cz.VI, Świąteczny obiad

To jak, wszystko juz mamy?  Żeby nie okazało się jak w tej bajce o Czerwonym Kapturku:  „Ojej, ale ze mnie głupia ….pa, zapomniałam koszyczka!”.  Za chwilę zaczną się zjeżdżać drodzy i dawno nie widziani goście, na przykład nasze już usamodzielnione dzieci, które widujemy dorocznie właśnie przy tej okazji, i może czasem w grudniowe Święta zwane teraz nowocześnie i poprawniacko „sezonowymi wakacjami”…  Kto przyjechał poprzedniego dnia, nie liczy już się jako gość, ale raczej jako współgospodarz, odziany we fartuch kucharski, a nawet czapę na półtora metra wysoką, coby splendoru dodać.Najsampierw stawiamy na stół na okrągłej tacy pokrojone warzywka, a to: zieloną i czerwoną papryczkę, zielony seler (ktoś urwał jego nać), kalafiorek podzielony na różyczki (jak ja nie cierpię tego szczególnie nietrafnego określenia), także samo brokuły, plajsterkowane surowe pieczarki, sery żółte, pomidorki czereśniowe, a w polskim domu także kabanosy pocięte w paluszki (auu!).  Na oddzielnej miseczce płatki kartoflanne, najlepiej pieczone, raczej niż smażone, zwykłe i smakowe, jak wędzonkowe, barbacue, albo pieprzne, takie same płatki kukurydzianne, z tym, że postarajmy się zdobyć je w postaci niesolonej, jako że sól zabija smak tortilli, a zreszta po co nam jeszcze więcej wszechobecnej soli.  W środku tacy stawiamy miseczke z dipem.  A co to jest ten dip, to zaraz powiemy.

Najpopularniejszy dip to zagęszczony dressing o smaku ranch, gdzie dominuje nutka maślanki i umami.  Umami to jest ósmy smak, ani gorzki, ani słony, ani…etc. tylko intensyfikujący wszystkie smaki oprócz słodyczy.  Najlepiej sporządzić sobie samemu ten kondyment.  A zrobimy to tak (kolejność i tempo dodawania składników obowiązkowa, inaczej produkt nam się „odwróci”).

Rozpoczynamy majonezowo.  Bierzemy wysokoobrotowy ręczny mikser i umieszczamy go w dość wysokim naczyniu o pojemności litra. Wrzucamy tam żółtko i łyżeczkę cukru, po czym ubijamy do białości.  Dodajemy trzy łyżki musztardy, a jeśli łagodna, to cztery.  Albo możemy nasypać dwie lub trzy łyżeczki mielonej na pyłek gorczycy i kwasowość regulować cytryną plus octem winnym.  Niecałe pół łyżeczki soli.  Pieprz, najlepiej biały, ale właściwie to who cares, niech będzie czarny aromatyczny. Nasze ulubione ziółka, niech się zhydratują, czyli nasiąkną i spurchlą.  Także vegeta do smaku, jako że za bezpośredni dodatek glutaminianu sodu jesteśmy za mało odważni.  Albo lepiej, zbyt rozważni.

Teraz dodamy maślankę w takiej ilości, żeby było mniej więcej pół naczynia i ubijamy.  Zawartość miksera nam urośnie do trzech czwartych.  Nie przerywając ubijania, pomaleńku, niemal po kropli wprowadzamy olej, najlepiej rzepakowy z domieszką oliwki oliwkowej. Ale sojowy też może być.  Mieszamy, mieszamy, proszę nie przestawać.  Uważamy, żeby nam się olej wbijał równomiernie w całą mase dipu. Jeśli olejowa kałuża na powierzchni przekracza objętość dwóch łyżek, przerywamy na chwilę dodawanie, albo spowalniamy dodatek, nie przerywając miksowania.  W miare dodawania oleju, możemy lekko zwiększyć tempo.  Gdy już mamy w środku około 250 ml oleju, mieszamy jeszcze pół minuty, a potem pomału, ręcznie jeszcze trochę.  Zbyt intensywne przemieszanie spowoduje nam że dip będzie niestabilny, albo sie z powrotem rozwarstwi.  Kto kiedykolwiek samodzielnie sporządził majonez, ten wie, co mam na myśli.

Dip można sporządzać w mikserze, ale to wymaga pewnej wprawy, jako że widoczność tu mamy ograniczoną i pracujemy „na czuja”.

To mamy juz powitalną tackę. Stawiamy baterię napojów. Tu muszę być niezwykle ostrożnym. Powiedzmy, że dobór tych płynów pozostawimy gospodyni domu, a zaraz potem poinformujemy, co podawane jest w typowym amerykańskim domostwie.  Otóż butla kokakoli, w której cała tablica tego kacapa, Mendelson, czy jak mu tamjak mu tam… a także inne organiczne trucizny, wszystko również przez tego Putina z dymiącym naganem w garści.  Zaraz obok seven up, czyli napój gazowany, także słodki do nieprzytomności (12% izomeratu hydrolizatu krochmalu kukurydziannego), o smaku zielonej cytryny i żółtej cytryny, dalej gazowana oranżada sztucznie flaworyzowana na pomarańcz i odpowiedniki powyższych, zwane dietetycznymi, które są jeszcze bardziej szkodliwe od pełnokalorycznych oryginałów z uwagi na zwiększoną zawartość kwasów fosforowego i cytrynowego, od których zęby cierpną, ewentualnie wypadają.  Może zastąpimy owe paskudztwa wodą sodową, czy wodą niemoralną w PET’ach, a obok postawimy syropy jagodzianne, w ktorych wprawdzie kwasek cytrynowy też jest zawarty, ale w o ile mniejszym udziale.  I  pewnie jakiś kompot.

Dalej stoi galon soku pomarańczowego do mieszania z woda sodową i do sporządzania harcerzyków.  I polski sok jabłkowy na szarlotkę.  Musi być polski, gaspada Putin, bo z zagranicznych szarlotka nie wychodzi jak szarlotka.  Takoż i mamy zagospodarowany nadmiar jabłek, których nasz dotychczasowy kontrahent się lekkomyślnie wyrzekł.

Wreszcie brandy, czysta w kubełku z lodem, rum do kokakoli, szkocka do wody sodowej na lodzie, żubrówka i co tam jeszcze.  Burbon z sokiem pomidorowym jest bardzo na miejscu, albowiem wzmaga apetyt.  A indor tak pięknie pachnie…  Wino czerwone, a w coolerze piwo krajowe i niemieckie (u mnie domowe).

Siadajcie, chrupcie, pijcie, tam sa papierowe talerzyki, a tu plastikowe szklaneczki i kieliszki.  Harcerzyka sporządza się łącząc równe ilości czystej z lodu i soku pomarańczowego, a szarlotkę mieszając żubrówkę z sokiem jabłkowym plus trochę wody sodowej.  Seks na plaży to jest odmiana harcerzyka, z wisienka i czymś tam jeszcze, ale na smakowe perwersje tu nie pora (jeszcze).

A na stole stają chyba jeden, jedyny raz w roku, najlepsze nasze nakrycia i srebra, albo chromy, jako że na codzień posługujemy się sztućcami z miękkiego plastiku, które na polskiej kiełbasie łamią się i gną sromotnie.  Szklanne kieliszki na czerwone wino i imitacja kryształu na sprawy mocniejsze przepisowo stoją jak się należy, serwetki zwinięte w rulonik i wsunięte w takie kółko ozdobne z metalu, plastiku, albo z pociętej oceanicznej muszli…  Pośrodku stoi motyw ze snopka kukurydzy, jakichś dyń, jarzębiny i innych elementów symbolizujących zbiory i porę roku.  Obrus może być taki lepszy, ale można również podkreślić tradycję amerykańskiej wsi białym w czerwoną kratkę.

Dobrze, proszę siadać.  Kto chce, zabiera ze sobą do stołu drinka. Wjeżdżają na stół pachnące kartofelki w formie stożkowej kupy, z której spływa stopione masełko (ach, co za koperkowy aromat!).  Teraz fasolka, squash jako spaghetti, dodatki, słodkie kartofle, nadmiar nadzienia upieczony oddzielnie, i tak dalsze i wreszcie potężny indyk juz podzielony na kawałki i złożony z powrotem do kupy.  Sposób dzielenia i układania indyka znajduje się w każdym wydaniu Kuchni Polskiej, więc nie będziemy się tu bawić w jeszcze więcej plagiatów.

Teraz proszę o ciszę.  Amerykanie wszystkich wyznań odmawiają krótką modlitwę przed każdym uroczystszym posiłkiem, a przewodzi pan domu, rzadziej pani domu.

Ale to nie koniec.  Każdy powienien teraz wyrazić jakąś formę wdzięczności, komu i za co jest wdzięczny, albo po prostu Losowi, czy też (o czym czasami zapominamy) Istocie Najwyższej.  Dziekuje Wam, moi drodzy, za to, żeście się do nas fatygowali taki szmat drogi i szalenie nam miło widzieć Was znów.  Dzieciaki wasze rosną jak piwne drożdże na dzień przed zaszczepieniem brzeczki.  Kiedy matura, czy są jakieś plany w sprawie dalszych studiów?  W międzyczasie talerze z potrawami krążą wokół stołu i każdy sobie nabiera według potrzeb, jak się kiedys zamarzyło Iljiczowi.  Tylko samego  indyka rozdziela pan domu, jako najmocniejszy w rękach w których na półmisku obnosi owe ptaszysko między uczestnikami obiadowego posiedzenia.

Jeszcze tylko sosjerka z naszym gravy i na chwilę zapanuje pełne nabożnego skupienia milczenie przerywane od czasu do czasu mlaskaniem.  O psia dusza, schlapałeś się żurawiną, mówiłam ci, żebyś podłożył sobie serwetkę.  Nauczyłbyś się kultury, ćwoku, zobacz jak polskie dzieci radza sobie z nożem i widelcem, a ty trzymasz utensylia jak operator dźwigu swoje wajchy.  Wpuścić hamburgera na salony…

Nie szkodzi, zaraz zaradzimy za pomoca szmatki i gorącej wody.  Do końca obiadu nie pozostanie ślad na krawacie.  Pani Gospodyni jest nieoceniona.

Wreszcie od słowa do słowa rozmowa się zaczyna i nagle okazuje sie, że wszyscy mówią jednocześnie, każde o swoich sprawach, a pan domu, nieco przygłuchy, odbiera to jako jednostajne „Żżż-żżżż-żżż!”

Polejemy, komu wino, a komu kompocik.  Zaraz będą słodkości…

Już wzdęte brzuchy przesuwaja stół. Ten i ów ukradkiem tłumi beknięcie.  Co teraz będą robic Amerykanie? Cha! Właśnie się rozpoczyna sezon takiej dziwacznej gry, która sie tu nazywa futbolem.  Nazwa jest całkowicie myląca, albowiem ball oznacza kulę, a przedmiot rzucany w tej grze ma kształt zupełnie jajowaty, w dodatku nie kopie sie tej pożal sie Boże piłki, ale nosi pod pachą.  Zatem trafniejszym mianem byłoby tu: „underarm egg” raczej niż „foot ball”.  Ech, raz pod koniec akcji można toto kopnąć…

Zatem wszyscy jak jeden, chopy rozwalaja sie na kanapie, rozpiąwszy nieco paski z uwagi na zawartość indyka w trzewiach i włączają plazmatyczny ogłupiacz.  Teraz dopiero zimne piwo idzie w ruch, pite zazwyczaj w najobrzydliwszy moim zdaniem sposób, mianowicie wprost z puszki.  Kto się nie zmieścił na kanapie, ten siada na dywanie, opierając się o cokolwiek, na przykład o Psa, jeśli ten nie ma nic przeciwko temu. Dzieciaki niepocieszone, bo nie moga grać w gry, jako iż plazma zajęta.  Totez pani domu udostępnia im mniejszy telewizorek u siebie w sypialni. images7CXEJ299Dzieci kręcą noskami, bo to nie to, co pełnowymiarowy ekran na całą ścianę, ale cóż robić, na przejażdżkę rowerową za zimno, więc niech się czymś zajmą w domu, mimo, że potem trzeba będzie pracowicie zbierać z dywanu okruchy różnych dmuchanych kukurydz, cookies czy czipsów…

A Panie najpierw sprzątaja ze stołu co tam jest do sprzątnięcia i wkładają naczynia do zmywarki, po czym zasiadają na plotach (to nie literówka, chyba nie oczekujemy od naszych przenajmilszych Pań, żeby siedziały na płocie, otóż zaiste, na plotach).

Po kwadransie kombinacja indyka i piwa czyni swoje, albowiem tryptofan, w który to mięso jest szczególnie bogate, działa nasennie i wszyscy amatorzy transmisji sportowych padają w objęcia Morfeusza, pochrapując donośnie.  A telewizor ryczy.

I tak przemija chwała świata… to znaczy się, pierwszy dzień czterodniowego święta Dziękczynienia.  A jutro rozpocznie się Czarny Piątek, czyli pierwszy dzień przedbożonarodzeniowego zbiorowego amoku.  Nie radzę w tym czasie wychodzić z domu, ponieważ tłumy luda z obłędem w oczach gnają do rozmaitych wielobranżowców w nadziei na zniżki, czy promocje. Wtedy zdarza się najwięcej wypadków, stłuczek na sklepowych parkingach, a nawet bijatyk.  W ubiegłym roku na ten przyklad dwie kobity pobiły się dość ciężko o parę babskich majtek w sklepie, które to zresztą gacie porwała trzecia.

Ech, cywilizacja.  Co żeśmy zrobili ze Świętami…

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „cz.VI, Świąteczny obiad

  1. Jolanta Król pisze:

    Ale tutaj w Polsce to chyba święta są dalej świętami. Szczęśliwie nie przeżywamy amoku Czarnego Piątku. Czasami pokazują w polskiej tv ten czarnopiątkowy tumult sklepowy (amerykański); ja wtedy myślę sobie: Boże, ci Amerykanie zwariowali.
    Ciut groteskowy rys nadał Pan temu świętowaniu, ale i zabawny. Jak zawsze gęba mi się śmiała. 🙂
    Podoba mi się, że odmawiają modlitwę przed posiłkiem. Pokładamy wszystkie zasługi w sobie, w naszych talentach, w naszej pracowitości, naszej zapobiegliwości. Zapominamy, że to wszystko nie miałoby sensu, gdybyśmy byli pozbawieni opieki Najwyższego. To jest okazja, by czerpać satysfakcję z prostych spraw: że jesteśmy zdrowi, że nasze talerze nie są puste, że mamy dach nad głową. Ludzie tłuką się na wyprzedaży o pudło z telewizorem plazmowym, bo sobie wmówili, że muszą go mieć. Jakby pomyśleli o swoich naprawdę kardynalnych potrzebach, mocno by spuścili z tonu. Bo przecież wystarczy mały laptopik, i też jest kontakt ze światem, i jaka rozrywka, jak się zajdzie na blog Pana Bardzo. 🙂
    Cudnie, prześmiesznie Pan to wszystko opisuje, i jak metodycznie, małymi kroczkami doprowadził Pan nas do finału.
    Majonez swój pierwszy w życiu tarłam z moją Teściową. Ona, matka dwóch synów, była szczęśliwa, że jest w końcu dziewczyna w domu; tak ‚dziewczyna’, bo ja wyszłam za mąż mając 20 lat (wtręt osobisty, a niech ta, to było dawno temu …). Miała taką ogromną radość, jak mogła wszystko wytłumaczyć, pokazać, poinstruować. Ja byłam wdzięcznym materiałem do uformowania (zero umiejętności kuchennych). Robiłam wszystko wg jej instruktażu. Nigdy się nie kłóciłyśmy. Myślę (to moja rada dla młodych mężatek), że naprawdę tym swoim teściowym powinnyśmy dać jakieś pole do popisu i się nie obruszać na ich pewną apodyktyczność. A niech mają satysfakcję (złudzenie), że to one są tu dalej gospochami. 😉
    Ten dressing o smaku ranch; hm, podoba mi się, zatem: kopiuj/wklej. Panie Piotrze, ja mówię: różyczki kalafiora. Okropne? Pan nie cierpi? Ale dlaczego?
    W każdym razie zdążył Pan. Zdążył Pan to wszystko opisać. Za wszystkie części serdecznie dziękuję.

  2. bardzo pisze:

    Ano, pamiętamy tego wcale że nie dziwaka, któremu było Diogenes. Mieszkał w beczce po piwie, wtedy wyrabiali takie wielkie beczki, w których można było mieszkać, bo nie znali tanków fermentacyjnych ani leżakowych. Otóż, klasyczna jest anegdota z jego życia, która my znamy, natomiast pokolenie młodsze niekoniecznie. Raz do jego beczki pofatygował się nie kto inny, a wielki Czechosłowak, Aleksander Macedoński zwany Wielkim. Stanął u włazu i powiada, Diogenesie, diogenesie. Diogenes zaspanym głosem: Co jest do cho….!.. Diogenesie, jesteś najmądrzejszym człowiekiem na świecie i chcę, żebyś został nauczycielem i wychowawcą mojego syna, jak Arystoteles był moim. Na to Diogenes: Nie mam czasu. Ależ Diogenesie, przecież nie chcę od ciebie nic za darmo! Zapłacę ci godziwie, a nawet mogę cie uczynić najbogatszym człowiekiem na Ziemi, albowiem jestem Aleksander i nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych na świecie, którym władam od Naszego Morza (tak wówczas zwano dzisiejsze Morze Śródziemne), aż do Heptanezji (tak wówczas zwano dzisiejszy Bombaj). Spełnię, powiada, każde twoje życzenie, choćby najbardziej wymyślne. Na to Diogenes: Bądź zatem łaskaw, najjaśniejszy królu, posunąć się kawałek, albowiem swą dostojna postacia zasłaniasz mi słońce, które ogrzewa wejście do mego domostwa.

    Omnia mea mecum porto, powiadał ten wielki folozof i cynik. Jak widać, znał obok greki również i łacinę. Sam posiadał na własność kij, chlajnę i blaszany kubek, który zresztą i tak wyrzucił, gdy zobaczył jak pasterz pije wodę czerpiąc ja dłonią.

    Właściwie, cokolwiek potrzebujemy do życia powinno znajdować się w naszej głowie. Może nam nieco ułatwić życie strzelba, siekiera i szpadel, a także nóż mysliwski o szerokiej klindze. Czy ktos ze współczesnych potrafi wybebeszyć jelenia albo dzika, czy choćby drób? Ja powiem, że nie umiem, choc rybę owszem. Co z nas zrobiła tzw. cywilizacja!. W przełożeniu na urban life, tak długo, jak mamy pełną lodówkę, czy śpiżarkę, na łeb nie cieknie, a w baku chlupocze jakieś paliwo, to nie mamy powodów, aby narzekac. A na czasy ponure, musimy się nauczyć pędzić bimber, jako iz za bimber wszystko można dostać.

    Z pomoca Najwyższego, może uda nam się uniknąć konsekwencji życia w Czasach Ostatecznych… Bądźmy zatem wdzięczni za to, co jest.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s