Jeszcze jedna Opowieśc Wigilijna…

Pokój niech zawsze pozostanie z wami, a bogowie niechaj wam zdrowia nie poskąpią i powodzenia wszelakiego.

Zwą mnie Adrianos, a zawołanie me pochodzi od północnej części Naszego Morza, która nosi miano Hadriatyku. Liczę sobie zim cały kosz, a będzie tego ze sześć tuzinów i być może jeszcze cztery lata, a doświadczywszy w życiu więcej, niż obyczajny człek wyimaginować sobie zdoła, pomieszkuję nad Morzem Egejskim w Milecie, mieście urodzenia mego.

Pragnę opowiedzieć wam w skrócie historię mojego żywota. Zapewne nie jawiłaby się ona dziadek grekniczym osobliwie zajmującym, gdyby nie kilka wydarzeń, których nie można wytłumaczyć inaczej, jak przejawami zamierzeń bogów, albo kto wie, czy nie jakiejś nieskończenie potężnej Istoty, która stać może o wiele wyżej ponad nimi.

Mniemam, iż z uwagą wysłuchacie, co mam do opowiedzenia, a przemyśleniami swymi w tej materii podzielić się ze mną nie omieszkacie.

Przyszedłem na świat w dość sporym wiejskim majątku w czasie, gdy Crassus, Pompejusz Wielki i Juliusz utworzyli w Rzymie trójprzymierze. Ojciec był człekiem w miarę zamożnym, jako iż na ziemi dzierżawionej od pobliskiej milezyjskiej metropolii uprawiał pistacje, z których na miejscu niewolnicy wygniatali drogocenny olej.

Aby przygotować mnie do niewygód życia, od wczesnych lat dziecięcych wyznaczano mi rozmaite prace przy gospodarstwie, a później na plantacji. W wieku lat sześciu pilnować musiałem kilkunastu baranów na pastwisku, coby w szkodę nie wlazły, lub co gorsza nie rozpierzchły się po całej okolicy. Sam bym pewnie nie podołał tak wielkiej odpowiedzialności, ale zawsze towarzyszył mi wielki, czarny pies, który zwał się rzecz jasna Cerber, a którego zadaniem było baczenie, by stado pasło sie bezpiecznie, a także by i mnie nic się złego nie przydarzyło.

Jednak nie w głowie dziecięcej, a później i młodzieńczej była mi żmudna i nużąca praca na roli. Wprawdzie oboje rodzice moi byli rodem z Illyrii, ale jam sie wszak urodził w Milecie. Milezyjczycy ponad wszystko kochają morze. Przetom marzył, by miast poświęcać życie i czas pasaniu świń i owiec, móc raczej cwałować wierzchem na grzbiecie morskiego orkanu, śmiejąc się na całe gardło Eolowi w twarz.

Berbeciem niemal będąc jeszcze, pewnego ranka podwędziłem nieduże czółno poczciwemu przyjacielowi rodziny, który był rybakiem i udało mi się wciągnąć na maszt prostokątny żagiel.  Po kwadransie fale wyrzuciły na piaszczysty brzeg na wpółżywe dziecko, kaszlące słoną wodą i mułem plujące, a nieopodal potrzaskaną skorupę łodzi.  Mój ojciec nigdy mnie wprawdzie nie uderzył, jako że uważał za obłęd bić własne potomstwo, ale patrzył wtedy na mnie z takim wyrzutem, że do dziś, po upływie więcej jak trzech czwartych stulecia, prześladuje mnie ten jego pełen smutku wzrok. Niebawem przeto przybył do latyfundium pewien starszy i światły człowiek, by pełniąc niewdzięczną rolę nauczyciela, dziecięcą beztroskę wziąć w karby jakoweś. Mój młodszy brat takoż korzystać miał z nauk mędrca, a i ulubionej przez wszystkich małej siostrzyczce nikt nie miał sumienia odmowić udziału w sesjach, a wszak w Grecji nauka niewiast była i nadal jest uważana za rodzaj dziwactwa.

Mając do wyboru nudną i żmudna robotę na roli, albo pobieranie nauk rozmaitych, oczywistym było, że wolałem to drugie. Dziadek prawić potrafił zajmująco, więc z wypiekami na dziecięcych buziach wszyscy troje słuchaliśmy opowieści o historii naszego narodu, świata i matki Gei, o bogach i herosach, o Naturze i jej walorach, o lądach, ludach i morzach bliskich,i dalekich, znanych i jedynie podejrzewanych o istnienie. Uczyliśmy się takoż trudnej sztuki pisania znakami naszymi i rzymskimi, prostych rachunków, wreszcie sztuk pięknych, włączywszy estetykę, poezję, czy muzykę. Rzecz jasna, podstawy logiki musiały zajmować poczesne miejsce w tej naszej wczesnej edukacji.

Jako dziewięciolatek znalazłem się w gimnazjum celem zdobycia tężyzny cielesnej. Nie powiem, radziłem sobie nienajgorzej, choć byli tam i tacy, których lepiej było omijać łukiem jak najszerszym. Jeden z nich, jako góral, z wodą nie był za bardzo obznajomiony i przypadło mi w udziale pływania go uczyć. Nie wiem do dziś jak prawdziwie miał na imię, ale za przyczyną postury nikt go nie wołał inaczej, jak Magros, czyli wielki.

Celem ćwiczeń gimnazjalnych było przygotowanie młodzieży do stanu żołnierskiego. Jednak rzemiosło to nie pociągało mnie wcale, ponieważ wymaga ono gotowości do zabijania na rozkaz. A mnie przykro było uśmiercić nawet złowioną na obiad rybę. Rychło zatem zaniechałem ćwiczeń fizycznych i poszedłem do terminu w warsztacie szkutniczym, co mnie dość znacznie przybliżyło do mojego wymarzonego morza. Wkrótce dołączył do mnie i Magros, bowiem i jemu wojaczka w smak nie była.

Wieczorami udawałem się na brzeg morza i usiłując przekrzyczeć szum fal, wprawiałem się w trudnej sztuce oratorskiej, jak mi ongiś zalecił ów domowy nauczyciel. Jednak morskich kamyczków jak Demostenes do gęby żem nie kładł, pomny niemiłej przygody, jaka się po ciemku przydarzyła pewnego razu Mistrzowi. Wówczas wydawało mi się, iż czynię w retoryce postępy, nakłaniając Helios do opóźnienia zachodu, ponieważ z każdym dniem dzień wydawał się być dłuższym i dłuższym. Dopiero po jakimś czasie skonstatowałem, iż jest to wszak naturalny cykl Natury, a pod koniec czerwca słońce zachowuje się akurat odwrotnie, co skarciło boleśnie pychę moją młodzieńczą.

Któregoś dnia wraz z druhem wypłynęliśmy na morze, by na nowej łodzi wytrymować żagle. Wtedy nagle równa, a spokojna bryza przeszła w porywisty szkwał, a zaraz potem w potężny wicher, w dodatku dmący od wschodu, co tutaj, na Morzu Egejskim, jest zjawiskiem niezwykle rzadkim. Niebosiężne fale znacznie przewyższały długość naszego stateczku i jedyne, co mogliśmy zrobić, to zrzucić ożaglowanie i kładąc się w dryf, do Posejdona się modlić, by nas oszczędzić raczył.

Cóż tu dużo gadać. Gdy nawałnica ucichła, znaleźliśmy się na pełnym morzu, a przecież kunszt nawigacji był mi zupełnie obcy. Magros nawet do żagla się nie nadawał, bo nienawykły do morza, chorzał od sztormu wielce i leżał bezwładnie na dnie korabia jak kawał wymiętego lnianego gałgana.

Nie miałem pojęcia, gdzie się znajdujemy. Ale przeciez nawet dziecko wie, że na południu znajduje się stały ląd afrykański, a po drodze jest możliwośc trafienia na Kretę, gdzie jest kolebka greckiej cywilizacji. Wystarczyło więc podnieść żagle i skierować dziób łodzi ku południu. Jednak na pokładzie nie mieliśmy żadnej żywności, a i wody do picia zabraliśmy jedynie na jeden dzień. Trzeba było więc coś przedsięwziąć, by nie zczeznąć z głodu.

Morze Egejskie usiane jest przelicznymi wyspami i wysepkami, z których większość nie jest zamieszkała.  Wylądowaliśmy zatem na pierwszej napotkanej ziemi i zaraz Magros poczuł się lepiej. W jednej z mnogich tu jaskiń roznieciliśmy ogień i pożywili się krabami i innymi darami, jakie przechowuje dla nas morze. W pewnym oddaleniu od brzegu znalazła się też słodka woda. Osuszyliśmy odzienie, opatrzyli łódź i jęli rozglądać się za czymś, co mogłoby pełnić rolę naczynia, do którego możnaby nabrac pitnej wody na dalszą żeglugę. Druh mój nawet zaczął wypalać i nożem dłubać kawałek pnia jakiegoś drzewa, by w otrzymany rodzaj niecki nabrać życiodajnej cieczy, jako że woda ważniejsza jest nawet niż pożywienie. Hidor mer aristos, jak mawiają współcześni.

Ciąg dalszy nastapi…

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Jeszcze jedna Opowieśc Wigilijna…

  1. Zielona Żabka pisze:

    Ale polot do pisania. Pan Bardzo snuje przepiękne opowieści nie tylko na tematy kulinarne.Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy.Pozdrawiam.

  2. Jolanta Król pisze:

    Miło zanurzyć się w Pana słóweczkach. Miło. Zawsze cenię u Pana solidną podbudowę dokumentacyjną. Tym razem ciekawy opis tej edukacji domowej, i w ogóle jej koncepcja. A dziewczynki odsunięte od tego dobrodziejstwa. Oj, te dziewczynki, zawsze takie poszkodowane przez całe wieki. Nie może Pan zaprzeczyć, inaczej by Pan o tym fakcie nie wspominał. Dziękuję za to wrażliwe spojrzenie na kwestię edukacji kobiet w czasach greckich.

  3. bardzo pisze:

    Dziewczynki sie edukowaly, ale nie tak nagminnie jak chopy.

    W średniowieczu kobity wbrew powszechnemu mniemaniu również dochodziły do znacznej wiedzy. Przynajmniej na terenie srodkowej Europy. Ale to temat na zupelnie inna historię…
    generalnie mówiąc, dziewczynki odsuwano od wiedzy w narodach barbarzyńskich.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s