Rozmówki o jedzeniu, rozdział IV

Oligosacharydy w człowieczej diecie mamy właściwie tylko trzy:  sacharozę, maltozę i laktozę. Sacharoza to aktualnie najpopularniejszy cukier, a z chemicznego punktu widzenia cząsteczka tego dwucukru składa sie z jednej cząsteczki glukozy i jednej fruktozy.  Nietrudno ten cukier rozłożyc na jednocukry i to nasz organizm czyni.  Mamy także maltozę, ten dwucukier z kolei pochodzi z rozkładu skrobi, a cząsteczka składa się z dwóch glukoz. Laktoza występuje w nieukwaszonych produktach mlecznych, a zawiera glukozę i galaktozę.  Galaktoza różnie się od glukozy układem grup wodorotlenowych przy trzecim węglu od grupy funkcyjnej. Wiele osób, szczególnie rasy czarnej, cierpi na niedobór enzymu zwanego laktazą, przez co muszą unikac w pożywieniu przetworów z mleka niefermentowanego, albo też stosować preparat enzymatyczny w pigułkach.

Maltoza jest niezwykle ważnym cukrem, albowiem służy jako substrat fermentacji alkoholowej w produkcji napojów oraz mlekowej w produkcji kiszonek z serwatką.  Oczywiście laktoza, jak i sacharoza także ulega fermentacji, ale w przemyśle głównym surowcem fermentacyjnym jest maltoza, a ściślej się wyrażając, skrobia, z której ów oligosacharyd się otrzymuje.

Drożdże nie przetwarzają laktozy na alkohol, zatem ten dwucukier może służyć do wypełniania smaku piwa, albo wręcz do dosładzania piw ciemnych i specjalnych.

Sacharoza to nasz poczciwy, zwykły cukier, którym słodzimy kawę, herbatę i wszystko inne, psując sobie zęby i nadwerężając układ insulinowy. Cukier może być biały, brązowy, albo w postaci melasy.  Żaden z tych produktów nie jest ani zdrowszy, ani szkodliwszy od pozostałych, po prostu brązowy cukier jest oczyszczony w mniejszym stopniu niż biały, a maltoza w jeszcze mniejszym. Dlatego na ten przykład cukier brązowy powinien byc tańszy w sklepie od białego, a nie jest.  Świat pełen jest przedziwnych paradoksów.

Gdy prasłowiański watażka Aleksander zwany Wielkim wracał z podboju Indii, przywiózł ze sobą kilka wozów białego krystalicznego proszku zwanego wtedy słodką solą. Był to zukkar, słodziwo sporządzane w Pundziabie ze skrystalizowanego miodu, albo z soku wypłukiwanego ze słodkiej trawy. Nietrudno sie domyśleć, że musiała to być trzcina cukrowa. Hindusi szelmy znali także sposób wypędzania z zukkaru winnego ducha, znanego w starożytnym świecie jako spirytus vini, jednak tego sekretu najeźdźcom nie zdradzili, przez co ówczesna cywilizacja musiała zaczekać jeszcze ponad dwa stulecia na drastyczną decyzję wprowadzenia prohibicji na wino przez króla Daków Burabistę, w wyniku której pomysłowi protoplaści Rumunów przerobili wszystkie zapasy win na destylat, który nazwali Tujką.  Współczesna jednak Tujka to coś w rodzaju śliwowicy.  Współczesny alkohol z trzciny cukrowej to rum.

Powiada się, iż cukry proste i podwójne nadają produktom, w których skład wchodzą charakter tzw. wdupowłazów. Co jest powodem tak poniżającej klasyfikacji? Ano, w wyniku dość nieskomplikowanego cyklu biochemicznego, cukry są przetwarzane na cząsteczki tłuszczu, który odkłada się w miejscach najbardziej widocznych, o czym już chyba było.  Biologiczne spalenie jednego grama cukru dostarcza nam nieco ponad czterech kilokalorii, podczas gdy gram tłuszczu daje nieco ponad dziewięć, o czym warto pamiętać, gdy chcemy liczyć calorie, która to czynność stała się obsesyjnie przestrzeganym obowiązkiem w życiu współczesnego członka człowieczej zurbanizowanej społeczności.

Co to są te kalorie i jak one wygladają? Te cholerne straszydła, które się śnią po nocach nawet najchudszym i najpiękniejszym dziewczynom i straszą całą populację od szczupłych modelek do grubych grubasów, a wszystkich po to, aby czuli się winni, jak również wiecznie zawstydzeni.

Czy one, te potworne kalorie mają rogi i zęby? A może tak jak hydrie posiadają po trzy głowy i węże we włosach? Na pewno one są przerażające i niepokonane, odporne na wszystkie lekarstwa i antybiotyki. “Dzieckiem w kolebce, co łeb urwał Kalorii, ten młodym zdusi centaury…”    Otóż kaloria to prozaicznie – jednostka energii lub pracy. Jedna kaloria to ilość energii potrzebna do ogrzania jednego grama wody o jeden stopień Celsjusza (albo Kelvina). To wszystko. Kalorie dietetyczne to są tzw. duże kalorie, czyli kilokalorie, zwane powszechnie kaloriami, a to dla infantylizacji tematu.   Jak przed chwilą napomknęliśmy, zużytkowanie jednego grama tłuszczu daje nieco ponad dziewięć kilokalorii. Spalenie grama białka lub cukrowca daje tylko niewiele ponad cztery kilokalorie. Ale spalenie w płomieniu węgla lub innej typowej substancji organicznej, włączając powyższe składniki żywności, dostarcza całe 11 do 13 kilokalorii ciepła. Jak to więc jest, że spalanie substancji dietetycznych jest tak szalenie nieefektywne? Otóż w wyniku spalenia w płomieniu, otrzymujemy dwutlenek węgla, wodę i pewne minimalne ilości innych nieorganicznych związków klasyfikowanych jako popiół. Jest to spalenie całkowite. Już dalej tych produktów nie da się utlenić z energetycznym zyskiem. Natomiast spalanie biochemiczne następuje na innych zasadach, mianowicie enzymatycznie, jak już powiadaliśmy na samym wstępie naszych rozważań. Spalanie metaboliczne nie jest całkowite i produkty takiego spalania zawierają jeszcze trochę energii. Widać, że tłuszcz pali się lepiej niż inne składniki. Ale uwaga, kij ma dwa końce. Aby spalić gram tłuszczu, należy wykonać ponad dwa razy więcej pracy (ćwiczeń fizycznych), ile w przypadku spalania grama cukrów. Dlatego nie wolno kłaść się po obiedzie na drzemkę, aby się sadełko zawiązało. Węglowodany dobrze jest spalić zanim zostaną przetworzone na tłuszcz i odłożone, póki jeszcze są w trakcie przerobu. Cukry spalają się w ogniu weglowodanów, prawi profesor Berger. Zdaje się, że doktor Atkins (rzecz jasna z Kaliforni) wziął sobie do serca ową sentencję i opublikował drastyczną dietę odchudzającą, która polega na wyeliminowaniu cukrowców z pożywienia na pewien czas. Ośrodki manipulujące opinią publiczną ochoczo podchwyciły temat i rozpoczęły wrzaskliwą i agresywną, choć rzecz jasna ignorancką kampanie antywęglowodanową. Od pewnego czasu należy, pod groźba potępienia społecznego, liczyć nie tylko każdą kalorię w posiłku, ale i każdy gram cukrowca. Czemu to tak? Ano, Ameryka jest potegą sojowo kukurydzianą, a lobby nie śpi. Chodzi o to, aby przeciętny zjadacz hamburgerów, kupował białko i olej. Dieta atkinsowska może mieć sens, gdy wyeliminujemy całkowicie cukry i tylko na pewien czas, bo przecież tak nie można długo żyć w niezgodzie z Naturą. Ograniczenie weglowodanów na rzecz tłuszczów niewiele da, ponieważ ta pozostalość cukrów wciąż dostarcza troche tego ognia, w którym owe tłuszcze się spalą. Poza tym, czy tu nie nastepuje jakieś poplątanie? Cukry ułatwiają spalanie tłuszczów, ale przyswajanie to wcale nie musi być ten sam mechanizm, prawda? Lekarze nie zalecają długotrwalego stosowania diety wysokotłuszczowej, obawiając się hiperlipemii, czyli podwyższenia tłuszczu we krwi. Poza tym metabolity tłuszczu zakwaszają organizm, również wypaczając intencje Natury. Ale cóż, jakiś czas temu na forum Wirtualnej Polonii napiętnowano istnienie zjawiska “faktu prasowego”, w gazecie pisze, a wiec tak ma być… Przeto się pisze jedynie szeptem o tym, że doktór Atkins sam umarł na ulicy w wyniku zmasowanego zawału. Zatem wszystkie nasze Panie bez wyjątku liczą kalorie, węglowodany i marzą o sylwetce anorektyczki, bo recenzent filmu  “There is something about Mary”, chwalił aktorkę grającą główną rolę za “piękną, anorektyczną figurę”. Koniec cytatu.

Ponieważ telewizja zapodaje, iż od jogurtów się przecież chudnie, kandydatki na modelki zjadają wielkie ilości jogurtów w nadziei, że im więcej pochłoną tego kitu, tym szybciej i więcej schudną. Oczywiście, reklamowany jogurt nafaszerowany jest słodką i kaloryczną marmaladą i nierzadko pasteryzowany, co doszczętnie niweluje sens spożywania jogurtu, jako iz pożyteczna mikroflora jest w nim bestialsko i z zimna krwią zamordowana… Jogurt najlepszy i jedyny to zwykły bez niczego i zawierający żywe szczepy bakterii mlecznych. Sami sobie możemy do niego za darmo dodać własne dodatki (osobiście polecam sok pomidorowy i siekaną cebulkę). A tak w ogóle, zastanówcie się, wszystkie piękne potencjalne modelki, gdy się wprowadza materiał i kalorie do organizmu bez zwiększonego wydatku energii, bildeto przecież się TYJE, a nie chudnie!  Wołam za profesorem Jaroszyńskim: Opamiętajmy się i zwolnijmy troche to tempo życia, byśmy krytycznie mogli podchodzić do serwowanej nam demagogii! Chodźmy zatem na grzyby. Przejdziemy paręnaście kilometrów, stracimy dużo tłuszczu, wciągniemy w płuca swieże leśne powietrze. Obejrzymy sarenkę, dzika (z daleka) i może nawet pięknego rudego liska. Jesienna sceneria czyni wymarzone warunki do fotografii portretowej, będziecie najmilsze Panie jeszcze piękniejsze niż na zdjęciu wykonanym w jakiejkolwiek innej porze i warunkach. Gwarantuję wspaniałe samopoczucie, utratę prawie kilograma dziennie, no i grzyby są wyjątkowo niskokaloryczne (co innego masełko i śmietanka, na których lubimy je przyrządzać). Spacerek wzmocni mięśnie brzucha („kaloryfery”), które w sposób naturalny wciągną nasze brzuszysko w głąb ciała, dając sylwetkę kulturystowieatlety lub aktorki. Tak więc pozostawmy na boku wynalazki jak dieta Atkinsa, chitynę, herbalajfy, rozmaite preparaty cudowne z łam niemieckiej prasy po polsku dla kobiet (die Cienie i Blaski, die Chwila dla Ciebie, der Moje Imperium, das Przyjaciółka etc, etc.)  Dygresja: Frojlajn to po niemiecku rodzaj nijaki, toteż konsekwentnie Przyjaciółka też, chyba? Pozostawmy te ćwierć- pół- i pseudośrodki i starajmy się żyć w sposób jak najbardziej zbliżony do takiego, jaki zaleca nam sama Natura.

Ciąg dalszy nastąpi

Zdjęcia:  www.echodnia.eu      www.vebidoo.de

 

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Rozmówki o jedzeniu, rozdział IV

  1. Jolanta Król pisze:

    To wszystko wina Wańkowicza, że wymyślił takie hasło reklamowe: cukier krzepi. To wlecze się za nami od przedwojnia. Ja się nie mogę opanować. Słodzę mocno i herbatę, i kawę. W takim razie nie rozumiem, dlaczego brązowy cukier jest tak drogi. W Polsce to jest przebicie trzykrotne, czterokrotne. Byłam pewna, że to jest po prostu jakiś lepszy cukier. Jak to można marketingiem zrobić ludziom wodę z mózgu (sic!).
    Spacery pochwalam. Może niekoniecznie w sprawie grzybów, bo do lasu mam trochę daleko (chyba że Kabacki), ale ja akurat mieszkam w pięknej dolinie; jest gdzie spacerować i są b. wygodne ścieżki rowerowe.
    Absolutnie też polecam ćwiczenia. Pół godziny na macie, razem z instruktorką, która mówi tylko do nas z płyty dvd. 🙂 W sobotę można sobie zaserwować trening nieco dłuższy i forsowniejszy.
    Natomiast nie wiem, czy uda się Panu tutaj w Polsce odwieść Panie od prasy kobiecej. Ja widzę w autobusie, w metrze – one to naprawdę chłoną, szczególnie te kolumny ploteczkowe, towarzyskie. Miałam swego czasu koleżankę w pracy o poglądach, proszę mi wierzyć, prawicowych, ale bez „Gali” nie potrafiła żyć. Opowiadała mi potem między wierszami kto z kim, gdzie i kiedy (romanse, rozwody, śluby, patchworkowe rodziny itd.). Mądra dziewczyna, doświadczony terapeuta, ale ten świat pusty, zakłamany, pełen blichtru – jednak ją wciągał. Natomiast nie spaczył jej kulinarnie. Gotowała – i gotuje – świetnie. 🙂
    Puk, puk. Panie Piotrze, jest Pan tu? Publikuje Pan, więc, jak mniemam, tam u Pana pogoda znośna. U nas te temperatury niskie. Zimno. Brrr.

  2. bardzo pisze:

    Nie, nie usiluje Pań odwieść od śmietnikowej literatury. Tylko trzeba ja traktowac z dystansem. Ale stop, to nie jest obszar mojej ekspertyzy. Cwiczenia w dusznej sali… jak sie nie ma co sie lubi… Ale najfajniej zapakować plecak czymś ciepłym do włożenia na grzbiet, żarciem, termosem z herbatą z rumem, nożem myśliwskim o szerokiej klindze, aparatem fotograficznym, gwizdnąć na Psa i w drogę, do lasu. Bo ćwiczenia w sali można przerwac z byle kaprysu, a ćwiczenia w lesie to jak sie przerwie to można w domu nie zanocowac, więc jest niezła motywacja. A ile wrażeń i nie tak nudno (chyba że salowa instruktorka niezwykle atrakcyjna). I Pies nie pozwoli zatrzymac sie w wysiłku…

    Z zaprzyjaźnionej listy: Forma przetrwalnikowa. ta ekspresja saługuje na Oskara conajmniej. Forma osobowa, nieosobowa, pośpieszna i przetrwalnikowa. Doskonale! gratuluję wynalazczości. Czy jest Pani pewna, że w Pani jakaś inżynierska nutka się nie kołacze? Z taka wyobraźnią…

  3. Jolanta Król pisze:

    Podoba mi się ta wycieczka do lasu. Choć z tyłu głowy mam te małe żyjątka, które się wkręcają wrednie tu i tam. Kleszcze!
    W kwestii: formy przetrwalnikowej. Się napisało, Panie Piotrze. Z rozpędu. Ale jeśli podoba się Panu, to jest mi miło.
    Nutka inżynierska kołacząca się w mojej duszy?! Oj, nie sądzę. Nie mój obszar ekspertyzy. 🙂

  4. bardzo pisze:

    Partyzanci claymi latami siedzieli w lesie i jakos kleszczy sie nie bali. Oni w ogole niczego sie nie bali. ale to inna sprawa. Trzeba sie odpowiednio ubrać, czapeczka, buty do chodzenia i nie ma sprawy. A po powrocie do domu Psa dobrze przejrzec,szczególnie za uszami.

    Sa tez pszczoły leśne, komary i gzy, a nawet szerszenie. Ale czy z powodu takich małych stworzonek mamy sobie odmówic przyjemności znalezienia sie przez chwile tam, gdzie naturalnie nasze miejsce?

    Obszar ekspertyzy to miał byc taki ironiczny amerykanizm (not my area of expertise).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s