato na podjeździe. Pojawiają się fermaty, transpozycje, a nawet pauzy. Przeminęla równinna kołysanka.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Love Story, rozdział drugi

  1. Jolanta Król pisze:

    Jak ładnie. Najpierw winnice, potem te niemieckie miasteczka, czy raczej wsie. Jak byłam w Austrii też miałam problem z określeniem tych miejscowości mniejszych niż miasto, ale jeszcze nie takich, by można było powiedzieć o nich: wieś. Wszyscy mi tam mówili: Grüß Gott.
    Ta biała pościel, bułeczki chrupiące na śniadanie, jajka w sweterkach.
    Potem te kotliny, Alpy. Ładne. Naprawdę ładne. 🙂

  2. bardzo pisze:

    Żałowaliśmy, że nie jedziemy dla przyjemności, a z misja i nie ma casu się zatrzymac. Postanowiliśmy kiedyś przyjechać na wakacje, ale jak dotychczas to na wakacje jeździmy do Jasia a tam gotujemy piwo i wieczorami łazimy po Chicagu…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s