Dom Chleba, Beth Lechem, cz. 5

Karawana szła w następującym porządku: na przedzie kroczyła konno sotnia owych straszliwych wojowników, dalej wielbłądy niosące juki, a niektóre ciągnęły dwu i czterokołowe wozy, za nimi wlókł sie ów wielki wóz, na którym dwaj przyjaciele grali sobie w czatrang i popijali jakiś brunatny parujący wywar o miłym aromacie, na końcu szła ariergarda ze słoniem odzianym paradnie i ze złotą obręczą na lewym kle. Melchior na arabskim rumaku szalał tam i z powrotem wzdłuż kolumny.

Cała podróż nie trwała dłużej jak kilka godzin. Po przebyciu może dwunastu mil, zarządzono postój na rozległej łące, która jak widac służyła za pastwiska trzody i bydła. Otrzymałem zadanie odszukania właściciela lub zarządcy owych ziem w celu uzgodnienia opłaty za postój i paszę.

Ponieważ nie znałem dobrze mowy aramejskiej, jaką się tu głównie posługiwano, towarzyszyć mi miała moja Salome. Nie widziałem jej od dni kilku, albowiem służyła mędrcom pomocą w rozmowach z miejscowymi.

Gdy ujrzałem tę małą, musiałem dobrze się starać, by sie nie roześmiać. Obecny Baltazar równiez rozbawienie swoje ukrywał w szerokim rękawie swego podróżnego okrycia. Niewiasty dworu BerberGirlHerodowego najwidoczniej zawiodły ją do jakiegoś berberyjskiego sprzedawcy i odziały jak jakąś dzikuskę, w jasnoczerwoną narzutę na białe pelplum, takąż czapę z grubego aksamitu, a wyszywaną jakimiś błyskotkami, kilka łańcuchów, naszyjników z litego srebra i chyba ze dwadzieścia bransolet, a wszystko to dyndało i dzwoniło przy każdym ruchu. Salome, nienawykła do takich nieskromności, źle się czuła w tym przyodziewku i z ulgą, a za zachętą pana swego zrzuciła ową krasną kapę, a metale zadeponowała w szkatule na lepsze czasy. Nakrycie głowy chciała wyrzucić przez okno wozu, ale ponieważ owe naszywki mogły także przedstawiać jakąś wartość, postanowiliśmy, że w mieście oddamy je złotnikowi do wyceny.

Zarzuciwszy zatem na ramiona lnianą chustę, oznajmiła, iż gotowa jest iść ze mną na rozmowy z pasterzami. Zabrałem zatem swój kostur, nie tyle do wsparcia wciąż nieco słabującego na nim ciała, ile do obrony przed nieprzewidzianymi wypadkami, a osobliwie złymi ludźmi, i udaliśmy sie w głąb kotliny, kierując się zapachem dymu i wędzonego mięsiwa.

Pasterze okazali się Grekami, a więc oczywiście nie miałem żadnych trudności w porozumieniu sie z nimi. Starszy spośród nich, zwany przez swoich Hefajstosem, (za chwilę okaże się, z jakiej przyczyny), siedział w zamyśleniu przed okazałym szałasem, domem niemal, zbudowanym na zręb z solidnych bierwion drzew oliwkowych.

„Pokój z tobą człowieku zacny!” pozdrowiłem go uprzejmie. Narzucił na ramiona chlajnę i powstać raczył, a odtąd musiałem dobrze zadzierać głowę, by móc spojrzec mu w lico. Był bowiem tak ogromnej postury, że przyjaciel mój, Magros sięgać mógł mu do połowy ramienia. Zaiste, żydowska bajka o Goliacie musiała nosić mimo wszystko jakieś cechy prawdopodobieństwa. Na powitanie zgniótł mi dłoń tak, że potem przez dwa z górą tygodnie do pożywania musiałem używać ręki lewej, ukrywając to przed miejscowymi, gdyż to w tutejszej kulturze nie uchodzi.

Zaproszony udał sie wraz z nami do obozowiska, gdzie już w równych szeregach stały bogato zdobione namioty wschodniego kroju. Tu nasza z Salome rola końca dobiegła, albowiem pertraktacje przebiegały wprost między Hefajstosem a panem naszym Baltazarem. Dokonał on zakupu kilkunastu baranów, serów, mleka, a nawet kilku koszy przaśnego chleba pieczonego na węglach. Rybak miał na targ nadjechać nazajutrz, więc i Hindus głodu cierpieć nie musiał, jako iż w mięsie niezbyt gustował.

Wreszcie wyszedł na jaw przedziwny cel wyprawy. Wszyscy trzej mędrcy udali sie do niedużego, acz zacnego domostwa, powstałego z dobudowania drewnianego budynku do istniejącej groty. Szedłem wraz z nimi, niosąc szczerozłotą urnę wypełniona jakimś specyfikiem.  Otworzył nam żyd jeden o szlachetnym obliczu i zdziwił sie niepomiernie, widząc gości tak znamienitych. Odezwał się po aramejsku i tu przydały się zdolności Salome po raz pierwszy w Domu Chleba, tym nie bardzo podłym mieście.

Jusuf, albowiem takie miano nosił gospodarz, wprowadził nas do głównej izby, gdzie na siedzisku spoczywała młoda dziewczyna, niewiele starsza od mej wnuczki przybranej. Na jej kolanach siedziało może roczne dziecko. I oto stała się rzecz najprzedziwniejsza. Dostojni przybysze jak jeden padli na kolana przed matką z niemowlęciem, a sam Baltazar wschodnim obyczajem uderzył głową w drewnianą podłogę. Po czym słudzy wnieśli niezwykle bogate dary dla Miriam i syna jej imieniem Juszua. Złożyłem więc owo złote naczynie u stóp niewiasty, potem okazało się, że zawierało niebotycznie cenną żywicę abisyńskiej akacji, zwaną mirrą, takoż były wyroby z hinduskiego złota, kute i odlewane misternie w Heptanezji, a także w cedrowych szkatułach kadzidła, przyprawy korzenne i wonności, takoż wschodnie.

Dziwiłem się niepomiernie owej wielkiej admiracji dla człowieka może niekoniecznie prostego, ale skromnego autoramentu, albo raczej, choć to jeszcze bardziej niezrozumiałe, dla maleńkiego dziecka. Później mi dopiero pan mój wyjaśnił, w czym rzecz. Stosownie do Pism, przyszedł tu na świat człowiek najniezwyklejszy ze wszystkich, jacy kiedykolwiek się urodzili i urodzą. Przynieść miał na Ziemię nowe życie, nową myśl i wiadomość od Najwyższej Istoty, której dziełem jest Wszechświat, w tym Ziemia. Z aleksandryjskich ksiąg wiedziałem, co to monoteizm i czasem dumałem sobie, że być może zarówno Ahura Mazda, jak i dacki Zalmoksis, jak również żydowski Bóg, którego Imienia wymawiać nie wolno, czy inne jedynobóstwa, to czasem nie jeden i ten sam wielki Bóg nad wsze bogi.

Jusuf wielką przyjaźń żywił do pasterskiej społeczności, co stanowiło dla mnie następną zagadkę, albowiem powszechnie Żydzi akumami gardzą jako ludźmi nieczystymi. Być może przemawiały tu względy praktyczne, albowiem wymieniał się z nimi mnóstwem dóbr i usług. Jednego razu naprawił im mieszkalną budę, kiedy indziej wystrugał trzonki do narzędzi, czy oręża, którym stad broniono przed wrednymi a krwiożerczymi szakalami, co pożerają ofiarę żywcem, hieną, albo nawet lwem, a przede wszystkim przed człowiekiem złym, sporządził siedzisko dla bacy, poradził, jak postawić parkan, by go woły nie przewróciły, a w zamian otrzymywał od nich sery, jagnięcinę, placki, czy owoce. Ciekawiło mnie, jak upewniał się, czy czystość owych produktów zgodna była z wymogami żydowskiej religii, ale nie aż na tyle, by podejść i zapytać. Sługą wszak byłem jeno, choć wolnym.

Kasper na zmiane z Melchiorem prowadzili wieczorami uczone dysputy przy stakanie wina z gospodarzem, który okazał się być kształconym w jakiejś renomowanej rabinackiej szkole (tam też, jak tuszę, odebrać musiał arkana fachu swego, którym była wszalaka robota w drzewie). Za to Baltazar całymi dniami zajmował się Dzieckiem, a to dla igraszki strącając z łuku orzechy z drzewa, a to nosił na rękach po całej okolicy, pokazując piękno matki Natury, ryby, żaby, gniazda ptasie, a raz nawet złowił węża, by Juszua mógł ciekawie zajrzeć w głąb szeroko rozwartej gadziej paszczy, ale po cichu przed Miriam, która węży nie znosiła. Wieczorami trzymał Je na kolanach, opowiadając jakieś hinduskie historie stworzone i niestworzone I śpiewał pieśni wschodniej nuty jękliwej nieco, jak na moje greckie ucho, a Ono śmiało się serdecznie i ciągnęło go za brodę. Obydwaj bawili się przy tym doskonale, a młoda Matka miała z tej przyczyny wiele chwil wytchnienia.

Pewnego wieczora Mały zmordował się rzetelnie wycieczką z wujkiem Baltazarem na cytrusy do sadownika i zasnął snem twardym wcześniej niż zwykle. Hindus przykrył Je derką i opowiedziawszy się Miriam, udał się na wieczorną przechadzkę, zabierając mnie ze sobą.  Mieliśmy pomierzyć odległość do jakiegoś niezwykle jasnego ciała niebieskiego, które od niedawna tkwiło na firmamencie.

„ Jak chcecie, panie tego dokonać?” – zapytałem, ponieważ ciekawość pomiarów wielkich odległości pozostała mi ze studiów jeszcze w czytelniach Aleksandrii. Zaśmiał się, jak to on i zaczął kreślić coś w kurzu stepu. „Twój krajan opracował ten prosty sposób. Pójdziemy w lewo tysiąc kroków i narysujemy linię na piasku takoż o długości tysiąca kroków, a potem potrzymasz mi koniec tego szpagatu…” dalej klarować mi nie musiał.  Zawstydziłem się niepamięci o słynnym Talesie z Miletu. Oczywiście, znałem jego dywagacje, ale nie przyszło mi nigdy do głowy, by je spróbować użyć w praktyce. „Jest jeszcze jeden sposób, prostszy, choć nieco bardziej pracochłonny, a opiera sie na zasadzie Pitagorasa” – dobił mnie Mistrz. Prawda, wszak wysokość gwiazd każdy nawet nierozgarnięty majtek na morzu wyznacza trzymając jeden koniec sznurka w zębach, a drugi w wyciągniętej ręce. Tales tylko zastosował odpowiednie proporcje między tą starą żeglarska sztuczką, a astronomicznymi pomiarami.

Takoż dreptałem za Baltazarem, szukając odpowiednio rozległej otwartej przestrzeni, do obserwacji nieba zdatnej, gdy w pewnej chwili on powstrzymał mnie ręką i gestem nakazał być cicho. Bezszelestnie przesunęliśmy sie wśród kolczastych krzaków i zatrzymali na skraju niewielkiej jakby polany.

Nagle coś ciężkiego przeleciało mi koło ucha i obejrzywszy się, ujrzałem siekierkę o krótkiej rękojeści, tkwiącą w pniu drzewa dzikiej oliwki. Baltazar w mgnieniu oka sięgnął do tyłu za pas i w dłoni jego gurkha%20dagger1-800x600zabłysł przedziwny oręż, ni to nóż, ni to sierp, ni to siekierka. Na tle wieczornego nieba pokazała się sylwetka jakiegoś stwora, niewiele mniejszego, niż znany już nam Hefajstos. Potężne łapska sięgnęły po mego pana, za nic sobie mając straszliwą broń w rękach jego.

W tym samym momencie niski, a miękki kobiecy głos odezwał się w cieniu, i olbrzym zatrzymał się wpół kroku. Baltazar schował narzędzie swoje nazad do pochwy i zwrócił się do niestarej niewiasty, która wyłoniła się z mroku.

„To ty, Eleuthero?” – zapytał wielce zadziwiony.

„Tak, panie. Wybacz Artkosowi” – odparła kobieta greką płynną, acz z dziwnym zaśpiewem –  „Jego powinnością jest strzec nas i chronić”.

„To wy mi wybaczcie. Nie powinniśmy tak się skradać w tym miejscu i o tej porze dnia” – rzekł Hindus. Widać było, iż niewiasta jest nie byle kim, skoro tak znamienity uczony i tak wielki pan gawędzi sobie z nią jak równy z równym. „To jest Adrianos, skolar biegły w geografii od ksiąg alerksandryjskich, którego udało mi sie wykupic z niewoli”.

Musiałem się teraz skłonić, niczym sztubak młodszy ode mnie o cztery dekady. W świetle ogniska spojrzały na mnie wielkie i najbardziej błękitne oczy, jakie kiedykolwiek widziałem. Ich lazurytu nie przytłumiło nawet podłe oświetlenie.  A kto wie, może i owe oczy świeciły swoim własnym blaskiem. Ale nie zrobiło mi się nieswojo, przeciwnie, wzrok ów emanował jakąś niewytłumaczalną siłą i poczułem, jak począwszy od żołądka robi mi się ciepło. Nie, nie było to o czym myślicie, świntuchy jedne. Gdzież mi stawiać się na równi z kimś tak wielkim.  Eleuthera okazała się bowiem być czarownicą z krainy Północy, czyniącą tyle dobra na królewskim dworze, że zdołała wymóc na Herodzie wolność w zapłacie za swoją pracę, stąd jej grecki przydomek – Wolna Niewiasta. I tak, nawet sam wzrok jej mieć musiał jakąś potężną moc czynienia wielkich rzeczy.

W nikłej nawet poświacie ogniska można było dostrzec, iż musiała być niegdyś skończoną pięknością. Długie, jasne włosy zaplecione w gruby warkocz i pełna godności postawa S%25C5%2582owianka_odchudzona[1]podkreślała owo wrażenie. Jednak widać także było, iż zapewne przebyta niedawno niemoc, czy też byc może przejścia jakieś życiowe sprawiły, że lico jej podniszczone biło smutkiem jakimś.

Baltazar chyba podzielał moje spostrzeżenia, gdyż rzekł zatroskany: „Nie patrzysz dobrze, Eleuthero”. „Wiem” – odrzekła i zaraz pociągnęła go za rękaw –„Ale nie czas na zamartwianie się błahostkami. Mam wam coś  niezwykle ważnego do powiedzenia.” Chciałem się usunąc dyskretnie na bok, ale i mnie pociągnąła za rękaw. „Dziadku Adrianosie – powiada – z wami także mam do pogadania”.

Rysunki:  Z Sieci oraz autorstwa pani Ani Kulesz

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Dom Chleba, Beth Lechem, cz. 5

  1. Jolanta Król pisze:

    Niezwykłe spotkanie w domu Miriam i jej Dziecka, ale nad wszystkim jednak dominuje postać Eleuthery. Zastanawiam się, jak ona zrodziła się w Pana wyobraźni. Przyśniła się Panu? Wydaje się ideałem silnej, niezależnej, mądrej kobiety, no i pięknej, choć pisze Pan o „podniszczonym licu”. Ale pisze Pan o błękitnych oczach, które świeciły własnym blaskiem, wzroku emanującym niewytłumaczalną siłą, o włosach splecionych w gruby warkocz, o godnej postawie. Rysunek Pani Ani doskonale ten literacki opis dopełnia.
    Chciałoby się być tak szlachetnym jak Eleuthera. Już ten wyśrubowany standard urody trudniej spełnić, ale jakoś tak lżej na sercu, gdy się na kartach książki obcuje z takim mitycznym wymiarem kobiecości.

  2. bardzo pisze:

    To nie jest wyśrubowany standart urody. To zwyczajna słowiańska naturalność. Urodę niszczy życie w stresie, np. cywilizacyjnym. Wszystkie Słowianki sa piękne z Natury.

    Lico podniszczone, ponieważ, jak wynika z rozdziału w książce „Tak byc mogło”, Dosia niedawno złożona była chorobą wynikłą ze stresu cywilizacyjnego, jako że przejrzała Herodowe zamiary i tam było nawiązanie do masowego usmiercania nienarodzonych dwa tysiące lat później.

    Cytat:

    „Posłał wreszcie po obrzydliwych a prymitywnych Nubijczyków, czarnych jak samo piekło na ciele i w duszy, jesli ją w ogóle posiadali, których używano do zadań najplugawszych. Byli to jeźdźcy doskonali, bezmyślne i bezwolne machiny do zabijania, najdziksi z dzikich, których ponoć widziano, jak pożywiali sie ludzkim mięsem. Pod przywództwem jednego jakby bardziej rozgarniętego, dosiedli swych skrzydlatych rumaków i milczkiem jak złe demony pomknęli w dal.

    Jednej nocy Herod czuł się nieszczególnie. Nie mogąc zasnąć, przewracał się z boku na bok, a przed oczami przesuwały mu się obrazy szkaradne. Ukazała mu się czarna, kosmata istota, która ująwszy go za przegub, powiodła o dwa tysiące lat naprzód. Ujrzał miliardy jeszcze nienarodzonych, a już pomordowanych za pomocą małych błyszczacych narzędzi przez biało ubrane istoty. Ujrzał nieprzeliczone rzesza narodów, które uznawały unicestwianie nienarodzonych za rzecz normalną i zgodną z Naturą. A potem owa kudłata bestia pokazała mu piekło.
    Zerwał się z łoża, blady jak trup. Chwyciły go mdłości i bóle, potem torsje. Zanim zdążył zawołać medyka, ku przerażeniu służby rozpękł się na części, a z wnętrza jego wypełzły liczne robaki, długie na piędź.

    Zaiste, nie był to jedyny I nie ostatni satrapa o imieniu Herod, którego z najwyższego wyroku zeżarły robaki żywcem…

    Byl bowiem prawie siedemdziesiąt lat później inny Herod, zwany Agrypą, obwieszczający się bóstwem, którego dosięgnął ten sam los, ale o tym nie będzie w tej opowieści, albowiem nie należy to do tematu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s