Pogaduszki o żywieniu, rozdział III

 

Cukrowce, czyli węglowodany, ciąg dalszy

Czasy biblijne. Manna na pustyni stanowiła wysokobiałkową odżywkę dla zgłodniałych uciekinierów. Dobry Adonai zesłał im wyposażenie pozwalające na produkcję biomasy białkowej, prawdopodobnie drogą fermentacji i namnażania drobnoustrojów, albo makroorganizmów.

Owo pożywienie było przeznaczone dla ludu. Starszyzna i kapłani mieli ponoć inne jedzenie, uboższe w białko, a bogate w węglowodany. Niektórzy analitycy tuszą, iż mogło to mieć związek z promowaniem czynności intelektualnych u tych drugich…

A może było odwrotnie…

Cukry proste, głównie glukoza, to szybka odżywka dla osób, które aktualnie dokonują wielkiego fizycznego wysiłku. Nie jest to ani narkotyk, ani doping, ale normalne pożywienie w postaci najprostszej. Kolarz popijający słaby roztwór glukozy (niech to będzie 5%), szybciej dogoni czołówkę, niż ten, który zadowala się czystą wodą.  Natura, nie dała człowiekowi pragnienia, ochoty na słodkości. Okazjonalnie człowiek Natury mógł sobie polizać troche miodu, ale nieczęsto, ponieważ zdobycie tego specjału było trudne i niebezpieczne. Z czasem ludziska zaczęli hodować pszczoły w barciach, specjalizowali się w tym szczególnie Słowianie, którzy wynaleźli miody pitne, przejęte później przez Germanów i Skandynawów. Warta wzmianki jest niesamowita inwencja słowiańskich bartników. Kto wie, czy nie ma w tym wpływu domieszka przemysłu sarmackiego. Bartnik zabezpieczał ule przed niedźwiedziami w genialnie prosty sposób. Wieszał mianowicie na sznurze albo łańcuchu kawał potężnej kłody, akurat u wejścia do ula umieszczonego w dziupli na pewnej wysokości. Pszczołom taka przeszkoda zupełnie nie zawadzała. Miś zwabiony zapachem i brzęczeniem właził na drzewo i rzecz jasna od razu zniecierpliwiony odpychał bal. Ten po jakims czasie wracał ruchem wahadłowym i walił intruza po łbie. Rozwścieczony niedźwiedź odpychał kłodę tym razem z całej siły. No, ale akcja równa się reakcji. Zwierz lądował na ziemi potłuczony wielce, a ważył dobre kilkaset kilo, więc można sobie wyobrazić, jaki wstrząs nastepował przy tak brutalnym zetknięciu maruchy z gruntem. Odchodziła mu na długo ochota na skosztowanie słowiańskiego miodu (aluzja!).

Człowiek Natury do dyspozycji miał także owoce, które były mniej, lub bardziej słodkie, jednak tylko w ciepłych porach roku. Też zresztą szybko nauczył się wytwarzać z nich fermentowane zacności. Człowiek – produkt cywilizacji – przyzwyczajony jest przez przemysł oraz ośrodki opiniotwórcze, że co słodkie, to smakowite. Często ten pogląd prowadzi do nałogu. Pamiętajmy, słodycze nie zaspokoją głodu, mogą go tylko przytłumić na czas jakiś, aby po chwili kiszki zaczęły nam grać czastuszki ze zdwojoną energią. Ale łakocie są wszak tanie w produkcji, trwałe i uzależniające. Przemysł spożywczy wie o tym doskonale. Efekty tej sytuacji obserwujemy na własne oczy. Moje dziecko do czwartego roku życia obywało się w zasadzie bez słodyczy, lubiło natomiast ryby i kotlety. Gdy poszło do przedszkola, zaserwowano dzieciom tzw. twinkies, takie gąbczaste owalne kawałki mdławosłodkiego ciasta wypełnione sztucznym szmalcem wymieszanym z cukrem (Amerykanie tę miksturę nazywają frostingiem, albo – o zgrozo! – kremem). Dzień po dniu, w potomstwie wykształcił się pęd do słodyczy, szczególnie czekolady. Z orzechami.    Trzeba zaznaczyć, że słodycze w tym Kraju są tak potwornie słodkie, że owa dominująca mdlista słodycz przyćmiewa wszystkie niuanse dodatków, jak wanilia, czy inne koncentraty smakowo zapachowe, naturalne i syntetyczne. Tak w ogóle, to wszystko w Ameryce ma słodki lub przynajmniej słodkawy smak. Chleby, szynki, parówki, zupa pomidorowa…

Powiedzmy teraz coś o napojach teoretycznie chłodzących. Z etykietki wynika (można to obliczyć na podstawie informacji kalorycznych), że (koka- kola) oprócz rzecz jasna całej tablicy Mendelejewa, zawiera 12 procent cukrowców. Po co to? Ano w Ameryce od przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego stulecia nie używa się właściwie cukru w przemyśle, ale chemicznie hydrolizowany syrop otrzymywany z krochmalu kukurydzianego, który jest o wiele tańszy niż cukier. Do przepompowywania owego syropu powinno się stosować wyłącznie rurociagi wykonane z aluminium, ponieważ nawet stal kwasoodporna kruszeje w zetknięciu z tym specyfikiem. Co więc taki syrop czyni z naszym żołądkiem?

Napoje typu koka kola można, acz nie za często, stosować na dolegliwości gastryczne i to w niewielkich ilościach. Taka zresztą była pierwotna idea tej cieczy. No, a co z innymi napojami typo Pop drinks? Niestety, one zawierają tyle samo słodkości, co koka kola albo pepsi kola. Zauważmy. Idziemy sobie w dzień upalny do sklepu i widzimy obok siebie dwulitrowe plastikowe flaszki z napojami słodkimi i wodę sodową w identycznych opakowaniach. Co ja gadam, co ja gadam! Wody sodowej szukamy i szukamy i być może znajdujemy kilka niewielkich pojemników w zakurzonym kącie przybytku. Który z tych towarów jest tańszy? Logicznie, powinna być woda sodowa, bo przecież to tylko woda i bombelki, prawda? Otóż figa z makiem! Ciocia kola kosztuje powiedzmy 88 centów, a woda sodowa dolara. Albo w ogóle nie ma jej w takich samych flaszkach, ale jest za to w dwa razy mniejszych po 79 centów. Dlaczego? Ano, gdy wypijesz szklankę wody sodowej, to starcza na jakis czas. Natomiast szklanka słodkiego napoju, zwłaszcza w upalny dzień, wywołuje natychmiastową chęć do napicia się nastepnej szklanki, i nastepnej, i tak dalej. Powszechnym widokiem na imprezie na wolnym powietrzu jest osoba z szóstką koka koli w garści. Bo tu się pija nie na szklanki, nie na puszki, ale na szóstki. Szóstka napoju zawiera ekwiwalent niemal pół kilograma cukru, czyli okolo 2000 kalorii! O mein Gott! To jest następny czynnik powodujący tak częste przypadki ogromnej otyłości wśród Amerykanów, i nie tylko. Aktualnie, w chłodniejszej porze, supermarkety sprzedają wode sodową po 69 centów. Gwoli rzetelności, musimy oddać sprawiedliwość: ostatnimi czasy, największe sklepy spożywcze prawie zawsze mają na wyprzedaży wodę sodową w cenie napojów słodzonych i nawet w dwulitrowych pojemnikach PET.  Cukier chroni przed rozwojem drobnoustrojów (oprócz drożdży osmofilnych), poza tym nadmiar cukru to ponoć margines na wyrównanie rozcieńczenia roztapiającym się lodem dodawanym do napojów. Ale tak naprawdę to sprowadza sie do komercji, komercji, komercji i ogłupienia … Znów w nagłym przypływie uczciwości zmuszeni jesteśmy nadmienić o konieczności picia płynów izotonicznych. Napój izotoniczny to taki, w którym stężenie rozpuszczonych związków daje ciśnienie osmotyczne takie, jak naturalnie występujące w organizmie. A jest to równowartość 0,9 procenta soli, czyli w przeliczeniu na cukier buraczany, czyli dwucukier (już wyjaśnialiśmy, co to oznacza) około 7 procent. A na jednocukier (fruktozę na ten przykład), około 3,5 procenta. No ale, powie demagog, tutaj, wolny kraj i jest swobodny wybór. Przecież mamy także napoje dietetyczne, bez odrobiny cukru, czy syropu. Zero kalorii! Chwileczkę. Ponieważ jakoś musimy zapobiec w produkcie  rozwojowi bakterii, a soli przecież nie nasypiemy, dietetyczne napoje zawierają wyczuwalne ilości kwasu fosforowego i fosforanów, a także syntetyczny kwas cytrynowy, ktory niektórzy uważają za środek spowalniający czynności intelektualne mózgu. Coś więc za coś! Cóż, Amerykanie popijają swoje whiskey i burbony, mieszając je z rozmaitymi sodami powyższego typu. Nie nowina to, że w owych drinkach owe piekielne “sody” szkodzą o wiele bardziej niż sama treść czyli trunek. Wyglada zatem na to, że piwo jest napojem najzdrowszym i najlepszym dla ugaszenia pragnienia, ale o tem potem. Syrop kukurydziany, w wersji pierwotnej i dodatkowo izomeryzowany na wysokofruktozowy, to niemal podstawa pożywienia  zamieszkujących ten Kraj. Stosuje się go dosłownie wszędzie. Do majonezów, sosów, makaronów, wyrobów mięsnych… Nie ma tu właściwie pieczywa o smaku doskonale niesłodkim, jak polskie zwykłe bułeczki w ksztalcie dupki, albo chleb żytni. Wszędzie syrop. Paranoja? Skosztujmy tradycyjnej surówki z kapusty, zwanej cole slaw. Kapusta pływa w ciemnożółtej, tłustej mazi, a słodkiej jak samo nieszczęście, z gęstymi kropkami nasion selera. Spróbujmy sos tartarski. Aż się klei od słodyczy. A obydwa te produkty podaje się do ryb, które jako takie, czasem u miejscowych wychodzą całkiem przyzwoicie w postaci smażonej, pieczonej, czy też duszonej, albo na parze. Również ogórki kiszone są nie tylko słodkie, ale barwione na żółto przyprawą która nazywa się turmeric, a którą w starożytności fałszowano drogocenny szafran. Raz, a było to w roku 1989, na Święta przyniosłem do pracowni upieczony przez żonę spory kawałek placka. Pracował tam jeden starszy Japończyk. I powiada: O, polskie ciasto! Słodkie, ale niesłodkie. Po czym sam zjadł połowę. Cóż, polskie żarcie jest cenione w USA i na świecie. Żywność to jedyna dziedzina, gdzie przymiotnik “polski” nie jest epitetem, a raczej dość sugestywną zachętą do kupowania. Cofnijmy się jeszcze na chwilę wstecz o jeden krok. Całkowite potępienie fruktozy byłoby swego rodzaju nieuczciwością.  Metabolizm fruktozy omija system insulinowy, co ma znaczenie w żywieniu diabetyków. Ale co do szczegółów w tej materii nie chcę się wypowiadać, pozostawiając pole do popisu fachowcom w dziedzinie dietetyki.    Jest jeszcze jeden dietetyczny cukrowiec, który należy pokrótce omówić i to w pewnym oddaleniu od gum i błonnika, ponieważ nie należy do tych kategorii ani dietetycznie, ani pod względem chemicznym. Ten cukier nazywa sie inulina i wystepuje w cebuli. Ma on wielkie znaczenie w diecie człowieka, mimo, że organizm ludzki nie potrafi go przetrawić, jako że czasteczki inuliny składają się z pięciu, a nie sześciu atomów węgla. Otóż, może to zabrzmi cokolwiek nieapetycznie, ale w okrężnicy, szczególnie w końcowym jej odcinku mieszkają sobie specyficzne bakterie, które nazywają się bifidobaktery. One utrzymują kwasowość środowiska tej niezwykle ważnej części ciała (lepiej nie wymienię jej polskiej potocznej nazwy, albowiem Redakcyjny automat jest tak zaprogramowany, że bezkrytycznie wyznaczkowywuje ekspresje powszechnie uważane za niewłaściwe), one otóż zapewniają stabilizację odczynu owej strefy na odpowiednim poziomie kwasowości, to znaczy w miarę wysokiej (niski współczynnik pH). Jeśli na pewien czas pH wzrośnie, czyli kwasowość spadnie, narażamy się na podwyższone ryzyko wystąpienia nowotworów odbytu, co jest schorzeniem zarówno bardzo niebezpiecznym, jak też szczególnie nieprzyjemnym i trudnym w leczeniu. Ponieważ mamy wiek dwudziesty pierwszy, z byle katarkiem i kaszelkiem biegamy do lekarzy. Medycy nie ochrzaniają sie zbytnio (excuse le mot) i przeważnie aplikują nam antybiotyk, a potem dopiero pytają o samopoczucie. Osobiście nie rozumiem takiej procedury, ponieważ jak wiadomo, antybiotyk na wirusy nie działa, a to przecież wirusy grypy odpowiedzialne są za większość przeziębieniowych komplikacji, prawda? No, ale jak jest, tak jest. Fachowcy chyba wiedzą, co robią. Chodzi nam o to, że ubocznym skutkiem pobierania antybiotyków jest zniszczenie mikroflory okrężnicy. Szczególnie więc dla leczonych antybiotykami ważne jest uzupełnienie w organizmie bifidobakterii i, uwaga, podanie naszym przyjacielskim drobnoustrojom pożywki. A jest nią właśnie inulina. Bifidobaktery bardzo lubią odżywiać się cebulą. To znaczy, że trzeba jeść cebulę i popijać kefirem, jogurtem, zsiadłym mlekiem, a najlepiej mlekiem acidofilnym. (Cebula ostatecznie może być podsmażana, byle nie rumiana, bo inulina jak wszystkie cukry, karmelizuje. Podkreślam jednak, że surowa cebula jest o wiele zdrowsza niż obrabiana termicznie). Jako przerywnik, opowiem zdarzenie datujące się nie wcześniej niż dziś rano.    Otoż moje Szczęście upiekło nowatorski, niezwykle pracochłonny sernik z serka śmietankowego, śmietany i podkładek z piernikowatych jakichś herbatników (o dziwo niezbyt jak na amerykańskie warunki słodkich). Moim zdaniem smaczny, ale pamietajmy, że zwykle co smaczne, to szkodliwe. Proszę poczytać trochę informacji na Sieci, jeśli nie brzmię dosyć przekonywująco. Nałożyłem sobie trójkącik tego serniczka i zjadłem ze smakiem, popijając herbatą bez cukru (lubię herbatę bez cukru, w przeciwieństwie do kawy, którą słodzę po brazylijsku). Ten kawałeczek mógł ważyć może skromniutkie 15 deko… Gdy przeczytałem sobie nasze rozważania sprzed paru godzin, przeraziłem się nie na żarty! Załóżmy, że ze względu na skład torcika, średnia kaloryczność suchej masy może kształtować się na poziomie moze 6 kcal na gram. Zawartość wilgoci oceńmy konserwatywnie na 45 procent. Komputerek pod czaszką zaczął zaraz wydawać odgłosy świadczące o wykonywaniu ciężkiej pracy. 150 gramów razy 6 kilokalorii na gram razy jeden minus 44, czyli razy 55 procent… Czy naprawdę mam podawać wynik do publicznej wiadomości?… Dobrze, niech będzie ten mój wstyd i żenada. Pięćset kilokalorii!!! Konkretnie 495.68326_260417_pkin Ważę powiedzmy 110 kilo, a wiec aby spalić ową dawkę energii, muszę wejść na szczyt Pałacu Kultury imienia Józefa Wissarionowicza Stalina… 27 i pół raza!    Gdzie ja tu znajdę Pałac Kultury?! Gdzie ja tu w ogólności znajdę jakakolwiek kulturę!!! Reszta więc dnia jak dotychczas schodzi na połówce paczki macy i bezkalorycznym czerwonym barszczyku…

No to dla odwrócenia uwagi porozmawiajmy o oligosacharydach. Z punktu widzenia dietetyki, ograniczymy się do sacharozy, maltozy i laktozy. Reszta się w zasadzie nie liczy. Wspomniany już wcześniej emerytowany Japończyk z mojej pracowni sprzed 18 lat powiadał filozoficznie, że każdy powinien przeznaczyć sobie co jakiś czas chwilę na dystrakcję. Odchodzi wówczas od tego, co robi i patrzy na swą pracę z dystansu, aby skorygować ewentualne błędy i niedoróbki, póki jeszcze nie jest za późno. Póki bossowie nie widzą. Załóżmy, że ktoś liczy kalorie i postanawia odżywiać się na śniadanie sucharkami, albo macą, zamiast (jak sugeruje prof. Berger) świeżym chlebem mieszanym, tzn. pszennym i żytnim. Pomyślmy chwilę. Mamy kromkę chleba o wadze powiedzmy dwudziestu gramów albo płatek chlebka dietetycznego ważący 10 gramów. Który z nich dostarczy wiecej kalorii?    Świeży chleb ma np. 60 procent wilgoci. Sucharek prawie zero, ale załóżmy że 4 procent. Wartość kaloryczna suchej masy wynosi 4,2 kalorii na gram.    Chleb: 20 razy 40 procent suchej masy razy 4,2 równa się 33,6 kcal. Sucharek: 10 razy 96 procent suchej masy razy 4,2 równa się 40,3 kcal. (lubię macę, a co, nie wolno?). No comment. Przeto po co w ogóle jeść i tylko niepotrzebnie pobudzać sobie apetyt? Wystarczyłoby brać preparaty witaminowo mineralne (uwaga na wynalazki!) i pić wodę lub czasem piwo (doskonaly lekkostrawny środek odżywczy). Jeśli mi kto powie, że piwo zawiera głównie alkohol i jest używką, to powiem, że on jest kolejną ofiarą propagandy i demagogii. Piwem zajmiemy się wkrótce i proszę sie spodziewać zaskakujących informacji, popartych rzecz jasna odnośnikami, przeczących kitom i mitom wciskanym masom przez środowiska rozmaite za pośrednictwem środków piorących (mózgi), w różnych celach.      O produktach fermentowanych czas rozmawiać właśnie teraz, jako że większość procesów fermentacji w dziedzinie spożywczej to przetwarzanie węglowodanów.

I jak zwykle odeszliśmy od założonego tematu, czyli od tematu oligosacharydów, czyli kilkocukrów. Zróbmy zatem przerwę na zastanowienie się…

Ciąg dalszy nastąpi

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Pogaduszki o żywieniu, rozdział III

  1. Jolanta Król pisze:

    Kawałek sernika – 495 Kcal?! Dear God. To przecież na mojej rozpisce diety niskokalorycznej to jest energetyczność obiadu np. udko kurczaka pieczone w rękawie foliowym, 2 ziemniaki pieczone w mundurku, fasolka szparagowa i surówka z czerwonej kapusty. Podziwiam dyscyplinę, jaką Pan zachował do końca dnia, i rozumiem, dlaczego wkleił Pan zdjęcie tego bydlęcia architektonicznego, czyli Pałacu Kultury i Nauki (oj, o nim, to osobny autobiograficzny wątek).
    Pana tekst w ogóle mnie zdyscyplinował. Z colą nie ma żartu. W tej kwestii powinna panować spójna polityka domowa co do jej niekupowania. Niestety, w moim domu to nierealne. Tak więc dziś … wypiłam. Mea culpa. Ale przeczytawszy Pana felieton, resztę wylałam do zlewu, szklankę opłukałam, nalałam sobie czystej wody (Nałęczowianka), wkroiłam plaster cytryny. Ciąg dalszy rozliczania się z moich grzechów i zaniedbań (pod wpływem słowa pisanego Pana Bardzo): jestem po pewnej dawce antybiotyków, i biorę probiotyk trilac. Za mało – poleciałam po kapsułkę. Niech będzie w tej ważnej części ciała – kwaśno. Ponadto zimno, ciemno, porwałam D-vitum. Rano zasilam się żuravitem. To ile ja tych suplementów biorę? Sporo. Niby mam sok żurawinowy na podorędziu. Dolewam do herbaty. Ale jak łyknę pigułkę suplementu, mam takie miłe poczucie spełnionego obowiązku. Obowiązku dbania o zdrowie, wyjaśnię jeszcze.
    Zawsze lubiłam surową cebulę. Pan chwali właściwości jej inuliny. Cieszę się. W pracy jadłam jogurt. Zatem bilans zachowany.
    I co jeszcze? To piwo. A niech pije, kto może, a jak nie powinien, niech nie pije (a nawet nie tyka).
    Bardzo ładne o tych słowiańskich bartnikach i miśku walonym kłodą w łeb.
    Przekomiczne. 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s