Swiąteczny cykl, cz. III, dodatki

Teraz może opiszemy kilka tradycyjnych dodatków charakterystycznych dla świątecznego stołu na Thanksgiving.

Po pierwsze, żurawina.  Ta bagienna jagoda musi byc obecna w bezpośrednim sąsiedztwie indyka. A w sposób klasyczny sporządza sie ją gotując w gęstym syropie cukrowym.  Ostatnimi czasy rzecz jasna, gospodynie domowe prozaicznie otwieraja puszkę i otrzymaną w ten sposób klarowną galaretę kroją na plasterki.  A szkoda, bo samodzielnie sporządzona żurawina jest o wiele smaczniejsza i pachnie Naturą.  Trzeba podkreślić, iz amerykańska żurawina jest o wiele większa niz krajowa, dochodzi mianowicie do średnicy sporej czereśni.

Żurawinę przygotowujemy następująco: Bierzemy rondel, najlepiej emaliowany, ale nierdzewny może też być.  Aluminium bym unikał tam, gdzie wchodzą w grę szczególnie wysokie temperatury.  Ot, tak na wsiakij pażarnyj słuczaj. Zagotowujemy półtorej szklanki wody i sypiemy cukier w ilości trochę mniej jak szklanka.  Podgotowujemy chwilę, trochę nam sie tej wody odparuje, a syrop sie zrobi taki gęsty i ciągnący.  Na to wsypiemy ze czterdzieści deko żurawin i rozgotowujemy.  Na razie nie musimy dolewac wody, bo sok z jagód uzupełni ubytki, ale w końcowej fazie gotowania może się to okazać konieczne. Masa musi być gęsta, ale wciąż płynna. Żurawiny sie rozgotują, ale pozostanie pewna ilość stałych cząsteczek, głównie ze skórek.  Sami zdecydujemy, kiedy kondyment jest gotowy.  Doprawiamy kilkoma goździkami i jak kto lubi, cynamonem.  Amerykanie uwielbiają połączenie soli i słodkości, więc mogą dosypać szczyptę soli.  Ja nie. Po schłodzeniu dodatek ten będzie gęstszy niż na gorąco.  Żurawiny używa sie przy stole tak, jak u nas borówki.

Bardzo ciekawą wersją żurawin jest sos Yankee Clipper.  Wiąże się z nim dość burzliwa historia.  Otóż lat temu bez mała trzydzieści w Kansas City w stanie Kansas (bo w Missouri przez granicę stanu też znajduje sie miasto o tej samej nazwie), jeden niewydarzony technolog żywności z Polski chciał zrobić borówki z gruszkami i chrzanem.  Jednak w tym dziwnym kraju nie tylko nie mógł znaleźć borówek, ale nikt nawet nie umiał mu powiedzieć, jak się nazywa borówka w mowie tubylczej. Zatem skoczył po rozum do głowy i zastąpił borówki żurawinami, co zaowocowało zupełnie innym produktem o rewelacyjnym smaku.  Dalszy ciąg tej historii opiszemy po podaniu przepisu na ten sos.

Otóż najpierw zagotowuje się syrop, jak powyżej i dodaje 30 deko żurawin, a więc troche mniej niż poprzednio, a gdy nieco oklapną, to dokłada się pokrojone gruszki albo jabłka w ilości takiej samej lub nieco większej niż ilość żurawin.  Zagęszcza się na maksa i schładza, po czym dodaje tarty chrzan do smaku, albo ostatecznie ze słoika, tyle że odciśnięty zlekka, bo octu nie chcemy.  Zaprawia się solą i pieprzem, ewentualnie odrobiną musztardy albo suchej mielonej gorczycy i dolewa półtora kieliszka czerwonego wina. Dosłownie trzy goździki i lekkie dmuchnięcie cynamonem. Ach, zapomniałem o dodatku jednej łyżeczki skórki pomarańczowej w cukrze, smażonej, albo nie.

Skosztował to jeden działacz firmy dystrybującej żywność do grillowania, Wickers Barbaque Products, znanej z doskonałych mieszanek przyprawowych do chili.  Stwierdził, że to jest strzał w rynkową dziesiątkę, albowiem zawiera żurawiny, a więc symbol Ameryki, także wino preferowane na wschodzie kraju, chrzan i jabłka, a więc jest bardzo amerykański i nazwał go Yankee Clipper.

Problem polegał na tym że to wszystko działo sie w konserwatywnym Kansasie, czyli już na Zachodzie, a także właściwie na Południu.  Tu jankesów lubi się mniej więcej tak, jak Galicyjoki kochają Warszawiaków.

I nic nie wyszło z marketingu, ale sos pozostał.

Tyle na razie o żurawinach.  Przygotowanie kartofelków wygląda podobnie jak w Starym Kraju, z tym, że doprawia się je zieleninką i ogromna ilością tłuszczu.  Popatrzmy:

W garnku gotujemy obrane i umyte kartofle, powiedzmy troche mniej jak dwa kilo.  Dobieramy bowiem ich ilość w stosunku do wielkości naszego indora z poprzedniego rozdziału. Wodę solimy zaraz po zagotowaniu, wtedy wydatnie skróci nam się czas, po którym kartofelki będa miękkie. Polska sztuczka, której nauczyła mnie ciocia Hela z Łodzi polega na dołożeniu do gotujacych się pyr jednego źdźbła pora, albo kilku plasterków surowej cebuli.  Będą bardziej zdecydowane w smaku.

I dalej jak zawsze, odcedzamy i odparowujemy na wolnym ogniu, dziarsko wstrząsając, aż do usłyszenia odgłosu, jaki wydaje spragniony wielbłąd na pustyni.  Wtedy tłuczemy i dodajemy drobniutko posiekany szczypiorek, albo ostatecznie takoż rozdrobnione ogony od cebulki dymki.  Im więcej, tym lepiej, ale używajmy rozsądku. Dodajemy pół kostki masła i całą kupe śmietany, dalej ubijając.  Masa musi być dość puszysta, ale nie chlapiąco mokra.  Dlatego nie podaję ilości śmietany na dwa kilo gruli. Dodajemy że tak się wyrażę, na oko.  Można dać trochę mleka i mniej śmietany (uważam, że wtedy puree będzie nawet smaczniejsze).

Teraz przyznam sie bez bicia.  Osobiście śmietany używam w ilości zaledwie symbolicznej, w zamian dodając jogurt i rzecz jasna mleko. I masła nie tak wiele. Bo co ludziska maja przy stole stękac i bekać od nadmiaru tłuszczu?

Otrzymane puree wykładamy na ceramiczną miskę i, jakby tu obrazowo określić, raz przy razie popychamy dużą łyżką po obwodzie dookoła krawędzi naczynia, posuwając się spiralnie w kierunku środka.  Wyjdzie nam z tego taka lekko stożkowata kupa, w której na szczycie robimy wgłębienie i dopiero teraz kładziemy w nim łyżke masła, które będzie się topic i smakowicie spływac po zboczach naszego kartoflannego pagórka.

I sypiemy na wierzch coś zielonego.  Jeśli chcemy, aby stół nasz emanował aromatem Starego Kraju, będzie to koperek (to nic, ze już mamy szczypiorek).  Albo zieloną pietruszkę, albo cokolwiek, co dopełnić nam może walor ziemniaczanego nieba w gębie.

Musi być także kukurydza.  To jak u nas karp w Wigilię.  Kukurydzę uprawiali starożytni Indianie, powiedzmy dwa tysiace lat wstecz, jako podpórkę, takie naturalne tyczki dla warzyw pnących, jak fasola i niektóre dyniowate.  Pomiędzy rzędami owych tyczek rósł sobie amarant.

Kukurydzę można podawać na kaczanach, gotowaną w osolonej wodzie, albo pieczoną w liściach, czy też w mokrym papierze, a smarowaną masłem, które spływa za mankiety.  Można podac też już wyłuskaną, gotowaną w rondelku i odsączoną, albo taką samą z puszki.  Można też nieco rozpurchloną i to się nazywa corn chowder.  Wszystkie odmiany dostępne są w puszkach, wystarczy otworzyć i podgrzać, dodać masełka i przyprawić na swój sposób.

Skoro wzmianka była o fasoli, opowiemy, jak się tu podaje fasolke szparagową.  Sposób, który przedstawimy, polega na pewnym uproszczeniu, takim niewinnym powiedziałbym oszustwie.  Weźmiemy mianowicie potężną puchę już gotowanej fasolki, tak zwaną puszkę nr 10 o pojemności galona.  Nie zawiera ona żadnych chemikalii, konserwantów, bo po co.  Może tylko troche soli w osoczu.  Rzecz jasna możemy kupić ze dwa kilo tego specjału, myć w zlewozmywaku, mozolnie odcinać końcówki, gotować i tak dalej, ale skoro mamy za psie pieniądze gotową fasolkę, to zaoszczędźmy czasu nieco, jako że i tak mamy sporo roboty przy szykowaniu feerii żarcia dla drogich nam gości, którzy tradycyjnie, jak co roku, pędzą właśnie do nas całymi rodzinami w wielgachnych amerykańskich krążownikach po autostradzie, oblizując sie na samą myśl o obżarstwie.  Powiada się bowiem, że podczas tego weekendu żarłoczność nie jest grzechem.

(E, tam, to tylko takie przesiąknięte autoironią – sic! –-  powtarzanie stereotypu, bo dobre czasy solidnych, amerykańskich samochodów należą do zamierzchłej przeszłości.  Współczesny jankes bez słowa protestu dał się wtłoczyć do chińskich mydelniczek z papierowej blachy i jeszcze polityczna poprawność każe mu z tego być dumnym, tak że w samej rzeczy istocie, owe bliskie sercom naszym rodziny gniotą się przez dwanaście godzin zatrzaśnięte w oszczędnościowych subarach, czy mazdach, które popyrkując z wysiłku niczym trabant na Zakopiance, zmierzają w kierunku naszego domostwa)

Bierzemy więc fasolkę z puszki nr10 i odcedzamy na durszlaku.  Powinno wyjść nam tego ponad dwa kilo.  Rozkładamy na szklannej formie do pieczenia.  Może być jakakolwiek inna, byleby nam się fasolka zmieściła.  Posypujemy lekko pieprzem, soli unikamy, zaraz sie okaże, dlaczego.  Na to kładziemy suszona podsmażaną cebulę z tekturowej puszki, i skwarki z boczku z pewna ilościa wytopionego szmalcu.  Jeśli nam się chce, to możemy sami cebulke posmażyc na boczku i dołożyc do fasolki.  Teraz otwieramy puszke skoncentrowanej 1:1 zupy grzybowej i polewamy na wierzch.  Zupa zawiera sól.  Nie musimy się zbytnio wykazywać gorliwością w dokładnym wymieszaniu tego wszystkiego, ot, tak troche tylko.  Na to idzie tarty serek i zapieczemy sobie foremkę tak jak zwykle zapiekamy zapiekanki, tylko troszeczkę może dłużej.  Gdy gotowe, obklejamy z wierzchu aluminiowa folią i wstawiamy do dochówki obok kartofelków, coby nie wystygło.  Bo, o czym zaniedbaliśmy nadmienić, wstawiliśmy tam uprzednio owo nasze puree.  A także upieczonego i pokrojonego indyka.  Ojoj, robi się trochę tłoczno na obydwóch pięterkach naszego piekarnika…

No przecież, jakże mogliśmy zapomniec o sałacie!  Amerykanin każdy obiad rozpoczyna od sałaty.  On uważa, że od sałaty się chudnie, a przecież nacisk opinii publicznej nakazuje byc na permanentnej diecie odchudzającej, a w Kaliforni grubasy ze wstydu wychodzą na światło dzienne tylko w nocy.  Przy czym grubasem nazywa się każdego, kto nie jest chudy.  Ale sztuka polega na tym, że jeśli ktoś chce za przyczyną sałaty schuść, to nic innego nie powinien spożywać, no, może kawałek gotowanego kurczaczka dla uzupełnienia wkładu białek egzogennych.  W ten sposób wielka część populacji pozbawia się istotnej przyjemności w życiu, skutkiem czego jej przedstawiciele stają się złośliwi, agresywni i przedwcześnie stetryczali.

Najpopularniejsza sałata nazywa się iceberg.  Nadgorliwi propagatorzy makdonaldyzacji w Polsce natentychmiast nazwali ja sałatą lodową, jakoże w Polsce musi byc więcej Ameryki niż w USA.  Jest to jednak terminologia pokraczna, poniewaz owa sałata z lodem nie ma nic specyficznie wspólnego a amerykańska nazwa pochodzi od faktu, że wygląda troche jak góra lodowa.  Iceberg to przecież po amerykańsku zapożyczona ze szwedzkiego nazwa góry lodowej, nieprawdaż? Ale może byc każda inna sałata, nawet chińska, a polska jest chyba najlepsza, której najbliższy amerykański odpowiednik zowie się, nie wiem, czemu sałatą maślaną.

Do sałaty dodaje sie inne rzeczy, jak trochę cebuli, albo szczypiorku, jeden ząbek czosnku, słodki pieprz, po polsku mówiąc paprykę, krojoną na bardzo cieniutkie paski, pomidory w rozmaitej postaci, rzodkiewki, nawet rodzynki, czy suszone żurawiny, a im więcej tego śmiecia, tym lepiej.  Polewa się sosem zwanym dressingiem, thanksgiving-dinnerktórych to sosów jest tu sto dwadzieścia siedem tysięcy sześćset trzynaście i może jeszcze znalazłyby się ze dwa ponad tę liczbę.  Ale nie chcę tu zaczynać ich opisów, poniewaz przez ćwierć wieku specjalizowałem się osobiście w trudnej sztuce przemysłowej produkcji owych sosów i obamiam się, że raz wszedłszy w temat, nie potrafiłbym tak łatwo zakończyc monologu w tej materii.

Zakończmy zatem na dziś nasze rozważania.  Następnym razem zajmiemy sie słodkościami i jeśli miejsca starczy, doborem napojów.

 

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Swiąteczny cykl, cz. III, dodatki

  1. Jolanta Król pisze:

    I uczta dziękczynna gotowa. Jest piękna. Nigdy nie czytałam lepszego i bardziej wyczerpującego opisu. Jestem zachwycona.
    A jednocześnie widzę te wszystkie różnice kulturowe. To totalne poluzowanie sobie w obżarstwie jest chyba nam obce. Ja osobiście nadal optuję za Wigilią postną. Obżarstwo to obżarstwo, nigdy nie jest dobre. Rozumiem, że w USA jest kompletnie inna skala wszystkiego, łącznie z ich wielgachnymi samochodami. Czyli to mit, że tam jest dużo grubasów? Kolega ze studiów, mieszkający od wielu w Chicago, mówi, że są i że otyłość to poważna choroba cywilizacyjna, która toczy to społeczeństwo. On sam jest wiecznie młody i niesamowicie dba o swoją kondycję. Ale muszę Panu powiedzieć, że Polski dbają niesłychanie o właściwą wagę. Różne odpisy jadłospisów dietetycznych krążą między nami łańcuszkowymi e-mailami nader intensywnie. Mnie i moim przyjaciółkom nadwaga b. przeszkadza, każdy jej kilogram. Ja bym z Pana stołu tyle o ile dzióbnęła, poza indykiem i żurawiną sałatę z miłą chęcią, fasolkę (choć raczej z wody z bułeczką tartą, tak samo kartofelki), ale proszę nie myśleć, że to kobietom odbiera radość życia. Poza tym ja mam swoje grzeszki – lubię śmietanę.
    I już więcej nie chcę smęcić, bo przecież takie piękne są te Pana ostatnie trzy wpisy i przecież chodzi o obiad świąteczny, jedyny taki dla Amerykanów w ciągu całego roku. Właściwie to by mogła być Pana gotowa książeczka: o amerykańskim Thanksgiving; z ilustracjami Pani Ani, oczywiście.
    Tak, obie, myślę, prosimy teraz o słodki deser. Pisał Pan o tej gruszce z miodem. Jak najbardziej to będzie świetna słodkość. 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s