Opowieść Wigilijna, cz.2

Niestety, na wyspie mieściła się piracka koliba. Złoczyńcy poczuli dym i rychło odwiedziło nas kilkunastu zbirów.  Wprawdzie z Mergusem łatwo im nie poszło i kilku poturbował mocno, ale jak Rzymianie powiadają, nec Hercules contra plures i ze statusem wolnych ludzi musieliśmy sie pożegnac na czas jakiś.

Wieźli nas do Cyreny z zamiarem sprzedania żydowskiemu lub arabskiemu hurtownikowi ludzkim towarem. Którejś nocy podsłuchałem, że mijali Kretę. Łacno mógłbym umknąć im wpław, przecież w wodzie by mnie po ciemku nie złapali, ale nie chciałem pozostawiać Magrosa, który choć postępy w pływaniu poczynił zacne, wciąż daleko mu było do całkiem swobodnego poruszania sie w wodzie i pod wodą.

Znikliśmy im dopiero niedaleko Aleksandrii, w miejscu gdzie kilka lat później cesarz Oktawian wzniósł miasto Nikipolis. Magros udusił dwóch pilnujących nas obwiesi i całkiem jawnie w pełni dnia zeskoczywszy z pokładu pirackiej łajby, znaleźliśmy się na piaszczystym brzegu, skąd pieszo udali się do stolicy, a tam zagubiliśmy się w tłumie.

Los rozbitków w wielkim mieście nieporównanie gorszym się okazuje, niż fatum takich samych rozbitków na bezludnej wyspie. W warunkach Natury można swobodnie oddawać się zajęciu zdobywania pożywienia i wody, podczas gdy w mieście takie postępowanie grozi uwięzieniem za kradzież. Magros nie miał wielkiego kłopotu ze znalezieniem pracy, ponieważ był starszy ode mnie i dysponował szerokimi barami i ramionami jak dźwig portowy. Ale ja, niedorostek, cóż miałem czynić. Ani mocy, ani rozumu, a i z umiejętności to może i sporo, a wszystkiego jeno po odrobinie.

Byłem już gotów udać się na wschodnie przedmieście, do Lageum, gdzie znajdują się stajnie dookoła hipodromu, by choć zarobić na kawałek chleba wynoszeniem końskich nieczystości, gdy zagadnął mnie jakiś człowiek budząc mnie z południowej drzemki na schodach wielkiego, białego budynku. Wręczył mi kosz z jakimiś zwojami i kazał iść za sobą.

Okazało się, że był to kurier, który miał za zadanie przenosić rozmaite pisma i księgi, a zatrudnionym był w bibliotece, która była największym i najokazalszym tego typu przybytkiem w całym świecie, o czym wtedy nie wiedziałem. Starałem się jak najlepiej wywiązać się z powierzonej mi funkcji, dzięki czemu zarobiłem kilka didrachm, co było sumą zacną, dla wynędzniałego pacholęcia. Spojrzawszy na mnie uważniej, mój pracodawca bez słowa pociągnął mnie za sobą do łaźni, uiścił opłatę w wysokości jednego asa i nakazał mi doprowadzic się do wyglądu w miarę ludzkiego. Następnie przydzielił kąt gdzieś w zakamarkach owego białego domu i od tego czasu rozpocząłem regularną pracę sprzątacza w jednym z oddziałów biblioteki. Ponieważ księgozbiory znajdowały sie pod auspicjami miasta, można było rzec, iż stałem się pracownikiem rządowym.

Wiadomo, że kto raz zakosztował kropli wiedzy, a mnie sie to zdarzyło za sprawą owego domowego belfra, będzie do końca życia żył niespożytym pragnieniem pomnażania jej zasobów. Porównać to można do amatorów dobrego libańskiego wina. Im więcej go pijesz, tym większe cię dręczy pragnienie.

Nietrudno sie domyśleć, że otoczony setkami tysięcy woluminów, każdą wolną chwilę spędzałem na ślęczeniu w pomieszczeniach czytelni. Najpierw przeglądałem wszystko, co tylko zrozumieć mogłem, potem ciekawość musiałem w jakiś sposób ukierunkować, albowiem rozumu jednego człeka nie starczyłoby na wchłonienie nawet nikłej części tego skarbu, jakim jest wiedza zgromadzona w aleksandryjskiej bibiotece.

Pouczony ongiś przez gimnazjalnych instruktorów, nie zaniedbywałem też fizycznej aktywności, aczkolwiek do ćwiczeń często musiałem się zmuszać, jako iż księgi przedstawiały dla mnie o wiele większą atrakcję ponad biegi, czy nawet pływanie. Jedynie dla żeglarstwa byłem gotów na dzień czy dwa zrezygnować z nauki, ale do tego pasjonującego zajęcia potrzebny jest jakiś sprzęt, choćby prosty, na który stać mnie nie było.

W ten sposób żyjąc nawet nie spostrzegłem, jak minęło więcej jak półtorej dekady. Obyczajny człek założyłby w moim wieku rodzinę, cieszył się gronem udanych, radosnych dzieci.  Wszak Magros, szacowny już właściciel niemałej pracowni odlewniczej, otoczony był trójką potomstwa i oczekiwał wnucząt. Ale moją rodziną były regały z drogocennymi zwojami, a dziećmi notatki, których sporządzałem wielkie mnóstwo, choc nie bardzo wiedziałem, po co i dla kogo. Ponieważ nie miałem potrzeby, chęci, ani czasu by wydawać zarobione pieniądze, uzbierało sie tego nawet dość sporo. Majątek mój opiewał na około trzech czwartych talentu w srebrze, co na oficjalne walory przeliczało się na ponad pięć tysięcy rzymskich denarów. Nie muszę chyba nadmieniać, iż od dawna nie parałem się sprzątaniem, czy innymi prostymi robotami, a byłem za opiekuna, czy tez kustosza wielkiego sektora bibliotecznego z setkami map całego świata, opisów podróżniczych, łącznie z oryginałami pism Herodota i mnogich foliałów, których treści nijak pojąć nie mogłem z uwagi na obce i całkiem dziwaczne pismo.

Któregoś dnia rzekłem sobie: Dość tego ślęczenia nad teorią. Wszak jestem Milezyjczykiem i moje miejsce na morzu. Nabędę choć skromny okręcik i jazda w nieznane.  Ale cóż, bogowie są przewrotni i kochają krzyżować plany człowiecze. Przechodząc pewnego razu obok namiotu handlarza niewolników ujrzałem nadzorcę niemiłosiernie katującego jakiegoś nieszczęśnika. Zdziwiony zapytałem go: „Cóż czynisz, niemądry człowiecze, czemu niszczysz towar swego pana i krzywdzisz niewolnego?” Odburknął mi coś niezrozumiale i koniec końców stałem się właścicielem młodego chłopaka za nader niepokaźną sumę drachm, albowiem tak straszliwie zmaltretowany był batogiem, że chodzić nie był w stanie. I co ja teraz zrobię ze swym nabytkiem? W pracy nie mam dla niego żadnego zajęcia, a i do osobistych posług pomocy nie potrzebuję. Tak to jest, gdy człowiek myśli sercem, a nie głową.

youngsarmataDrugie niemal tyle włożyć mi trzeba było, by Olgasa, bo mu było Olgas, doprowadzić do stanu używalności. „I co teraz, Olgasie”- pytam go „Co mi teraz z tobą czynić?” Nic mi nie odrzekł, albowiem był niewolnego stanu i znał, co nie do niego należą postanowienia o własnym losie. „Chcesz wolność odzyskać?” – zapytałem go retorycznie.  Spojrzał na mnie z niedowierzaniem. „Odpracujesz mi koszta twego nabycia, twoje leczenie niechaj będzie moją stratą, po czym dam ci dokument wyzwoleńca”. Ucieszył się rzecz jasna niezmiernie o przyrzekł pracować w pocie czoła, by zawodu mi nie sprawić.

Jednak pojawił się pewien niewielki szkopuł. Olgas był Sarmatą, a ten narodek może i tak poczciwy, jak i zadziorny, ale do roboty to są łajdaki. Zrozumiałem teraz, czemu barbarzyńca tak się na chłopaku pastwił.

Jednak są dwie rzeczy, w których Sarmaci nie mają sobie równych. Oni na koniach się wyznają jak nikt inny, kochają te piękne stworzenia, dbają o nie jak o swoją rodzinę i rozmawiają z nimi.  Drugą ich domeną, o czym każdy wie, jest wojaczka. sarmacka bizuteria 1Później się dowiedziałem, że wyrabiają także przepiękne świecidełka dla niewiast swoich (z których wiele staje wraz z nimi ramię w ramię w polu do walki) i inne przemyślne przedmioty użytkowe, ale tylko wtedy, gdy im się chce ruszyć głową i rękami, a zdarza sie to niezmiernie rzadko.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

9 odpowiedzi na „Opowieść Wigilijna, cz.2

  1. NICK pisze:

    Piękna ręka. Pióro piękne.
    Rozmarzyłem się… wprost zmiękłem.

  2. bardzo pisze:

    Milo mi, Nicku. Dzis wstawie jeszcze jeden podrozdzial, a dalej to juz trzeba bedzie dopisac.

  3. Jolanta Król pisze:

    Zmusić hardą, wojowniczą naturę do żmudnej, niewolniczej pracy – ciężka sprawa. Przejmujące jest, że stara się Pan oddać stan mentalności człowieka w epoce niewolnictwa. Miłosierny gest naszego bohatera – wzrusza.
    Biżuteria; te niewiasty Sarmatów były na pewno b. zadowolone. 🙂

    • bardzo pisze:

      Nie tyle miłosierny, ile ludzki. Przecież Adrian był człowiekiem na poziomie, nieprawdaż?
      Potem niejaki Baltazar okaże się też gościem z klasą.

  4. NICK pisze:

    No to dzięki BARDZO Panie!
    Ja, jem jutro, na śniadanie,
    Jajecznicę. Tak! Na kurkach!
    Wpierw przesmaży się cebulka,
    potem kurkum – odrobinę
    (już zaczynam łykać ślinę).
    Letko boczku – przysmażony;
    muszę wpierw zapytać żony:
    czy przysmaczek ten dodawać?
    Nie! Nie będę smalcu jadać.
    Więc bez boczku acz szczypiorek,
    zamrożony, w samą porę.
    Tak, być może, jego wolę.

    A więc jutro, na śniadanie:
    jajecznica. Zdrowe danie!

    • bardzo pisze:

      Matias (Gajówka) twierdzi, ze szmalec zdrowszy niz te wszystkie sztuczne mandaryny z kwasami trans. Właściwie przyznaję mu racje. Takze utrzymuje, że wyższy nieco od zalecanego cholesterol chroni przed rakiem. Tu sie nie wypowiadam, jako niefachura. Ale wole wykitowac z dwojga zlego na zawal niz na raka.
      Tak, że niech żyje boczek…

  5. bardzo pisze:

    Nasze cywilizacyjne problemy nie wynikaja z cywilizacyjnej diety, ale z cywilizacyjnego trybu życia. Najgorszy jest stress a na drugim miejscu brak ruchu. A w ogole u zdrowego czlowieka dietetyczny cholesterol ma malo do czynienia z cholesterolem w osoczu…

  6. NICK pisze:

    Zgoda, oczywiście. A jeszcze te „leki” antycholesterolowe… .

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s