Dzieje Adrianosa, cz. 3

Toteż wynająłem go do pracy w owych stajniach koło hipodromu i nawet nabyłem za całe siedemdziesiąt denarów przyzwoitego osiołka, by mógł sobie codzień do pracy dojeżdżać. Miał surowo przykazane, by trzymać się stałej drogi na wschodnie przedmieścia, a więc wyjeżdżać z miasta południową bramą, omijać miejskie mury obwodowa bitą drogą i takoż samo wracać.

Jednak Sarmaci zawsze coś muszą wydumać, by maksymalnie ułatwić sobie życie, a innym uprzykrzyć. Olgas, skracając sobie drogę ulicą Kanopijską, jechał prosto na wschód przez sam środek dzielnicy zwanej Judeorum. Któregoś dnia opadła go jazgocząca zgraja wyrostków, a osaczony bronił się swoją lagą, którą strzaskał na jakimś łbie. Cała judzka społeczność zawyła z wściekłości i groziło mi uwięzienie, albowiem jako właściciel winnego, odpowiedzialny byłem za krzywdy przezeń wyrządzone.

Przeto skończył mi się czas błogiej nauki i pewnej nocy samowtór opuściliśmy potajemnie metropolię, kierując się na zachód z myślą złapania okazji na jakiejś krypie z Cyreny do Rzymu, stolicy całego cywilizowanego świata. Jeszcze na pożegnanie przyjaciele moi z biblioteki wcisnęli mi mieszek ze srebrnikami, a było tego prawie tysiąc denarów, kwota znacząca, nawet dla człowieka zamożnego. Magros dał mi na drogę konia, ale ja się trzymałem na siodle jak kropla oliwy na ostrzu topora, jako że z pierwa, w Grecji posiadanie konia było kaprysem ludzi bogatych, za wyjątkiem rzecz jasna wojskowych, a po wtóre, Milezyjczycy są żeglarzami, a ci od koni trzymają się raczej z dala. Takoż, niewolnik mój szalał na bydlęciu jakby z nim zrośnięty, a jego właściciel, czyli ja, podążał za nim w podskokach na poczciwym osiołku, zważając jeno, by języka sobie nie przygryźć.

Po drodze nabyłem oręż jakis, by móc się przynajmniej starać obronić od złoczyńców, od których roiły się boczne drogi, jako że patrolowanych przez pretorian brukowanych rzymskich traktów unikać było nam trzeba z uwagi na spodziewany pościg. Zaopatrzyłem się zatem w miecz dość przyzwoity, a i Olgasowi chciałem zakupic broń jakąś sieczną, by na niewolnika nie patrzył, ale on się tylko zaśmiał i wybrał nubijski łuk i całą masę strzał oraz dorycką włócznię. Przyznał się przy okazji, iż w zakamarkach chlajny zawsze nosił procę, która w jego rękach okazała się być straszliwie śmiercionośną bronią. Oj, nieraz przydały nam się jego wojownicze zdolności, ale to do historii nie należy.

Tułaczka nasza trwała dwa lata. Nie udało nam się przeprawić przez Nasze Morze, przynajmniej całkowicie. Dotarliśmy aż do Abyli, najdalej na zachód wysuniętego miasta w Afryce, a tam poszczęściło nam się w handlu wyrobami ze skóry wołowej i kością słoniową przywiezioną na wielbłądach ze środka kontynentu  przez przez nomadów, którzy zwali siebie Imazighen. Wróciwszy do Cyreny spieniężyliśmy owe towary i nabyli szkatułkę szafranu, niezwykle drogocennej przyprawy, otrzymywanej z pyłku krokusów, z których uprawy ten region słynie. Zaokrętowawszy się na statek do Ostii, zadowoleni ruszyliśmy wreszcie do stolicy, ale niezwykle silna burza zniosła korab do Matali na Krecie, gdzie znajdował się jeden z dwóch portów obsługujących Gortynę.

Miło mi było znaleźć sie bądź co bądź w ojczyźnie, gdzie przez następne lata przyszło mi zamieszkać. Zbyłem się szafranu, a Olgasowi wreszcie wręczyłem cielęcy pergamin deklarujący wolność i podzieliwszy się majątkiem sprawiedliwie, rozstaliśmy się, albowiem zaproponowano mi intratną posadę nauczyciela i mentora dzieci cesarskiego namiestnika, a Sarmata zaciągnął się do pretorian w Iraklionie, gdzie niezadługo dochrapał się funkcji decaturiona, a powiadano, że ranga setnika konnicy czekać go miała wkrótce.

Mając dochody o wiele wyższe, niż w cezarejskiej bibliotece, mogłem sobie pozwolić na kupno przechodzonego nieco niewielkiego, a zgrabnego stateczku. Teraz wolny czas poświęcałem na wyśnioną przez lata żeglugę, zrazu przybrzeżną, a w miare nabywania wprawy, coraz dalszą. Gdy z uwagi na dorosłość, namiestnikowe potomstwo nie potrzebowało już nauk moich (tak młodym się przynajmniej wydawało), zadeponowałem u Olgasa w Iraklionie wszystko, czego w podróży nie potrzebowałem i wyruszyłem na północny wschód, myśląc odwiedzić strony rodzinne, a przy okazji być może zahandlowac szkłem z Sidonu.

Zlekceważywszy przestrogi ludzi mądrych, a obytych z morzem, trafiłem w okolice Cypru. Tym razem nie udało mi się wywinąć z pirackich rąk, choć załoga moja skromna ubieżać jakoś zdołała. Przykro jest opisywać los niewolnika, tym bardziej, w obliczu raptownie, a niezasłużenie utraconej wolności, rzeknijmy więc w wielkim skrócie, że trafiłem do Hispanii, a przed kastracją uchronił mnie status człowieka wykształconego, za jakiego mnie uznano. Cenę moją ustalono na denarów siedem i pół tysiąca, a Gerome_Jean_LeonXXSlave_Auction-237x300[1]więc wyższą niż najpiękniejszej dziewicy dla zaspokojenia zachcianek kapryśnego krezusa, a na targi niewolników mnie nie wystawiano, oferując mnie jako towar indywidualnie.

I tak służyłem za nauczyciela na dworach rozmaitych wschodnich i południowych barbarzyńskich kacyków, którzy mną się znudziwszy, albo którym dzieci powyrastały, odsprzedawali mnie za coraz to niższą kwotę. Bo wiedzieć trzeba, że człowiek, nawet uczony, w miarę upływu lat starzeje się jak każdy inny.  Gdy liczyłem sobie zim pięćdziesiąt i trzy, udawałem niedołężniejszego, niż byłem w rzeczywistości, by wartość swą zaniżyć i w nadziei, iz któryś z handlarzy porzuci mnie jak niepotrzebną już rzecz gdzieś pod płotem, skąd podniósłszy się i otrzepawszy z pyłu łachmany swoje, poszedłbym swoją drogą.

Któregoś razu, zaniemogłem naprawdę. Zdaje się, że chwyciła mnie febra. I wśród niewolnic znalazła się młodziutka Sefardyjka imieniem Salome, która zajęła się mną jak własnym dziadkiem, doprowadzając do stanu używalności. Stała mi sie jak córka, a raczej wnuczka, co dla mnie było osobliwością wielką, jako iż nigdy własnej rodziny nie myślałem posiadać. Handlarz niewolników przez palce patrzył na naszą sefardyjkazażyłość, albowiem obydwoje byliśmy mu niezwykle przydatni do pomocy, jako że moim walorem była wiedza, a Salome znała kilka języków, w tym wszystkie, które używane były w krainach Izraela.

Na rok przed śmiercią króla heroda zwanego Wielkim, ponieważ olbrzymie środki poświęcił na rozbudowę jerozolimskiego sanktuarium, a także wybudował największy na świecie port przeładunkowy w Cezarei w prowincji Samarii, zwanej od niedawna Sebastą, handlarz, do którego należelismy, zatrzymał się w judzkiej stolicy. Tam ponownie złożyła mnie jakaś choroba, a Salome pielęgnowała mnie troskliwie. Właściciel zaczął przemyśliwać już o pozbyciu się nas obojga, podejrzewając, iż dziewczyna także mogła ode mnie ową zarazę nabyć.

Obrazki: Gerome: Targ niewolników i foto z Sieci

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Dzieje Adrianosa, cz. 3

  1. Jolanta Król pisze:

    Matala na Krecie, Iraklion – mam miłe wspomnienia. Mobilność Adrianosa jest niesamowita. A dziś nasze życie jest włożone w sztywne rany. Urlop odliczony skrupulatnie. Wycieczka last minute. Czarter. Szybki powrót. Ta mobilność jest nieco pozorna.
    A jednak czasy niewolnictwa – to były straszne czasy.

    • NICK pisze:

      Są, P. Jolu. Są.
      Nawet nie czujemy tego zniewolenia. Żyjemy w gettach miejskich.
      Ale – tu kulinaria.

  2. bardzo pisze:

    Nadal są straszne. Mam lat o wiele więcej jak trzydzieści sześć i jeszcze właściwie nigdzie nigdy nie byłem. Robota, chałupa, robota, chałupa i tak dookoła Bartek. Nie wiem, jak sobie organizuja wszystko ci, którzy jeszcze na dodatek posiadaja telewizory. A petal niewolnictwa zacieśnia się coraz bardziej na szyi nieświadomego neoniewolnika.

    Matala przez kilka ostatnich dekad była mekką hipisów i narkomaniarzy. To piękne miejsce i zanocować można na plaży w dziurze skalnej bez namiotu. Drugim portem zaopatrującym Gortynę, ówczesną stolicę Krety, była Lebena, na południowym brzegu Krety. teraz nie ma już Gortyny, niegdys metropolii dwustutysięcznej, ale są wykopaliska, na które za jakieś 4 juro można wejść i nakupić tanio pamiątek.

    Nie trzeba podróżować, jeśli nie mozna, Internet to piękna rzecz…

  3. NICK pisze:

    Drogi Panie Bardzo. Serdecznie życzę podróży!!! Nie wirtualnych…
    Dzisiaj barszcz. Tzw. ‚ukraiński’.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s