Odżywianie się, rozdział II

Będziemy już pomału kończyć z białkami. Ileż można. Białka mają to do siebie, że gdy się zepsują (zgniją), to straszliwie śmierdzą zgnilizną. Głównymi składnikami tego niemiłego dla nosa zapachu są, jak już nadmienialiśmy, siarkowodór i amoniak. Zjawisko gnicia powodowane jest przez bakterie gnilne, proteolityczne, jak pseudomonas, lubiące niskie temperatury, albo przetrwalnikujące beztlenowce jak clostridium, do których należy szczep botulinowy, czyli jadu kiełbasianego, uważanego za najzjadliwszą truciznę występującą w Naturze. Ważną cechą procesu gnilnego jest kwasowość. Gnicie nie będzie zachodzić w odpowiednio wysokiej kwasowości. Dlatego produkty żywnościowe o współczynniku pH poniżej 3,5 zasadniczo nie wymagają sterylizacji. Produkty fermentacji cukrowców nie śmierdzą, a raczej pachną nawet przyjemnie. Dlatego gdy rolnik sporządza na zimę kiszonkę dla zwierząt, po zapachu ocenia jej przydatność do spasania. Dobra kiszonka obniża drastycznie swój współczynnik pH (podwyższa kwasowość), a źle zrobiona podnosi ten wskaźnik powyżej 4,5 (optimum dla klostridiów), a potem jeszcze wyżej. Chodzi o to, aby zanim organizmy powodujące gnicie zdążą pomyśleć o rozpoczęciu akcji, wszędobylskie pałeczki kwasu mlekowego zaczęły rozkładać cukry, szybko obniżając kwasowość i nie dopuszczając do głosu szkodników. Wobec tego np. marynowane śledzie możemy przechowywać przez wiele tygodni.    Solenie (np. śledzi), to zupełnie inny proces utrwalający żywność. Wskutek wysokiego stężenia roztworu solanki, wszystkie mikroorganizmy, w tym gnilne, idą spać. To sie nazywa hemibioza, czyli półtrwanie. Gdy śledzia wymoczymy, czem predzej musimy go poddać obróbce, albo skonsumować, aby za nas tego nie zrobiły bakterie gnilne. A drugiej strony, nadgniłymi śledziami wspaniale wywabia sie krety z naszego ogródka z powrotem do sąsiada. Wiem z autopsji. Istnieją jednak takie zwierzaki, które bardzo lubią nadgniłe mięso. Do nich należy hiena, krokodyl i niedźwiedź. Sybiracy celowo poddają rybę procesowi przemian bakteryjnych, aczkolwiek wątpię, czy są to procesy gnilne. Aby ten temat jeszcze trochę zagmatwać, nadmienię, że w Niemczech, produkuje się specjalny regionalny serek przy użyciu bakterii przetrwalnikujących. Ponieważ warunki fermentacji są ściśle kontrolowane, bakterie typu clostriduim rozkladają białko sera tylko w pewnym stopniu, nie posuwając się do powodowania gnicia. Skutkiem tego, serek smakuje bardzo ostro, ale nie nieprzyjemnie, a stosuje się go po utarciu do posypywania kanapek. Cóż, jeszcze na koniec małe pytanko. Co sie psuje szybciej – kurczak, czy ryba i dlaczego? I tym smakowitym akcentem zakończymy temat białek.

Przejdźmy do cukrowców. Będąc przy cukrowcach, czyli węglowodanach, zastanówmy się jeszcze przez chwilę w sferze białek. Skąd biorą się białka w pożywieniu? Biorą się z azotu, który w roślinach pochodzi z gleby, a w mięsie z roślin zjadanych przez zwierzęta. Każde stworzenie posiada zdolność do syntezy innych aminokwasow, które dla innych organizmów moga okazać się egzogennymi (co to znaczy, już mówiliśmy). A w glebie azot bierze się z trzech zasadniczych źrodeł. Po pierwsze, poprzez nawożenie organiczne i mineralne. Organiczne polega na rozkładzie w glebie martwych organizmów zawierających białka, a także z odchodów zwierząt, a nieorganiczne przez nawożenie w postaci saletry, mocznika i innych zwiazków azotu. Po drugie, poprzez asymilację azotu z powietrza przez rozmaite rośliny, jak motylkowe, strączkowe, czy koniczynę. Po trzecie, przy udziale pewnych szczepów bakterii azotowych. Mówimy wiec o cyrkulacji azotu w przyrodzie.    Dla odróżnienia, skąd się biorą cukrowce w żywności? Z asymilacji dwutlenku węgla z powietrza za pośrednictwem zielonych roślin, przy czym najwięcej dwutlenku węgla przetwarzane jest przez glony i plankton w morzach i oceanach, dopiero na drugim miejscu pod tym względem stoją bory, lasy, puszcze, dżungle i knieje. Mamy więc i cyrkulację węgla w przyrodzie. Cukrowce, czyli węglowodany, to nie są (wbrew nazwie) związki węgla z wodą, jak to można było kiedyś wyczytać w humorze zeszytów. Choć i struktura cząsteczek cukrowców wygląda dość zmyłkowo, mianowicie molekuły te składają się z węgla, wodoru i tlenu. Grupy funkcyjne to zazwyczaj układ aldehydowy, albo rzadziej ketonowy, taki system pozwala na tworzenie połaczen łańcuchowych czy nawet sieciowych.    Czy białka mogą łączyć się chemicznie z cukrami? Mogą, takie związki nazywają się związkami Mailarda, są niestrawne, a powstają w niedobrze zblanszowanych warzywach czy źle przechowywanym makaronie. W latach siedemdziesiątych grupka pismaków (a oni jak wiadomo są najczęściej przykładem kompletnej ignorancji), wyśmiała bezlitośnie pewną studentkę wrocławskiej WSR za to, że pisała doktorat z ciemnienia makaronów. Też mi ważny tamat, szydzili. A właśnie, że ważny, ponieważ reakcje Mailarda obniżają drastycznie wartość odżywczą np. właśnie makaronów. Tak samo, były próby ośmieszania doktorantów w dziedzinie fermentacji alkoholowej, czy technologii piwa i słodu. Czy cukrowce mogą się łączyć z tłuszczowcami? To jest pytanie arcyciekawe. Wiąże się ono z niesamowitym przekrętem na skalę światową w wykonaniu pewnego koncernu w Cinncinnati. Ale o tym porozmawiamy przy tluszczach. Do cukrowców zaliczamy monosacharydy, czyli cukry proste, jak glukozę, czy fruktozę, cukry podwójne, (rzadko potrójne, czyli oligosacharydy) jak podwójny cukier trzcinowy czyli buraczany (proszę zwrócić uwagę na analogię społeczną lub polityczną przedrostka “oligo”, np. oligarchia finansowa czy polityczna oraz buraki), wreszcie polisacharydy, albo wielocukry, z których najważniejsze to celuloza i skrobia. W organizmach zwierzęcych strukturę mechaniczną organizmu typowo tworzy białko, podczas gdy w roślinnych, cukrowce. Trwałość i sztywność konstrukcji zapewnia łańcuchowa i przestrzenna budowa cząsteczki celulozy.    Cukrowce obejmują też gumy spożywcze i pektyny służące do zagęszczania produktów żywnościowych i do usuwania cholesterolu, a także kwasów żółciowych z organizmu, chitynę, która stanowi pancerz i szkielet zewnętrzny niektórych owadów, (a którą to substancję niektórzy teoretycy bardzo zachwalają jako pożeracz tłuszczu u tłuściochów), błonnik, również pewnie parę innych substancji, ktore mi teraz jakoś nie przychodzą do głowy. Jeszcze z punktu widzenia dietetyki i technologii, bedziemy przy tej okazji rozmawiać o alkoholu etylowym, occie, kwasach mlekowym, cytrynowym i jablkowym. W naszej codziennej diecie, węglowodany powinny obejmować 70 i wiecej procent wkładu kalorycznego. To znaczy, że przy siedzącym trybie życia, należałoby konsumować 350 gramów węglowodanów dziennie. Dieta wymuszana przez neocywilizacje niejako zmusza nas do spożywania jak największej ilości cukrów prostych, które rozpoznajemy po słodkim smaku, a które w nadmiarze są szkodliwe i uzależniające. A powinniśmy właśnie ograniczać je tak bardzo, jak możemy na korzyść wielocukrów. Pamiętajmy przy tym, że wbrew temu, co sugeruje treść wielu etykietek na produktach spożywczych, cukry proste, czy dwucukry, to też węglowodany, nie tylko skrobia. W organizmie krąży pewna ilość cukru pochodzenia zwierzęcego (człowieczego), mianowicie glikogen. Jest w nas tej substancji akurat tyle, żeby starczyło do natychmiastowego użytku. Nie za dużo i nie za mało. Jeśli jest za dużo, lub za mało, to znaczy że mamy do czynienia z zaburzeniami metabolizmu, z których to dolegliwości najprzykrzejszą i najcieższą jest cukrzyca, której przejawem jest obecność nieprzemetabolizowanej glukozy w osoczu krwi. Węglowodany dla człowieka to surowiec energetyczny, powiedzmy w uproszczeniu, paliwo. Jeśli przyjmujemy ich zbyt wiele, nadmiar przetwarzany jest na tłuszcz i odkładany w najbardziej niestety widocznych miejscach ciała. A organizm nasz to jest bestia pierońsko skąpa, czyli mówiąc bez ogródek, kutwa. Odkłada mianowicie bardzo chętnie zapasy na zaś, ale gdy przychodzi w czasach potrzeby do sięgnięcia po owe zmagazynowane rezerwy, wykazuje daleko z8712876Q,jedzenie--kanapka--grubas--wyzywienieidącą powściągliwość i raczej będzie skłonny do spalenia białka strukturalnego, niż do zużycia nagromadzonego tłuszczu. Dlatego, przytyć i dostać  tzw. bębna możemy bardzo łatwo, ale z powrotem zrzucić nadwage… no cóż, przemysł bazujący na celowo podtrzymywanej paranoi, apologezie anoreksji, ma się wspaniale, w samych tylko Stanach Zjednoczonych sprzedaż specyfików na miraż cudownego schudnięcia sięga dziesiątek miliardów dolarów rocznie (z danych sprzed paru lat – 10 miliardów zielonych).

 

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

10 odpowiedzi na „Odżywianie się, rozdział II

  1. Jolanta Król pisze:

    Ja tu chyba jakieś notatki porobię. Schematy. Rozrysuję sobie to wszystko. Dużo chemii. Ale powiem – wiedza ważna i pożyteczna. Dopełnia w istotnym stopniu to, co doczytuję w innych książeczkach o zdrowym odżywianiu, takie wersje soft, specjalnie dla Pań napisane, wręcz komercyjne, z przesłaniem: kobieto, stara, młoda, dbaj o siebie, ćwicz, zdrowo się odżywiaj. Do tego dołączone płytki dvd z tymi pokazami ćwiczeń ruchowych, to podbite muzycznie. No ale co ja tu będę Panu tłumaczyć takie oczywistości.
    Ostatnio słuchałam wykładu o dobroczynnym znaczeniu dla rozwoju dziecka RUCHU. Jakaś mądrość była w naszym dzieciństwie, żeśmy tak buszowali po podwórkach, grali w klasy, bawili się w chowanego, chodzili po krawężnikach, wisieli głową w dół na trzepaku. Teraz rodzice zagospodarowują dzieciakom wolny czas bardzo szczelnie, na życie podwórkowe nie ma wolnej chwili, a jak coś nie tak z koordynacją ruchową pędzą do gabinetu instruktora SI (integracja sensoryczna). A gabinetem, godzinną sesją, to się wszystkiego nie załatwi (a usługa – droga).
    Z kolei nasz błąd to zwykłe lenistwo. Przed komputerem tkwimy, tv, zamiast do jakieś grupy ćwiczącej dołączyć. W moim osiedlowym domu kultury różne takie grupy, taneczne, jogiczne, kalanetikowe. Muszę się zorientować w ich ofercie.
    Bo niestety wczoraj wieczorem cukry proste pożarte pod postacią mlecznej czekolady z orzechami – tak, bym powiedziała, bez umiaru. 🙂

  2. Ania pisze:

    Oj, ja też mam taką okrutną słabość do słodyczy Pani Jolu, że wstyd mi przed samą sobą. Walka wewnętrzna była zażarta, ale jednak udało mi się zmienić nieco nawyki żywieniowe. Lody, czekoladę, ciasta tortowe i krówki zastąpiłam słodkimi owocami i domowymi kompotami .Organizm przestawił się zaskakująco szybko i efekty są zauważalne, co mobilizuje do kolejnych zmian w jadłospisie.
    Nie jestem zwolenniczką odmawiania sobie przyjemności, więc szukam zamienników, których smak mnie satysfakcjonuje.

    A najlepsze wyniki na utrzymanie prawidłowej wagi uzyskuje się ograniczając do minimum każdą porcję, wówczas można jeść wszystko , nawet ciasta ( najlepiej domowe) i tym samym nie popadać w stan rozdrażnienia z powodu odmawiania sobie tego co bardzo lubimy. Posiłków powinno być pięć (bez podgryzania między nimi) i tylko do godziny 18.00.

    Wszelkie barwione, dosmaczane, kolorowane napoje ( czyli prawie wszystkie jakie są w sklepach) najlepiej zastąpić przegotowaną ciepłą wodą, a surowe owoce jeść tylko do 14.00

    Generalnie czasowe diety dają efekty tylko na chwilę, a po ich zakończeniu w krótkim czasie kilogramy wracają zawsze z nawiązką. Same ćwiczenia też nie gwarantują spadku wagi. One są doskonałe i konieczne dla utrzymania kondycji, tak jak i codzienne spacery, ale gwarancją szczupłej sylwetki jest zmiana diety.
    Uważać trzeba też na mleko (mój ulubiony napój od zawsze). U osób ze złą jego tolerancją może być przyczyną tycia. Dotyczy to oczywiście też śmietany, której trudno sobie odmówić, bo jakież pyszne są desery w których ma ona rolę wiodącą.

    Wbrew obecnym przekonaniom, wcale nie potrzebujemy tak dużo jedzenia jak nam się wydaje, a wydaje nam się, że żyjemy po to , żeby jeść. Zresztą trudno się temu przeświadczeniu oprzeć, bo sklepy, cukiernie, restauracje zachęcają bogatymi i atrakcyjnymi ofertami. Ale ja poprzestanę teraz na szpinaku, którego małą porcję uratowałam z obiadu. To dzisiaj ostatni posiłek. Jest już po 18.00
    Pozdrawiam

  3. Jolanta Król pisze:

    Pani Aniu, jak się cieszę, że włączyła się Pani w nasze rozmowy. Myślałam ostatnio o Pani. O tym, że tak dawno rozmawiałyśmy przez telefon, a to dla mnie była taka dla mnie taka miła rozmowa, o tym że dawno od tamtego czasu nie zaglądałam na Pani blog. A jestem ciekawa Pani nowych prac. Świat jest taki mały. Na Krakowskim być może nie raz się mijałyśmy, na trasie falenicko-otwockiej. W każdym razie ten skrawek warszawskiego nieba wspólny nad naszymi głowami, ten obłoczek warszawski też nad głową Pana Bardzo, bo choć on daleko, to nasze MIASTO całym swoim sercem kocha.
    Ale o jedzeniu mowa, o dietach. Pani Aniu, nigdy nie miałam cierpliwości, by jakiejkolwiek pilnować w każdym szczególe. Podejmowałam i zarzucałam. Ale pewne zmiany same przyszły. Piję dużo wody z cytryną, pieczywo kupuję raczej pełnoziarniste, z przyjemnością komponuję surówki do śniadań, obiadów i jako przekąskę wieczorną (surowizna mi nie szkodzi), wyciskam soki, owoców rzeczywiście jem dużo, obiadki lubię tradycyjne, ze sztuką mięsa, ale raczej piekę niż smażę; dzisiaj – schab karkowy, namacerowany ziołami, obłożony cebulką, czosnkiem, taki mocno wytopiony, z pieczarkami zesmażonymi na masełku, brokułami, kartofelkiem, do tego talerz sałat. Ze słodyczy mam ogromną słabość do sękacza, zwykłych herbatników, rurek z kremem u Grycana, lodów sorbetowych, dobrej kawki latte. Ale uspokajam z czekoladą. Można jeść, nawet wskazane (podnosi poziom serotoniny) – jednak gorzką przede wszystkim, i z umiarem.
    Jeszcze muszę popracować nad cukrem i śmietaną; albo poszukać zamienników, a na pewno mocno ograniczyć.
    Choć wiem, że u Pani z czasem krucho, Pani Aniu, proszę częściej tu zaglądać. Była tu cała seria felietonów o Thanksgiving. A przy okazji Pan Piotr o Ameryce nam opowiada i skrzy się ta jego potoczysta narracja humorkiem świetnym, zahacza o rożne kulturowe paradoksy. Sama zresztą Pani wie, jak to tutaj w tej witrynie jest.
    Ja tu zaglądam z kolei po moim stałym cyklu filmowym na TVP Kultura. Ach, dzisiaj był film francuski, przeszywający serce smutkiem, ale jaki piękny, jaki głęboki.
    Późno już. Dobrej nocy życzę. 🙂

  4. bardzo pisze:

    Teraz trzeba uwazac, zeby z kolei pani Ani nie spłoszyć…
    Z drugiej strony, taka mala refleksja. Dobrze, ze nie lubie czekolady.
    Po świątecznym obżarstwie popitym domowym piwem, a raczej dwoma, a to: czarna emulacja średniowiecznej receptury i procedury słynnego piwa gdańskiego, które jest wściekle mocne i nareszcie wyszło mi o posmaku słodkawo-porterowym, oraz drugie jasne z pilsneńskiego ekstraktu, ale górnej fermentacji, czyli znana juz Słowianka z etykietką autorstwa pani Ani, leżeliśmy brzuchaami do góry przez niemal cały piątek, a dziś trochę popracowaliśmy dookoła chałupy, a w międzyczasie moje Żone wykręciło placek, któy w skrócie można nazwac szarlotką ze śliwek, z tym, że z braku śliwek użyła śliwek suszonych. Na ogół nie przepadam za słodkościami, ale w tym partykularnym przypadku połowa produktu znikła, zanim zdążyła wystygnąć do temperatury dotyku. Muszę sie przyznac, ze lubie suszone sliwki.
    Tak nam schodzą święta. W dorocznej imprezie znanej pod nazwa Czarny Piątek, jakoś nie mamy chęci partycypować. Polega ona na ganianiu nieprzytomnym z czerwonym karkiem, spocona fizjognomią i obędem w wytrzeszczonych oczach w pogoni za przecenami, z czego korzystają przede wszystkim merchanci, pchając na frontowe półki calą tandetę, która nie zeszła w ciągu roku.
    Musiałem kupić bateryjki do lampek i w wielkim uniwiermagu napatrzylem sie przy tej okazji do syta. Jakaś starsza babcia wiozła na wózku wykrywacz metalu, jakiś gościu taszczył dwa elektryczne wkłady do kominka (na krasnal mu dwa?), a wszyscy masowo ładowali wózki chińskim chłamem z miękkiego plastiku. Wszystko przy dźwiękach elektronicznych kolęd i piosenek sezonowych. Były rękawiczki do jazdy samochodem a miękkiej skórki po dychu za parę, ale po dwudziestu minutach moja agorafobia zaczęła dochodzić do głosu i czem prędzej się wybierac musiałem coby przybytek spiesznie opuścic.

    I wreszcie w domu wszedlem na jutuba a tam polskie kolędy, zaraz za tym polskie kolędy i świąteczne piosenki, wreszcie same siąteczne piosenki. Wyprzedzamy Amerykę w krzewieniu kultury makdonaldyzmu.

    Pozdrawiam Świątecznie.

  5. Ania pisze:

    Jak miło być w gronie tak serdecznych osób, a uaktywniam się tutaj sporadycznie , tylko ze względu na brak czasu. Bo kto ma go najmniej? Właśnie emeryci, dla których możliwości w kraju jest teraz tak dużo, że tylko przebierać. Oczywiście , z jednej strony to dobrze, a z drugiej fundusz emerytalny na tym cierpi i chyba nie wszyscy są zadowoleni, że średnia wieku się wydłuża. Mój maż (też już senior) twierdzi, że emeryci powinni mieć przywilej przechodzenia na czerwonym świetle. To tylko taki głupi żart, ale nie pozbawiony sensu.

    Jednak póki co, korzystamy z możliwości jakie się otworzyły. I tak mnie sporo czasu zajęły ostatnio warsztaty filmowe na które uczęszczam od lipca. Dokładniej piszę o tym na swoim blogu. Uwieńczeniem jest film seniorów o seniorach i tak się złożyło, że jednocześnie z poznaniem techniki tworzenia filmu, musiałam też sobie poradzić z rolą, którą w nim otrzymałam. W grudniu będzie premiera w jednym z warszawskich kin. To oczywiście nie wszystko, ale tutaj nie miejsce na wyliczanki.

    Pani Jolu , ja też biegnąc (bo ja zwykle biegam, nie chodzę) Krakowskim, często o Pani myślę, że może się właśnie mijamy. Może zamiast tego myślenia, po prostu wypijemy kiedyś razem kawę, pogawędzimy i zjemy rurki z bitą śmietaną :-). A niech tam… raz się żyje! Pan Bardzo pęknie z zazdrości, że nie ma go z nami w tej coraz piękniejszej Warszawie. Bo ja to się od niej oderwać nie mogę
    „Chociaż tyle w świecie miast,
    więcej niż na niebie gwiazd,
    tu najpiękniej płynie czas,
    najbliższa sercu jest Warszawa”

    I nic na to nie poradzę…
    Życzę Państwu milej niedzieli.

  6. bardzo pisze:

    Już pękam z zazdrosci o Warszawę. Rurki z kremlem to nie, bo to slodycz, której należy sie unikać. Ale takie flaczki po warszawsku z pulpetamy… Czy Flis jeszcze żyje? Albo goloneczka u Szwejka.

    Cholewa zgłodniałem…

  7. Jolanta Król pisze:

    Pani Aniu, proponuję wstępnie Wedla. Tutaj filiżanka gorącej wedlowskiej czekolady, najlepszej w świecie. Jak będziemy głodne, można zamówić naleśniki. Grudzień mam już mocno wypełniony po brzegi, a przed Bożym Narodzeniem biorę krótki urlop, który jednak poświęcam wyłącznie świętom i rodzinie. W tygodniu napiszę do Pani emailika. Odwiedzę Pani stronę.
    Z warsztatami filmowymi kompletnie mnie Pani zaskoczyła. Ja też chcę być emerytką, w takim razie. 😉
    Mnie też w Warszawie najlepiej w świecie. Chociaż kocham podróże, zawsze wracam z ulgą.
    Pozdrawiam serdecznie.

    • Ania pisze:

      Piętrzą mi się różne sprawy Pani Jolu i dlatego dopiero teraz odpisuję, ale myślę, że wszystko unormuje się w nowym roku i złapię oddech przy tej wspaniałej czekoladzie.
      U Wedla delektowałam się nią we wczesnej młodości. Te, które próbuję obecnie w różnych miejscach są jak popłuczyny po tamtej. Dlatego z przyjemnością spotkam się tam z Panią, bo może przy okazji odnajdę zapamiętany smak.

      Oczywiście zapraszam na moją stronę i czekam na obiecanego emailika.Tam bywam częściej, chociaż i tutaj wpadam, żeby oderwać się od codziennych spraw,przy pełnych humoru, felietonikach Pana Bardzo. A ileż tu cennych informacji… Są rewelacyjne.

      Pozdrawiam 🙂 🙂

      • bardzo pisze:

        Aniu, chyba nie powiem nic zdrożnego, gdy zdradzę, że przecież i Ty dysponujesz pokażnym zasobem wiedzy z zakresu chemii. Zatem większość z owych informacji nie jest dla Ciebie żadna nowością. Staramy się tylko odebrac im nutkę tajemniczości, wykorzystywaną przez środowiska demagogiczne dla sterowania spolecznych upodobań żywnościowych w kierunku preferencji reprezentowanych przez wielki przemysł przetwórstwa żywności. Ot, weźmy choćby fakt, że zachęcani jesteśmy do konsumpcji jogurtów, przy czym coraz częściej ów product jest pasteryzowany. To po co ja mam jeść ten jogurt, skoro nie dostarcza mi potrzebnych bakterii mlekowych, a tylko wyjałowione białko twarożkowe, troche serwatki i całą furę domieszanego syropu WONF (z innymi naturalnymi smakami). A przepychanki między masłem I margaryną zaliczyc można juz do szczególnie perfidnej kategorii. Co jakies 15 lat zmienia sie cyklicznie kierunek krzykliwej nagonki. Najpierw margaryna jest cacy, a maslo be, a potem odwrotnie. teraz margaryna jest niedobra, ze wględu na kwasy trans, ale wszyscy pamiętamy z poprzedniej kampanii, iż masło to straszliwa trucizna, jako że zawiera całą kupe tego chorego steloru, który zapycha nam wszystko, co tylko nadaje sie do zapychania. Na to margaryniarze wyszli naprzeciw propagandzie z odpowiedzią i sporządzili margaryne zawierającą tłuszcze tropikalne, a więc uwodorniane, czyli nasycane już naturalnie na drzewie palmowym, a te nie mają izomerów trans. Ale z kolei publika pamięta, że tłuszcze tropikalne to przeciez tez trucizna, ponieważ jakoby powodują tworzenie cholesterolu w samym środku organizmu. W ten sposob jesteśmy kompletnie konfundowani, a dla uproszczenia sytuacji przyjmujemy, że to, co smaczne jest z reguły niezdrowe. Zatem pożywienie trzeba wziąć do buzi, a jak smakuje to wypluć.

        Przez co kompletnie odchodzi nam chęć do życia. Chodzimy zgorzkniali, poirytowani, bo nam zabiera się ostatnia przyjemność na tym padole łez. I o to chodzi, oto chodzi…

  8. Jolanta Król pisze:

    Panie Piotrze, dobrze, że Pan nie ulega temu czarnopiątkowemu szaleństwu. Choć podobno wewnętrzna konsumpcja napędza gospodarkę. I bądź tu człowieku mądry.
    Ja takie zwierzę bardziej kawiarniane, podpytam córunię, gdzie te flaczki dla Pana. Oni, młodzi, łażą po knajpkach. Lepiej wiedzą.
    To ja chyba teraz jakiejś słodkiej kawki się napiję. 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s