Love story po polsku, rozdział trzeci

Luksemburskie tablice na małym zderzaczku „Fiesty” ułatwiają wjazd do Austrii. Od razu dają się zauważyć twarze jakby mniej szlachetne, pomarszczone, zaniedbane. Biało – czerwone sztandary dekorują drewniane podgórskie miasteczko. Trwa święto tyrolskie. Dzis pije się piwo, tańczy i śpiewa przy dętej orkiestrze, a potem znowu pije się piwo. Dużo dobrego piwa. Krótkie skórzane portki i śmieszne kapelusze z pędzelkami do golenia rażą oko przybysza spoza Oceanu.

   Wreszcie droga zjeżdża serpentynami do Innsbrucka. Olimpijskie miasto nie imponuje estetyką. Ma jednak niezaprzeczalną zaletę. Położone jest wśród wysokich Alp, a dzikie szczyty wydają sie być zaledwie o kilometr.

Granicę włoską stanowi parkan z siatki drucianej, po drugiej stronie swojski bałagan, gazety fruwaja po autostradzie. Zmrok zapada błyskawicznie, jak to w górach. Trzeba rozejrzeć się za motelem. Ale cóż to? Zapytani o drogę przechodnie odzywają się wprawdzie uprzejmie, ale w jakiejś dziwacznej mowie, niepodobnej ani do niemieckiego, ani tym bardziej do włoskiego. Przecież to Alpejczycy, z którymi należy porozumiewać się na migi. Ich miasteczka, takie, jak Bolzano, czy Trento, leżą na pionowych zboczach gór, tak, że gdy się spoglada z jednej ulicy w dół, kilkadziesiąt metrów niżej widać drugą ulicą, dalej nastepną, i jeszcze jedną… (akurat aktualnie nic nie widać, jako że zapadła noc głęboka)

O tej porze nie można dostać się do żadnego hotelu. Przychodzi na myśl wywieszka z restauracji w powojennym Lwowie: „Zamknięte ze względu na przerwę obiadową”. Wot cywilizacja! Wot Jewropa! Włosi mają mentalność nieco podobną do naszych wschodnich braci (bo przyjaciół to się wybiera), aczkolwiek nieskażoną przez stulecia niewoli. Są to ludzie o wielkiej duszy, niezwykle konserwatywni i w większości prości, choc z literatury znamy również jednostki genialne. Można się w nich takze dopatrzeć wiele wspólnego z narodem nadwiślanskim. Chcą nam pomóc, zapraszając do swojego prywatnego domu, ale nie chcemy robić zamieszania. Noc spędzamy na przyautostradowym parkingu, na rozłożonych siedzeniach Fiesty, przywaleni walizami. (To wlaśnie była ta druga scena łóżkowa). Nastepny dzień rozpoczynamy po włosku, odrobiną wściekle mocnej kawy z rogalikiem, przy czym powstaje tu nasz pierwszy dowcip pokoleń. Otóż Ela usilując wtłoczyć mi w umęczony umysł podstawowe włoskie wyrażenia, ostrzega, jakich słów nie wolno publicznie wymawiac. A jest ich niewiele, bo włoski język słynie z bezpośredniości i dosadności określeń. Właściwie istnieje tylko jedno takie słowo tabu, a brzmi ono niewinnie, znaczac po polsku tyle co rogacz. Zamawiając śniadanie, Ela z rozpedu zamiast o dwa rogaliki, (cornetti), z rozpędu prosi o dwa rogacze, myląc się tylko o jedną samogłoskę. Śmiech w jednym końcu sali, konsternacja w drugim. Wreszcie ktoś zauważa na naszym pojeździe luksemburską tablicę i sytuacja sę rozładowuje. Wiadomo, że kto takim czymś przekracza Alpy, nie może być przy zdrowych zmysłach, a poza tym widać nasze fizyczne zmęczenie i co gorsza psychiczne. Wlaściciel przydrożnego zajazdu funduje nam amaro, taki migdałowy ciemny likier o smaku słodko – gorzkim, który nas natychmiast stawia na nogi i nawet zaczynamy mówic jakby do rzeczy.

Włosi są narodem szczególnym. Rozmawia się z nimi gładko i przyjemnie, przy czym różnica językowa nie stanowi problemu, tylko trochę ręce bolą. Po wsłuchaniu się w płynną, miekką mowę, zwroty same pozostaja w pamięci. Kilka dni temu zorganizowaliśmy w Chicago spotkanie naszych znajomych, rodaków, z okazji rodzinnej uroczystości. Okazało się, że prawie połowa z nas lepiej, czy gorzej potrafiła wysławiać się w tym bliskim nam śródziemnomorskim języku. Czemu bliskim? Ano, począwszy od budowniczych z Rzymu, ktorzy nauczyli nas wypalać kamień wapienny za księcia Mieczysława Pierwszego, zwanego potocznie Mieszką, poprzez królową Bonę, która wsiąkła bez reszty razem ze swoja włoszczyzną i obyczajami w nasza mroźną rzeczywistość, Galileusza, legiony i Francesco Nullo (czy ktokolwiek pamięta, kim była ta wybitna postać?), pomijając oczywiście nieporozumienie z powodu Mussoliniego, obydwie kultury, nasza i włoska, zawsze były sobie niezwykle bliskie. Atoli jedynie w polskim jezyku Włocha okresla sie innym wyrazem, niż mieszkanca Italii.

W drogę. Wyjeżdżamy z Alp. Po obydwóch stronach autostrady rozciągają się hale i doliny, a w nich niezliczone hektary winnic, ktorych nazw nie sposób zapamiętać.  Fiesta odzyskała pewność siebie na równinie i idzie jak przeciag, czyniąc prawie 150 kilometrów na godzinę. Nieźle, jak na silniczek wielkości dyplomatki. Pojawiają się teraz topole włoskie, zupełnie takie same, jak na Mazowszu. Słońce świeci jakby przez mgłę lub kurz. Po południu mijamy rzeke Po i wjeżdżamy w następne góry, tym razem o wiele niższe niż Alpy, ale wcale nie mniej malownicze. Panorama jest tu nieco podobna do Tennessee. Pytam, czy to są Apeniny, czy Piedmont, Ela twierdzi, ze Piedmont jest bardziej w kierunku Neapolu, tam, gdzie Monte Cassino. Kolejne przejęzyczenie: chcę zauważyć, jak urozmaicony jest włoski krajobraz i zamiast rzec:  „Włochy są górzyste”, wymyka mi się jednak: „Te górki są włochate”. W warunkach zmęczenia i napięcia psychicznego dostać można twórczej weny.  Ela patrzy na mnie jak na nienormalnego, a co najmniej jak na zielonego kota, i w tej chwili nie myli się wiele.

Strada di Sole. Pokonujemy szczyty, przełęcze, mosty i tunele. Szybkość nie spada poniżej 140.  Albo to wynik niemieckiej inżynierii, której to tworem jest „Fiesta”, albo też włoskiej, która zaprojektowała drogę tak, że po górach można jechać tym maleństwem z prędkością niewiele mniejszą od maksymalnej. Dojeżdżamy do Florencji i zatrzymujemy się na obiad w samoobslugowej kafeterii.

Ktokolwiek nie jest zawodowym żywnościowcem, żywieniowcem, technologiem żywnosci, kucharzem, albo przynajmniej fizjologiem, ten nigdy nie pojmie potęgi tej całej feerii żarcia, która Włosi mają na codzień. Ułożone apetycznie na stole potrawy, sałaty w kilkunastu rodzajach, surowe i gotowane, niektóre w ogóle nieznane mieszkańcom dalekiej Północy, ryby, żaby, inne najrozmaitsze straszliwe botafumeirostwory głębinowe, patrzące z talerza czarnymi oczkami, chrupiące bułeczki, oraz pasta, wiele, wiele kluchów: spaghetti, spaghettini, maccaroni, fettuccini, spirilli, radiattori, jakie można sobie podać na miliony rozmaitych sposobów. Wszystko to przyprawia przybysza z zewnątrz o zawrót głowy i czyni wrażenie, że pospolita kuchnia francuska jest po prostu „przaśna”.

Chcę się rzucić na stół i zgarniać wszystko rękami jak dzikus jakiś amerykański, ale Ela mnie mityguje, obiecując jeszcze intensywniejsze wrażenia kulinarne, a dla mnie i zawodowe, w samym Rzymie. Zadowalamy sie więc skromnym talerzem spaghetti marinara, ale nie odmawiamy sobie bułeczki, która okazuje się pusta w srodku, wypieczona jest bowiem tak, ze na zewnątrz powstała pachnąca, chrupiąca skórka, a w środku nie ma nic, tylko powietrze. Ecco! Dieta dla kalorycznych Anglosasów zza morza!    Nastawiamy rzymską stację radiową i od razu robi się nastrój zupełnie jak w słonecznej Italii. Kilometry spadają szybciej i wreszcie wlatujemy w dolinę, a to właśnie jest Rzym. Pępek świata. Z początku wydaje mi się, że jestem w starej Warszawie, ale nie widac żuli, ani milicjantów, więc to chyba jednak naprawde Rzym. Budowle tysiąc – i więcej letnie stoją na przemian z monumentalnymi tworami dwudziestego wieku, które kazał stawiać równie monumentalny duce.  W pobliżu Santa Maria Maggiore, gdzie przechowywany jest Żłobek sprzed dwóch millenii, znajduje się pensjonat.  Ela wypija chyba litr napoju i znów zasypia jak zabita. (Coś mi nie idą te sceny łóżkowe, wiec umówmy się, że jako ewidentne beztalencie w owej dziedzinie literatury, nie będę już nawiązywać do tego tematu). Najciekawsze wszak jeszcze i tak przed nami. W poniedziałek pójdziemy do amerykańskiej ambasady i będziemy przekonywać konsula, aby nas oboje wpuscił to tego niby raju. W naszych dyskusjach i rozważaniach używamy juz terminu „ta zasrana Ameryka”. Obsesja jakaś, czy co…

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Love story po polsku, rozdział trzeci

  1. Jolanta Król pisze:

    Też lubię Włochów. Prawie jak Węgrów. Nie wiem, jak tam egzystuje komunikacja miejska, bo nikt nie sprawdza biletów. Jechałyśmy z lotniska do Ostii, to córunia po prostu jakiegoś zwariowanego Włocha wręcz prosiła, błagała, żeby dał jej możliwość kupienia biletu. Chyba trzy razy machał ręką: a daj dziewczyno spokój. Po tych wszystkich doświadczeniach z kanarami w Warszawie, to był jednak dla nas szok kulturowy. A jak właściciel sklepu niedaleko Bazyliki św. Piotra miną mi zaświadczył, gestem, że kupuję dobrą torebkę, że dobrego wyboru dokonałam, to ja mu od razu uwierzyłam. Torebka kilka lata świetnie się sprawowała.
    Co my od tych Włochów bierzemy? Pan ma rację, ich słoneczność, ich warzywka, ich niefrasobliwość (acz pozorną), i ten republikański ustrój ich miast zawsze nas tak fascynował.
    Panie Piotrze, ta samoobsługowa kafeteria. Och!
    A jak już wjeżdżają Państwo do Rzymu, to mnie naprawdę skręca. Z tęsknoty.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s