Adrianos w Palestynie, cz. 4

Już nas umieszczono poza namiotem, pod zacienieniem z lnianej płachty i pozwolono mi dogorywać. Salome przynosiła mi wodę i chłodziła rozpalony łeb, bo jeno tyle mogła dla mnie uczynić. Nie tyle przykro mi było odchodzić z tego świata, przecie przeżyłem już słuszny kawał wieku, ale przecież wymarzyłem sobie wysłużyć wolność i żywot zakończyć w stronach ojczystych. Ale cóż, decyzje bogów apelacji nie podlegają.

Któregoś ranka zjawił się jakiś tajemniczy cudzoziemiec w otoczeniu czterech wąsatych chłopów jak kreteńskie byki, odzianych w czerwono i złoto cyzelowane zbroje i chrzęszczących jakimś przedziwnym rynsztunkiem.  Rajput_warriorGdy odsłonił twarz, pokazało się lico czarne jak bazalt, pomyślałem sobie, iż na pewno sam Szejtan z judejskich legend przybył się o mnie upomnieć. Handlarz giął się w ukłonach przed nieznajomym, zachwalając swój towar, a prezentując pól tuzina świeżo złowionych Szylluków wysokich na półtora sążnia, ale ten zdaje się wiedział, czego szukać i niecierpliwym gestem odgarnąłszy na bok sklepikarza, wszedł do namiotu, by zaraz wyjść z grymasem zniecierpliwienia, kierując się do następnego straganu. Widać było jednak, że bystrym spojrzeniem rozglądał się bacznie wokół i dojrzał z boku namiotu niedomagającego starca, to znaczy mnie i młodą dziewczynę, podającą mu wodę do picia. Zaraz też przywołał małą i zagadnął w nienajgorszej mowie greckiej.  Po krótkiej rozmowie gwizdnął na handlarza i rozpoczął targi. Za chwilę stał się właścicielem Salome, a ja pozostawiony zostałem własnemu losowi.

Dziewczyna przypadła czarnuchowi do nóg i coś mu tam prawiła. On zastanowił się przez chwilę i uśmiechnął się promiennie. Wtedy twarz jego przybrała wyraz niepisanej dobroci i mądrości, wskutek czego wiedziałem juz na pewno, że nie ma nic wspólnego z Hadesem, a raczej zacności jest uosobieniem. Rzucił niedbale na stolik kilka aureusów i nakazał dwóm z owych straszliwych wojowników, aby sklecili ze swych włóczni rodzaj nosidła, na którym mieli mnie zawlec do jego domostwa.

W międzyczasie nachylił się nad moim barłogiem i zamienił ze mna kilka słów. Ta chwila wystarczyła, bym skonstatował, iż jest on uczonym wielkiej miary. Okazało się, iż para się nauką o liczbach, wielkościach i wartościach, a pochodzi z krainy Pięciorzecza w Indiach, co tłumaczy jego doskonałą grekę, jako iż mowa ta jest jednym z co najmniej trzech języków używanych powszechnie w tamtych stronach.

„Dziadku, gdy tylko zajdziemy do obozowiska mego, każę sporządzić dla ciebie kartę wyzwoleńca” – rzekł niespodziewanie. „Czemu czynisz to, panie dla nieznajomego obszarpańca?” – zapytałem zdziwiony. „Dlatego, że szacunek żywię wielki do wiedzy, która nie jest w dzisiejszych czasach zbyt pożądanym ogólnie dobrem”. Rzecz jasna, ucieszyłem się niezmiernie i przyrzekłem mu służbę wierną jako człowiek wolny przez okres roku, a jeśli takie będzie jego życzenie, to i dłużej.

Baltazar, bo takie nosił zawołanie ów tak dobry, jak ciemny człowiek, stacjonował z wizytą na dworze króla Heroda Wielkiego, wraz z trzema druhami, z których jeden był perskim męrdcem, a drugi magiem medyjskim. I ów Medyjczyk wziął mnie zaraz w obroty, celem przegnania choróbska.  Najsampierw umieścił mnie w łaźni i niewiastom służebnym nakazał dokumentnie wyszorować mazistym mydłem do prania tkanin, a  potem namaścic oliwą, a następnie nasypał jakiegoś brunatnego proszku w przecięty na pół daktyl i kazał zjeść. Mimo słodyczy daktyla, gorzkie to było jak ocet siedmiu złodziei, ale zaraz dał mi puchar libańskiego czerwonego wina,  aż gęstego od mocy i polecił wypić. kielich bykWięcej na tamten dzień nie pamiętam, jedynie, iż podstawa owego kielicha miała kształt byczego cielska.

Gdy przebudziłem się następnego ranka, służba wyrzucała już przepocone prześcieradła wraz z chorobą, która ze mnie przeszła w tkaninę. Nie koniec jednak to był mąk moich. Melchior, ów Medyjczyk, powtórzył procedurę z korą chininy wewnątrz daktyla i znów popiłem winem, z tym, że tym razem na gorąco, rozcieńczonym wodą z miodem, cynamonem i goździkami. Ponownie padłem na zmienione już chusty i znów nie pamiętam, co było dalej.

Pod wieczór mogłem już wstać i chodzić, acz na nogach drżących.  W sam czas, albowiem Baltazar zwijał obóz na tylnym dziedzińcu Herodowej rezydencji i trzeba było zabierać się w drogę.

Umieszczono mnie na olbrzymim krytym powozie, o kołach wielkich jak wzrost dorosłego chłopa, ciągnionym przez kilka wołów. Baltazar przez całą drogę grał z najstarszym z trzech mędrców, Kasprem, w przedziwną grę na tablicy złożonej z sześćdziesięciu czterech kwadratów z białego marmuru i malachitu, ułożonych na przemian. Marszcząc czoła dostojne w zamyśleniu wielkim, przesuwali na planszy figury misternie wykonane z górskiego kryształu i czerwonego rubinu, króle, wojowniki, okręty, słonie, a samą grę zwali Czatrangiem…

Obrazki:  Z Sieci

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Adrianos w Palestynie, cz. 4

  1. Jolanta Król pisze:

    To się nazywa skuteczność w zwalczaniu choróbska. 🙂 Pięknie.
    Wysocy na półtora sążnia? Hm.

    • bardzo pisze:

      Oczywiście, że to przesada. Adrian był pod wrażeniem ich wzrostu i mu się troche przywidziało.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s