Świąteczny cykl, cz. IV……

Jeszcze może kilka uzupełnień i dodatków, zanim przejdziemy do sprawy najważniejszej dla naszych Pociech, znaczy się pięknych Pań oraz niemniej pięknych przestawicielek i przedstawicieli generacji młodszych, a mianowicie do słodkości rozmaitych, które dziwnym jakimś przeznaczeniem trafiaja zwykle w miejsca położone dookoła obwodu jedynie u nas, ignorując całkowicie owe nadmieniane młodsze roczniki.

Przecież zapomnieliśmy o gravy, czyli ciemnym (najczęściej) zawiesistym sosie, którym polewa się indyka, a także kartofelki na talerzu. W naszym przypadku z tym olewaniem kartofelków bym radził zachować umiar, albowiem jak pamiętamy, roztopione masełko smakowicie już spływa z naszego kartoflannego Mount Blanc.

Pozwolę sobie nieco ucywilizować ów pełen smaku produkt, jako że Amerykanie na ogół nie odseparowują tłuszczu z indyczych wycieków.  Otóż radzę po usunięciu indyka z brytfanki delikatnie zlać ciekłą fazę do rondelka, albo garnuszka (w przypadku ptaka o zakładanej uprzednio wielkości może nam sie wydzielić nawet do półtora litra tłuszczu pomieszanego z osoczem), i zostawiamy w spokoju, najlepiej w lodówce.  Co jo godom, co jo godom, przeciez w przedświątecznym ferworze zapchaliśmy ów sprzęt aż po skrzela.  Ale teraz jest na dworze zimno, nawet zlekka mroźno, a czasem widzimy śnieg ku uciesze Thanksgivingowych jeleniowych polowaczy, zatem po obciążeniu przykrywki i mocnym ustabilizowaniu garnuszka, pozostawiamy go na zewnątrz na na przykład godzinę.

Po co owe nadzwyczajne środki ostrożności?  Ano, nam się pewnie wydaje, że tylko my mamy ochotę świętować Thanksgiving.  Otóż błąd.  Jesteśmy bowiem bacznie obserwowani nie tylko przez rozmaite rządowe i pozarządowe agencje, ale i przez prawowitych pierwotnych mieszkańców tej niegdys pięknej krainy.  Takoż najsampierw mamy szopy.  To są tak prześliczne stworzonka, że aż się prosi, żeby wziąć na kolana i pogłaskać i poczęstowac czymś smacznym.  Ale nie wolno, mimo, że szop bardzo łatwo zaprzyjaźnia sie z poczciwym człowiekiem.  raccoon (9 months) -  Procyon lotorPrzepisy zabraniają.  Wkrótce owe przepisy zabronią także przyjaźnić się z drugim człowiekiem.  Od rzemyczka do koniczka.  Szop jest bardzo mądrym zwierzakiem, pod tym względem porównywalnym do lisa. A także bardzo czystym.  Jednak nadpopulacja zmusiła go do szperania w człowieczych śmietnikach w poszukiwaniu odpadków i osiągnął tak spektakularny pod tym względem sukces, że uważany jest za szkodnika, a rozmnożył się tak, że wszędzie go można spotkać, w mieście i na prowincji.  Posiada chwytne łapki, więc żaden dla niego problem zdjąć przykrywkę z garnka i zrobić sobie szwedzki stół.  Ma też ostre ząbki i nie zawaha się bronić swojej zdobyczy.  Duży szop bez problemu wywraca kubeł ze śmieciami, a zawartość rozwłóczy po całej okolicy.

Murzyni szopa ją, uważając za wielki przysmak.  Jak tak można!

Następnym gościem jest lisek, który o tej porze roku przybiera barwę płową raczej niż rudą.  Lisek jest prawie tak samo mądry jak szop, ale o wiele rozważniejszy, a nie tak bezczelny. Nie podejdzie do człowieka, jak szop, żeby go trącać nosem dopominając się o swoja dolę, ale usiądzie i będzie z dala obserwował, a jak nikt nie patrzy, lisek ukradnie kawałek i zmyka.  Lisek ma także bardzo miłą, wąsatą mordkę, jak piesek z reklamy, albo taki pluszowy ze sklepu z zabawkami.

Na szczęście, lisek jest zupełnie niejadalny.

Mamy też bezdomne koty, które starsze babcie z braku innego zajęcia podkarmiają.  Problem w tym, że owe nieucywilizowane istoty mogą nosić rozmaite choróbska, z wścieklizną na czele, choć same wcale mogą na nie nie cierpieć.

Wreszcie możemy sie spodziewać wizyty najmądrzejszego i najrozważniejszego przedstawiciela populacji naszych młodszych braci, jak to sympatycznie określił świadomy i dobrowolny biedak z Asyżu.  Kujot.  Podobny nieco do wilka i o wiele bardziej zaradny.  Rozmnożył się tak, że pod tym względem ustępuje jedynie szopom, a rozumem tylko tym dwunożnym intruzom, które śmierdzą nieprzetrawionym czosnkiem, dymem i czymś zupełnie niepojętym, czymś, co w Naturze nie istnieje, a co popijają z wielkim smakiem z przezroczystych pojemników, którymi potem zaśmiecają chaszcze i przydrożne rowy.  Po spożyciu tego paskudztwa, zachowują się jak najbardziej irracjonalnie, chodzą tyłem, bełkoczą i donośnie bekają spod samej wątroby.  Kujot patrzy z politowaniemdziewczynka z kujotem spod krzaków na te pożałowania godne zwierzęta i czeka, aż zmorzone nagłym atakiem śpiączki zwalą się byle gdzie, a wtedy można podejść zupełnie blisko i podiwanić całkiem słuszny kawał mięsiwa, nawet niekoniecznie przypalony, coby szczenięta  miały wyżerkę.

Są tez szczury, myszy i inne gryzonie, ale tych się obawiać nie trzeba, ponieważ tam, gdzie obecny jest lis albo kujot, myszy siedzą jak mysz pod miotłą i się nawet nie wychylają.

No dobrze, pogadaliśmy sobie a tymczasem nasz sos się na zimnie rozwarstwił, a przy odrobinie szczęścia, warstwa tłuszczu mogła nawet się zestalić.  Zbierzemy ją więc do oddzielnego pojemniczka, zakryjemy szczelnie i wstawimy do lodówki, albo do zamrażalca.  Przyda nam się w przyszłości do dosmaczania zup i sosów, a ostatecznie do ostrożnego dodawania do psiego żarcia (jedna łyżka lub półtorej na dwie i pół szklanki suchej karmy).

Pozostałe osocze wraz z niewielką pozostałą ilością tłuszczu podgrzewamy i na wolnym ogniu dodajemy ze dwa lub trzy chińskie grzybki, jako że polskie suszone borowiki są tak drogie, że lepiej zachowajmy je na Wigilię.  Owe chińskie grzybki na początku gotowania potwornie śmierdzą, ale po kilku minutach tracą ten niemiły zapach i ze sporą dozą powodzenia udają grzybki polskie suszone.  Potem dodamy trochę ziółek, osobiście preferuję oregano, nieco tymianku i jeśli ślad gałki muszkatołowej, to i imbir.  Czemu nie suszoną śliwkę.  O, przypomniała mi się sztuczka, jakiej nauczyła mnie jedna starsza pani z Kujaw.  Otóż, jeśli do indykowego nadzienia dodamy trzy suszone śliwki, to poza interesującym profilem smakowym, zyska on piękną, złocista skórkę na całej powierzchni.  Na koniec zagęszczamy nasze gravy odrobiną mąki rozprowadzonej w przestudzonej porcji sosu.  Nie będziemy podawać proporcji, albowiem każda mąka jest inna.  Powiedzmy sobie, że pyrkający sos musi być sporo rzadszy, niż jest to w naszych zamiarach, jako że schłodzony zgęstnieje znacznie.

Jeśli uznamy, że w sosie jest wciąż za mało smaku, dodamy kostkę rosołku Knorra, albo Maggi’ego, a ostatecznie zafałszujemy vegetą, albo rodzimym Kuchcikiem nabytym w polskim sklepie spożywczym.

Sos możemy przetrzeć przez sitko, albo rozdrobnić na mikserze, albo pozostawić jak jest.

Teraz troche egzotyki.  Postaramy się streszczać, jako iż nie chcemy rozwlekać naszych rozważań do nadmiernej objętości na raz.

Na świątecznym stole nie może zabraknąć warzyw dyniowatych. Znamy, znamy dynię, także w Starym Kraju, głównie jako zupę z migdałami na mleku, albo kondyment, mianowicie dynię marynowaną z goździkami, podawaną do mięs.  Tu dynię przyrządza się na wiele sposobów, zreszta mamy kilka rodzajów dyń.

Zwykłą dynię po obraniu ze skórki gotujemy podobnie jak kartofle, w osolonej wodzie, tylko musimy nieco uważniej odparowywać, jako że dynia chłonie więcej wody niż ziemniak.  Odparowujemy więc na bardzo maleńkim ogrzewaniu do prawie zupełnego sucha, a potem ubijamy na puree z odrobiną mleka i jogurtu, do tego bazylia i pieprz.  Smak owego puree będzie przypominał troche kartofel z marchewką.  Okrasimy masłem, albo boczkiem i mamy jedno więcej danie.

Ciekawym warzywem podobnym do dyni jest squash, wymawia się mniej więcej jak skłoś. Śmieszna nazwa, albowiem tak samo nazywa sie taka fajna gra halowa polegająca na odbijaniu o ścianę piłeczki za pomocą dziwacznych rakiet, które wyglądają jak podbierak na pstrągi.  Na przykład spaghetti squash.  Przecina się na pół, do środka wkłada trochę masła, albo skrapia olejem oliwkowym i piecze w 270o C przez niecałe pół godziny.  Potem zawartość się wydłubuje i to wygląda jak włoskie spaghetti i jest dość smaczne, a niskokaloryczne.

Wreszcie słodki kartofel.  Trzeba go obrać, pokroić na kawałki i gotować w osolonej wodzie do miękkości, co zabiera trochę więcej czasu niż w przypadku poczciwej pyry, a następnie odparowawszy ubić.  Miejscowi przeważnie robią z tego kupę na talerzu i dekorują skarmelizowanym cukrem, ale czasem podaje się toto na mniej słodko.  Otóż podczas ubijania możemy dodać nieco bazylii, pieprzu i parę kropel sosu sojowego oraz mikroskopijna dawkę pieprzu cayenne. To musi dać jedynie leciutki posmak ognia, a nie piec w język, albo co gorsza w całą gębę i dookoła. Na pół kilo masy dodamy tego nie więcej niż jedną dwudziestą łyżeczki od herbaty. Albo jeszcze mniej.

Cukinia i bakłażan, czyli melanzane.  Melanzane to włoski skrót od miele di insane, czyli jabłko wariata.  Czasem romańskie języki wykazują się zaskakująco trafnymi poetyckimi ekspresjami, jeśli chodzi o żarcie.  Na przykład po francusku zwykły ziemniak nazywamy ziemnym jabłkiem, czyli pą deter.

Nie zalecam przygotowywać owych produktów w sposób najsmaczniejszy, a mianowicie smażyć w panierce, albowiem chłoną tłuszcz niczym niżej podpisany dobre piwo.  Nie wiem, jak to robią kuchmistrzowie w Rzymie, że w ich wykonaniu melanzane jest lekkie, łatwe i przyjemne.  Być może wypacają olej po usmażeniu, umieszczając rumiane plasterki na pochyłej patelni podgrzewanej z lekka?  Ja tej sztuki opanować nie potrafię.  To samo dotyczy polskich placków kartoflannych.

Zatem najpierw upieczemy cukinię.  Zdaje się, że po naszemu nazywa się kabaczkiem.  Najlepsza będzie taka grubaśna, o średnicy powiedzmy 8 cm, a długości takiej, żeby nam weszła do foremki.  Przetniemy wzdłuż na pół i wydrążymy sam centralny środek, który posiekamy i zmieszamy z gotowanym ryżem i zagęszczoną zupą grzybową z puszki.  Popuścimy wodze własnej inwencji i przyprawimy sobie ziółkami, podpowiem, że najlepiej zacząć od bazylii.  Mogą też być zioła prowansalskie, może być trochę majeranku a miętą, może być cokolwiek, tylko rzecz jasna w granicach rozsądku. Obydwie połówki położymy obok siebie na foremce, najlepiej szklannej, posypiemy serem, skropimy oliwką i upieczemy w temperaturze 250o C aż do miękkości, a zająć nam to może jakieś dwadzieścia minut.

Tak samo możemy przyrządzić melanzane, po polsku chyba bakłażany, albo na pewno potocznie bycze jaja, tylko że po przekrojeniu trzeba je przez parę minut pomoczyć w słonej wodzie, po czym wypłukać, dzięki czemu nie będą gorzkie…baklazan

Wiem, wiem, moje drogie Czytelniczki oczekują z niecierpliwością na  owe słodkie wypieki, niczym wierni na ostatnie błogosławieństwo, a ten księżulek nic tylko czyta ogłoszenia parafialne.  Wszyscy nerwowo przestępują z nogi na nogę, kiedy on wreszcie skończy, a ten nic, tylko ględzi i ględzi.  W końcu zamyka zeszyt i wszyscy oddychaja z ulgą, a tu on dalej nawija, teraz już z głowy, agitując do zapisywania się do chóru kościelnego.  W tiwi za chwilę będzie leciał western, albo gwiazdy tańczą na rurce, a ciągle nie można pójść do domu…

Obiecuję zatem solennie, że następny rozdział poświęcony będzie w całości samej kwintesencji naszego obiadu, a więc słodkościom.  Będzie placek z dynią (pumpkin pie), placek z orzechami florydzkimi – ale mogą być włoskie (pecan pie), ciasto czekoladowe po niemiecku no i nieśmiertelny amerykański wypiek, mianowicie cookies.  I może coś tam jeszcze wymyślimy.  Może gruszki w miodzie… A potem już będziemy dekorować stół, dobrze?

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Świąteczny cykl, cz. IV……

  1. Jolanta Król pisze:

    To jest właściwie przegląd: zwierzątek mądrych, futrzanych, i warzywek W młodości zostałam właścicielką starego domu z cieknącym dachem, rozsypującym się gankiem i wypalonymi piecami kaflowymi. Otrzymałam go jako rodzinną schedę. Jako schedę zostawiono mi również kilkuletniego wilczurka (owczarka niemieckiego). Wilczurek był wielkim psiszczem. Ostro reagował zza płotu na każdego obcego, najbardziej na listonosza i dowoziciela gazu w butli. Ale moje dziecię nowo narodzone z kolei traktował z ogromną cierpliwością. Wiedziałam, że mogę zostawić małą w wózku na podwórku pod jego czujną opieką. Ja pieskowi z kolei zmieniłam dietę, bo poprzedni właściciele karmili go jak świnię, wrzucali do miski co popadło. To kisło, piesek nie chciał jeść, do miski złaziły się szczury. W każdym razie, ja temu wszystkiemu położyłam kres.
    Ale dlaczego piszę o moim wilczurku? Bo właśnie kiedyś wyniosłam na ganek śledzie świąteczne, roll-mopsy, ładnie ułożone na półmisku, przykryte folią. Otóż, rano śledzi nie było, nawet jednego. Półmisek sobie stał na stoliku, folia zrzucona na ziemię, a wykałaczki też na stoliki, na półmisku – wszystkie absolutnie, nawet jednej nie brakowało. Do tej pory zastanawiam się, ja wilczurek mógł to śledzie spałaszować, bez połknięcia czy naruszenia kłami choćby jednej wykałaczki To dla mnie fenomen.
    Wierzę więc Panu, że szop zdjąłby pokrywkę z garnka, wyjął zawartość i zrobił sobie szwedzki stół. Zwierzaki są mądre, i kochajmy je wszystkie, nieufne liski też.
    Tym razem kopiuj/wklej: słodki kartofel.
    Ta cukinia upieczona też fajna. Dla mnie właściwie cały obiad.
    Czekamy na słodkości. CZEKAMY. 🙂

    • bardzo pisze:

      Cukinia to nasz wlasny prywatny wynalazek, na bazie postnych gołąbków pani Lodzi. Tak samo można nafaszerować strąki słodkiego pieprzu zwanego w Polsce nie wiadomo czemu papryką. Ze słodkiego kartofla robi się całkiem znośną zupinę, mniej więcej jak kartoflankę nasza klasyczną, także z boczkiem i podsmażana cebulką i kawałkami pora pływającymi sobie kraulem w zupie.

      A co do piesków, to one są bystrzejsze niż nam się wydaje. Mieliśmy taką Srunię, mieszankę wilczurka I chyba liska. Ona potrafiła nosem rozgnieść muche na szybie pod samym sufitem. Raz mieliśmy nalot szerszeni, a przez całe lato nie mogliśmy zlokalizować gniazda. Żaden z nich nie zdołał ugryźć naszego najmłodszego dziecka, bo wszystkie Srunia po jednym zagryzała. Dopiero na jesieni, gdy liście z krzaków opadły, pokazała sie gula I jak się ją rozkroiło, to łaziło we srodku kilka ogłupiałych z głodu egzemplarzy. Otóż babcia (moja Teściowa znaczy się) narobiła pierogów kilka tacek. Tej nocy poszedłem do kuchni, żeby napić się wody sodowej bez soku malinowego, patrzę, a tu świecą dwa zielone punkciki w ciemności. Zapalam światło, patrzę, a tu Srunia wyżarła półksiężyc w okrągłej tacce z pierogami, do linii, gdzie dosięgnąć mogła nosem, i sie na mnie bezczelnie gapi oczkami co fluoryzuja w ciemnościach. Srunia lubiła wszystko oprócz psiego żarcia i papryki, a najbardziej sałatę.

  2. Jolanta Król pisze:

    Jeżeli chodzi o dekorowanie stołu, bo polecam sklep, na którym się nigdy nie zawiodłam. Dobre ceny i duży wybór tradycyjnych obrusów lnianych, serwet, bieżników. Pewnie nie powinnam, ale co tam, wkleję adres; może ktoś sobie skorzysta.
    http://sklep.szykownydom.pl/

    • bardzo pisze:

      Stół udekorujemy typowo dla przeciętnej amerykańskiej rodziny, obrusem w czerwono białą kratkę, kółkami na serwetki I masielnica w kształcie stylizowanego indyka. Zastanowimy sie przed obiadem, komu I za co mamy dziękować.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s