Love Story po polsku, rozdział pierwszy

Pozwolę sobie wstawić tu swoją prawdziwą historie, a właściwie naszą wspólną z moją dozgonną Małżonką szanowną, a jakże, a spisywaną lat temu… zaraz… trzydzieści i trzy, na bieżąco w formie luźnych notatek, a następnie po edycji, wydaną w Polish Suburban News, której to gazety ten tekst jest własnością.  Będzie tego kilka odcinków, ale obiecuję solennie, że czynić będziemy częste przerywniki na drugie śniadanie, czy też przekąskę, oczywiście przygotowane rękami rzymskiego kucharza.  Zdaję sobie sprawę, żę w ten sposób poddaję się w pewnym stopniu dewirtualizacji, ale co tam, liczę sobie lat już ….siąt (albo…ści) kilka i mało co zdąży już zaszkodzić…

Tak sobie zacznijmy ten Nowy Rok.

Chantal Skibinski była kiedyś modelką w firmie Gucci. Po latach pracy zdobyła dość znaczacą pozycję organizatora pokazów na planszy. Szesnaście lat temu zajmowała ostatnie piętro kamienicy w prominentnej dzielnicy Rzymu, z widokiem na willę Borghese. Samotna, wychowanie dwojki stosunkowo dużych dzieci powierzała polskim bonom, udającym się turystycznie rzecz jasna do słonecznej Italii, a tak naprawdę w celu podjęcia pracy.

Pani Chantal przejawiała wielką sympatię do przedstawicieli nadwiślańskiego kraju. Stanowiło to ewenement wobec powszechnych tendencji antypolskich w tzw. cywilizowanym świecie. Nie ukrywała również swoich polskich korzeni, na co wyraźnie wskazywało brzmienie jej nazwiska. Nic więc dziwnego, że urządzony w kolorze ciemnozielonym apartament bez ustanku rozbrzmiewał slowiańskim, dziwacznie brzmiącym, egzotycznym jezykiem z dalekiej Polski, gdzie ludzie aż do połowy marca noszą futra i kożuchy. Trzeba przyznać, ze wysokie, zgrabne, jasnowłose przybyszki zza żelaznej kurtyny umiały utrzymać siedzibę Chantal w bezwzględnym porządku, co jest rzeczą niecodzienną u sympatycznie balaganiarskich z natury makaroniarzy.

Od pewnego czasu pokoik au-pair zajmowała Elizabetta, prawdziwa Warszawianka z Czerniakowa, która wykazywała nadzwyczajną przewagę nad swoimi poprzedniczkami (a pewnie i nastepczyniami). Otóż płynnie posługiwała się środziemnomorską mowa i to w rzymskim dialekcie. Potrafiła przegadać nawet handlarkę włoszczyzny na Piazza Vittorio i wynegocjować cenę na produkty żywnościowe, nieosiagalną dla innych. Czerniakowskie pochodzenie przyczyniało się z pewnością do tego typu sukcesów lingwistyczno – ekonomicznych.

Dzieciaki, aczkolwiek mocno wyrośnięte (a może właśnie dlatego), szalały za swoją boną i nazywały ją z polska „Ciocią Aparatką”. Elizabetta zastępowała im nie tylko stale nieobecną matkę, ale i siostrę, babcię, a czasem i policjanta. Po powrocie ze szkoły czekał na stole talerz pełen gorącego makaronu z pomidorami, było się do kogo odezwać, a nawet zwierzyć ze swoich nastoletnich problemów, czy tajemnic.

W kraju Elizabetta specjalizowała się w zakresie mody, a to z racji wykształcenia w tym kierunku. Cała rodzina w Polsce chodziła poubierana, jakby prosto z salonu Gucci. A należy pamiętać, że były to czasy budzących sie antysocjalistycznych nastrojów, ponura epoka zaciskania pasa, więc bardzo na czasie była wysyłka paczek odzieżowo – żywnosciowych do „kraju naszych dziadów”, jak to mimowolnie trafnie na polonijnym radiu określiła właścicielka jednego z biur turystyczno-wysyłkowych w mieście Milwaukee.

Historia Elizabetty była dość prosta i w zasadzie typowa dla sytuacji młodej osoby urodzonej w niewłaściwym regionie tego padołu. Błękitny paszport bynajmniej nie otwierał drzwi w żadnych urzędach, jedynie poczciwi Włosi jeszcze wtedy wykazywali nieco sympatii dla narodu niemal tak zwariowanego, jak oni sami. Elizabetta, czyli w ojczyźnie Ela, była moją dobrą koleżanką. Była to sytuacja normalna, obyczajowo dopuszczalna tylko u Słowian Centralnych. W każdym innym regionie świata opinia społeczna kiwałaby tylko głową z tolerancyjną aprobatą i z szelmowskim przymrużeniem oka. W naszym przypadku było to dwanaście lat dość regularnych spotkań i dyskusji, czasem zwierzeń i narad prowadzonych zazwyczaj przy mocno kofeinizowanych kawiarnianych artykułach.

Ela już w Polsce oswoiła się z myślą, że „dewizowy królewicz” na białym koniu mechanicznym bywa rarytasem rzadszym, niż wygrana w którejś z gier liczbowych bezefektywnie obciążających wyobraźnię populacji krajów totalitarnych i uboższej intelektualnie części mieszkańców Nowego Świata. Z upływem młodych wciąż jeszcze lat, rosło więc postanowienie znalezienia się w strefie choćby najbardziej technokratycznej, ale w miarę „normalnej „. Młodość ponad poziomy wylatywala – jak w „Odzie do młodosci” – naszego wieszcza. I dalej parafrazując… ” Nad wody trupie wzlatywał jakiś płaz w skorupie” . Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem, sam. To ja, Wasz aktualny kuchmistrz, który dostawszy sie do „amerykańskiego raju”, rozpoczął w wieku lat dwudziestu ośmiu fascynującą karierę starego kawalera.

Posiadając niewątpliwy i z pewnościa jedyny walor w postaci zielonej karty, dokumentu stałego pobytu w USA, ów skorupiasty stwór stanowił z pewnością obiekt westchnień dziewcząt od lat dwunastu do sześćdziesięciu siedmiu i zapewne pół.

Ale nie w głowie były amory, mniej czy bardziej tchnące materializmem. Płaz (w skorupie) zachłystywał się wolnością osobistą, chłonąc życie wszystkimi receptorami, jakimi obdarzyła go niefrasobliwa Natura. Na porządku dziennym były więc weekendowe wyprawy do Kanady, lub nad Niagarę, zaś w czasie dłuższych przerw świątecznych – do puszczy na parę dni i nocy, a wędki i strzelby nie stygły. Piastując z namaszczeniem pozycję inżyniera w renomowanej firmie produkujacej urzadzenia do wytwarzania żywności, z błogim wyrazem twarzy łudził się, że ten stan bedzie trwać wiecznie. (uwaga pani Redaktor wycięta – przyp. mój)

Aliści, hulaszcze życie kawalerskie zaowocowało pobytem w szpitalu, w którym doktor B. postanowił coś tam powycinać i oddać kotu. W związku z tym trzeba było iść na urlop zdrowotny, za który ubezpieczenie (wowczas jeszcze przyzwoite) płaciło nawet nienajgorzej. No i cóż było robić z tak nieoczekiwanym wyzwaniem losu?

Z Elą byłem w stałym kontakcie korespondencyjnym, jako że w onym czasie każdą rozmowę telefoniczną z Krajem należało zamawiać zawczasu i solidnie przepłacać. Właśnie odzyskała paszport odebrany jej przez tzw. władze tzw. polskie i usiłowała przezornie ulotnić się po angielsku, zanim sie zacznie to, o czym wszyscy wiedzieli, a nikt nie rozmawiał. W tamtej epoce siedziba ambasady USA w Warszawie była szczelnie zapchana zgrzanymi ciałami desperatów usiłujących opuścić zagrożony okręt buntowników, któremu znienawidzony admirał floty odebrał czerwone żagle i pozostawił na łaskę fal, a szczególnie prądów. Sanktuarium, wybudowane ponoć przez Polskę w ramach jakichś rozliczeń, było miejscem wielkich tragedii małych indywidualności. Amerykański kolos przepełniony jest wszak siedmioma milionami latynoskich imigrantów przesmykujących się pomiędzy palcami ręki „prawa”.  Oferowane przez rząd dwieście tysięcy miejsc rocznie dla przybyszów, to liczba zdecydowanie zbyt mała, aby dać schronienie milionom, choćby najbardziej potrzebujących.

Toteż jankeska machina pracuje na wyrywki. “ Nihil novi sub Iovi.” Rodacy przez tysiąclecia przywykli do loterii i innych gier, czy zabaw, zarówno liczbowych, jak i politycznych, w których przekonani, że grają, stanowili zazwyczaj jedną ze stawek.

Gotowy więc do eksplozji materiał wybuchowy usiłował znaleźć ujście w amerukańskim konsulacie. Tysiące problemów i argumentów nie do odparcia, spraw, z których każda jest najważniejsza, kombinacji, obejść, podejść, błagań i pogróżek, a najwięcej poniżeń. Wszystko to tworzyło atmosferę wysoce nieodpowiednią w poważnej jakoby placówce dyplomatycznej. Z tej Apokalipsy wyszedł kłębek frustracji ze zmiętym paszportem w drżących rękach. Na którejś ze stronic pysznił się wykonany tłustym tuszem napis, anonsujacy, że dokument ważny jest aż cztery lata.  Za mało. Oto liberalizm z pustym żołądkiem, pośmiewiskiem sytych jego kosztem!

Sarmackie nieszczęście bezwiednie skierowało się w stronę aluminiowej budowli ambasady republiki Francji po pocieszenie, (pierwszy raz chyba od Saratosy i Dominikany, nie rozdrapujac już swiezych zabliźnień po trzydziestym dziewiątym). W potrzebie wybaczamy sobie wzajemnie wiele zniewag, n’est-ce pas?

U cioci Frani ciepło, nawet pod paraszką, choć nieco podjeżdża nieswieżem. Ta wykrzywiła twarz w grymasie pogardy. Jak śmiesz, Polaczku, patrzeć prosto w oczy europejskiej kulturze!

Wykorzystując więc historyczne antagonizmy wynikłe z odwiecznych sporów pomiedzy zachodnimi mocarstwami, zwracamy się do naszego zachodniego sąsiada, a od niedawna przyjaciela i zadeklarowanego sojusznika.  Do Boscha. Tym razem po drugiej stronie Oceanu.  Będziemy lecieć osobiście na Stary Kontynent. Konsulat bundesrepubliki Rajchu w Chicago. Surowe sprzęty, sine ściany Pawiaka, jakiś wytarty beneluks na podłodze i czarna gapa na ścianie, przywodzą niemile skojarzenia. Poratuj, druhu (jakże się coś takiego mogło przecisnąć przez warszawskie gardło?). Przerażone petentum wypełnia aplikację w pieknym jezyku Schillera. Urzędnik stara się być urzędowy, ale nie potrafi ukryć sympatii dla „untermenscha”, starajacego się być choćby widocznym w świecie. No tak, Hermenegilda znow zmieniła kurs.  Polak, Niemiec dwa bratanki, z całą pewnością do kufla… Wstydź się, świecie nasz!

No tak, jest już parafka w paszporcie, czerwonym, konsularnym, a jakże, przepustka w świat szeroki, a normalny. Normalny?  Teoretycznie, powinien to być już kres perypetii urodzonego w trefnej części swiata i koniec niniejszych wspomnień.

Czyzby?

Najazd bolszewików na dom uciech cielesnych popularnie a prawidłowo z leksykologicznego punktu widzenia zwany burdelem,  jest cichym apelem poległych w porównaniu z sytuacją wynikłą ze strajku kontrolerów ruchu powietrznego. Transatlantyckie loty sa opóźnione o dobrych parę godzin. A ja mam się spotkać z Elą w Luksemburgu nastepnego dnia o trzeciej po południu, na dworcu kolejowym przy informacji. Będziemy bombardować wszystkie urzedy dyplomatyczne w całej Europie, w celu uzyskania poparcia na legalnę emigrację na kontynent, pragnący uchodzić za krainę szczęścia.

Krakacze niosą hiobowe wieści z Kraju, że godzina policyjna lada moment, że w Kampinosie gotowe są obozy internowania i, że wszyscy pamietają, co to oznacza, że na wiadomej granicy obserwuje się nerwowe przemieszczenia wojsk.

Europa trzęsie pełnymi portkami, a za Oceanem beztroski kowboj podpisuje decyzję o wprowadzeniu do produkcji broni neutronowej. W tym rozdaniu polski naród może rzeczywiście coś tam licytuje, choć na poparcie szlema posiada tylko parę wyświechtanych blotek. Ryzykuje się najwyżej kolejnego kopa w kościsty odwłok. Oskubani do szczętu przez układziki euro-azjatyckie, lewo-prawe, pozbawieni złudzeń, że moglibyśmy choć zajmować stanowisko, nieśmiało kokietując możnych niekompletnym odzieniem i wypłowiałymi reklamami Lotu, czy Mazowsza, skierowawszy spojrzenia na wschód, z cicha powarkujemy.

Tu, na lotnisku, podczas oczekiwania na zmiłowanie pracowników linii lotniczych, narodził sie pomysł spisywania tej historii na bieżąco. Tak jest, szanowne Czytelniczki, proszę mi uwierzyć, że ten reportaż to niemal dosłowna kopia notatek sporządzanych na gorąco, relacja akcji literalnie in statu nascendi.

Europejski aeroplan pachnie prawidłowo parzoną kawą. Jest jeszcze jeden zapach, dziwnie znajomy, choć jakby zapomniany. Odrobina bursztynowego plynu leje się do pękatych lampek. Wyczuwa się akcent przeszłości, rozgrzanego słońcem dębu na polanie, miodowego ziela, przedwigilijnej krzątaniny, gorącej herbaty i zakurzonego wieku. Koniak. Stary towarzysz samotnych wieczorów, dyskretny, wrażliwy i inteligentny, dla ktorego nie starczyło miejsca w krainie wiecznego stresu i bezmyślnej gonitwy bez celu.

Noc ma się ku końcowi. Nad ranem czas się dłuży nieskończenie. Zaduch nie daje spać. Zwykły na tej wysokości artyzm Natury wydobywa zza horyzontu barwy i kształty najfantastyczniejsze.

Wreszcie małe, srebrne cygarko wjeżdża nosem w słońce, jakby je chciało skopulować ukradkiem, póki jeszcze nieprzytomne, rozespane…

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Love Story po polsku, rozdział pierwszy

  1. Jolanta Król pisze:

    To się doczekałam, ja i inne (ale inni pewnie też), które będą tu grzać swoje serduszka przy tej amerykańsko-włoskiej love story.
    Ile spraw się zbiegło, żeby Pan i Ela mogli się spotkać w Luksemburgu (choć nie wyprzedzajmy faktów). Dwanaście lat przyjaźni tutaj w kraju, lata przegadane w kawiarniach (ale jakich Panie Piotrze, jakich, proszę o adresy, ja też przecież kawiarniany stwór, kawsko lubię, wuzetki z lat 80., jakieś lepsze niż dzisiaj), Pana podróż do USA, jej – do Włoch, Pana kawalerskie lata, szalone, ta operacja, jej praca bony w w domu byłej modelki, Polki, Chantal Skibinski. To jak powieść, a nie życie. Zna Pan reportaże Andrzeja Mularczyka? Napisał piękny zbiór reportaży: „Czyim ja żyłem życiem” (Iskry, 1983), takie moje skojarzenie, choć Mularczyk bardziej może znany jako scenarzysta, autor słuchowisk radiowych, dla mnie jednak, wtedy jeszcze nieopierzonej studentki dziennikarstwa – wybitny reportażysta, przede wszystkim.
    Ale następna rzecz, to spisywanie notatek na gorąco, też taki dziennikarski warsztat pracy. I trzeba było wielu lat, internetu, przypadku właściwie, żebym dziś czytała Pana historię. Niebywałe.
    Czyli lot zbliża się ku końcowi. Powrót na Stary Kontynent. Serce uspokojone miodowym trunkiem, nozdrza zapachem kawy.
    Czekamy na to spotkanie na lotnisku. Czekamy. 🙂

  2. bardzo pisze:

    Uspokojone, pani Jolu? Przeciez dopiero się zaczyna. Poza tym, aby serce było uspokojone, należy je mieć. A kto ma serce, ten ma zazwyczaj miękka du@ę i w życiu nie osiągnie nic. Wszak co chwila stajemy sam na sam wobec instytucyj przenajrozmaitszych, które nie mają ani serca, ani duszy, ani sumienia, ani wstydu. I popełniamy polski błąd, rozmawiając z nimi z pozycji człowieka. W ten sposób zawsze przegramy, zaplątowywowując sie w emocje, a instytucja ino sie smieje I robi z name swoje. Do instytucji trzeba mówić jej własnym językiem, a najlepiej, stworzyc swoja własna instytucje, inkorporując się. Kilka lat temu pewien kontraktor drogowy zaopatrzony w cały plik dokumentacji przydybał w przedsionku pałacu prezydenckiego jakiegoś bubka na ministerialnym taborecie, który był odpowiedzialny za wypłaty należności za robotę. Państwo było winne prę milionów peenzetów. I tak firma poszła brzuchem do gory, pracownicy wypłat nie otrzymali, a właściciel kontraktów zyskał miano złodzieja. Otóż kontraktor (widać to na nagranym filmie) w gwałtownych a emocjonalnych słowach przedstawił panu minisrowi sprawę i powołał sie na etykę. A adresat tej mowy stojąc od niego o półtora metra patrzył na petenta jak esesman na polaczka, to znaczy tak, jakby go w ogóle nie było, tylko powietrze. Etyka, śmiechu warte.

    Reasumując – jakiekolwiek przedsięwzięcie w dzisiejszym świecie (it’s a jungle out there), wymaga braku serca.

    Takoż serce nie było uspokojone, ani też nie zaniepokojone, bo je pozostawiliśmy w depozycie na Nowej Ziemi. A podejście było, kie sera, sera. Będziemy w te szachy grac ze słuchu…

  3. Jolanta Król pisze:

    Ja myślałam, że jak podróż do przyjaciółki od 12 lat, to własnie jakieś głębokie przewartościowania, że serce jak najbardziej zostało z sobą wzięte, więc w tym samolocie niecierpliwość, gorączka, wręcz galopada serca. Panie Piotrze … te 12 lat robi na mnie wrażenie. To wy z Elką chyba wszystkie kwestie przedyskutowaliście, akademickie i życiowe. Ja to powiem Panu, ja wyszłam za mąż po 5 miesiącach. No ale znałam chłopaka dłużej, po prawdzie; byliśmy w tej samej studenckiej grupie.
    Nie wiem, co z tą władzą, że ludzie ją zdobywają i stają się takimi bydlakami. A taki to na pewno dalej pije herbatę, siorbiąc.
    Ja w ogóle nie lubię wszelakich URZĘDÓW. W urzędzie czuję się maleńka jak pyłek.

  4. bardzo pisze:

    Kto lubiłby urzędy. Ela mówiła po włosku i troche francuszczyzny w szkole jej wpadlo. Mnie pozostaly strzępy niemczyzny z praktyki dyplomowej, i angloamerykański, bo o ruskim nie ma co wzmiankować, jako niepraktyczny na owe okoliczności.

    Ano, przedyskutowaliśmy wszelakie kwestie, ale złośliwe życie wciąż dostarcza nowych tematów…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s