Kornel Makuszyński, część przedmowy do Stworzenia Świata Jeana Effela.

W zasadzie to część trzecia, jest częścią pierwszą całości, tak dla porządku  Nie mogłem więcej wyłuskać z Internetu, ale warto poszukać tej pogodnej książki w antykwariatach, a i z pewnością był szereg współcześniejszych wznowień.  Ucziwie uprzedzam, że Effel troche komunizował, a za serię karykatur Adenauera i Eisenhowera, otrzymał nagrodę Lenina.  Makuszyński za to jako przyjaciel politycznego renegata a wielkiego człowieka, profesora Ossendowskiego, ewidentnie widniał po drugiej stronie barykady.


Działo się dnia onego, w którym dobry Bóg sfuszerował doskonale ułożony repertuar stworzenia, stworzywszy niewiastę. Nieszczęściem dnia tego było klęską, że Stwórca nie mógł zapytać o zdanie nikogo starszego. Trudno! I geniusze i bogowie mają swoje chwile słabości, których się potem wstydzą, kiedy im fachowa krytyka wykaże niekonsekwencje w dziele.
Zainteresowanie w raju było ogromne; Anioły i zwierzęta rajskie widziały, zaglądając ciekawie przez gęstwinę krzewów, że dobry Bóg coś wyprawia. Cały dzień siedział nad błotem i coś z niego lepił. Wciąż coś przerabiał i poprawiał i wciąż się coś nie udawało.
Aż wreszcie ulepił figurę niekształtną, niezgrabną i do niczego nie podobną: podniósł ją i oparł o dwa patyki, aby wyschła na słońcu. Umył potem starannie dobrotliwe ręce i natarł je liściem z pomarańczowego drzewa, aby zagłuszyć niemiłą woń rzecznego błota.
Kobieta wyszczerzyła gębę ku słońcu i parowała.
Zaledwie dobry Bóg wsiadł na czekający na niego obłok i uniósł się powoli w górę, ze wszystkich stron raju zaczęły się schodzić bydlęta, nawołując się wzajemnie.
Przyczłapał stary koneser, krokodyl, wywiesił język z gorąca i zmrużywszy figlarnie jedno oko, drugim oglądał nowe stworzenie z miną idiotycznie złośliwą.
Z krzykiem i piskiem zbiegło się całe stado małp, mniej lub więcej obrosłych. Z trwogą podłaziły ciekawie ku kobiecie, oglądając ją ze wszystkich stron.
Dysząc ciężko wynurzył się z rajskiej rzeki nosorożec i prychając, jak ktoś, kto nie używa chustki do nosa, przywlókł się blisko, stanął przed niewiastą i zadarł nos w górę. Tabetycznym krokiem przybiegła żyrafa, w ślad za nią przygnał wielbłąd, który się w tym czasie kochał w niej beznadziejnie.
Przyszedł uroczyście lew, jak jaki radca na komisję, przyszedł zaraz za nim lis, jak gazeciarski reporter, potem wilki i niedźwiedzie.
Zleciała się czereda ptactwa, jak kobiety na wystawę obrazów. Hałas był nie do opisania.
Uciszyło się na chwilę; wśród kłębów dymu i siarki szedł rajski okaz, bardzo miły smok, pochmurny i zły; od czasu do czasu przystawał w drodze i tłukł ogonem o drzewa. Natychmiast zrobiło sie miejsce w tłumie, tak, że smok, jak jaki ekscelencja, mógł podejść bardzo blisko. Stanął i rozglądnął się. W stronie olbrzymiego ogona było bardzo wiele pustego miejsca.
Smok rozglądnął się w otoczeniu i skinął głową na pierwsze bydlę z brzegu. Podbiegła wielkimi krokami żyrafa.
– O cóż to właściwie chodzi? – prychnął smok.
Żyrafa skrzywiła wesoło głowę.
– Kwestia kobieca…
Małpy podlazły blisko, aby słyszeć rozmowę.
– To ona?…
– Ona.
Smok oglądał z zajęciem zlepek błota.
– No, no…
– Cha! cha! cha! – wrzasnęły małpy bez racjonalnego powodu i rozbiegły się na wszystkie strony.
Smok spojrzał z pogardą.
– Zwariowały?
– One tak zawsze, szlachetny panie. Małpy to jest głupia publiczność.
W tej chwili podlazł krokodyl.
– Nie bardzo piękne bydlę jest ta kobieta…
Smok spojrzał na niego niechętnie, potem zaczął do żyrafy.
– Kto to taki?
– Ten? Nie warto mówić – krokodyl, prawdę rzekłszy, idiota.
– Uważałem – rzekł smok, potem z trudem chciał się obrócić na ogonie, kiedy nagle potworny wrzask podniósł się opodal.
– Co się tam stało?
Podbiegł lis i zawył w górę, w stronę smoczego ucha.
– Młody słoń się upił, wpadł w tłum i szaleje.
– Który słoń?
– Ten, szlachetny panie, któremu onegdaj wybiłeś jeden kieł ogonem.
– To bydlę?
– To samo.
Młody słoń, ogromnie sympatyczny, choć beznadziejnie głupi, w istocie szalał. Połamał nogi strusiowi, tak sobie po drodze, potem wyrwał z korzeniami daktylową palmę dla zabicia czasu i kilku jakichś niewinnych bydląt. Ryczał przy tym, jakby w żołądku miał cierń. W tłumie zapanowała konsternacja. Jeden smok był nieruchomy. Małpy podniosły wrzask, ptactwo urządziło piekielny chór. A słoń szedł prosto ku kobiecie z widocznym zamiarem rozwalenia na drzazgi bożej budowy.
Słoń miał w małych oczach pijacką fantazję. Zawinął trąbą i z całą satysfakcją podniósł w gorę daktylową palmę.
Smok prysnął ogniem i zagrzmiał:
– Bydlę!
Słoń się powstrzymał i spojrzał wściekły.
– Sam bydlę!
– Smarkaczu! – ryknął smok.
– Ogoniasta małpo! – zawył słoń.
– Cha! cha! cha! – zaśmiały się małpy
W tłumie zapanowało zgorszenie.
– Gdyby tak Pan Bóg słyszał – ładna rzecz…
Smok stał rozjuszony i tłukł o ziemię ogonem, słoń ryczał, jakby mu ciotka umarła i tłukł trąbą.
– Ładne towarzystwo – rzekł lew.
– Strach! – zawrzeszczała papuga, która miała stosunek z zimorodkiem.
– Uhu… uhu… – jęknął puchacz, ślepy, nie wiedząc o co idzie.
– Gdzie jest człowiek?
– Śpi.
– Powinien przyjść i zrobić porządek. Słoń jest wielki, ale ma mózg mały.
– Cha! cha! cha! – wrzasnęły małpy, nie mogąc wymyśleć nic nowego.
Wróble podrygiwały ponad całym zebraniem, radując się niepomiernie.
Przygotowywała się pierwsza awantura o kobietę, która stała nieporuszona i zwrócona ku słońcu. Słoń rwał się bezczelnie do walki, jakby mu było wszystko jedno.
– To jest świństwo – zauważyła pantera – te bydlaki nie szanują regulaminu.
– Co tobie to szkodzi? – odrzekł lis – nie o ciebie przecież idzie. Wolno im sobie rozbijać głowy, jeśli im się tak podoba.
– Obchodzi mnie…
– A czemu nikogo to nie obchodzi, że się po nocy włóczysz i to nie sama?
– Cha! cha! cha! – wrzasnęły małpy
– Parrhadna! – zaskrzeczała papuga
Wróble aż się pokładały ze śmiechu.
– Ihi!… ihi!… ihi!…
– Cicho durnie! – wrzasnął kruk.
– Pan Bóg idzie! – zawołał ktoś z góry
W jednej chwili zrobiło się pusto, wszystko zginęło, schowawszy pod siebie ogony. Słoń przerażony cisnął daleko od siebie palmę, zrobił smokowi minę na temat: poczekaj, jeszcze przyjdziesz na moją ulicę – i zadałszy w górę imitacje ogona, zginął w zaroślach. Smok prychnął za nim smugą dymu, potem z godnością popełzał ku rzece.(…)

Jean Effel & Kornel Makuszyński „Stworzenie Świata”

skanuj0010[1]

Rysunek autorstwa naszej pani Ilustratorki Anny Kulesz pochodzi z książki „Słowianka”.

 

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Kornel Makuszyński, część przedmowy do Stworzenia Świata Jeana Effela.

  1. Jolanta Król pisze:

    Ferdynand Ossendowski, Panie Piotrze?! Oj, tak, słyszałam.
    Pamiętam, ktoś mi polecił w ramach nadrabiania moich czytelniczych braków (bo komuna takich pisarzy eliminowała), Ossendowskiego właśnie, jego „Przez kraj ludzi, zwierząt, bogów” i Ferdynanda Goetla.
    Goetla kupiłam świetne „Czasy wojny”, w wydawnictwie ARCANA. Jedna z tych książek, które czekają w kolejce na moje czytanie, co ja w pełni zrealizuję chyba na emeryturze. Jak nie oślepnę, jak jej doczekam, bo Tusk mi mocno przejście na emeryturę odłożył w czasie (ale boję się, że Pan nie siedzi w tych krajowych szczegółach). A serio: fragmentarycznie Goetla sobie poczytałam. Świetny, dokumentalny styl. Jak Pan jest zainteresowany codziennym życiem wojennej Warszawy, to bardzo proszę.
    Makuszyński – przekomiczny!!! Boże, ileż kobieta we wszystko wnosi zamieszania. Te zwierzaki pobudzone, zadziorne, zaperzone, gotowe do walki na śmierć i życie. Coś … pięknego, właściwie.
    Ja czytam „Stworzenie świata”, ten fragment przez Pana przytoczony, i myślę o takim obrazie, jaki zobaczyłam w watykańskiej Pinacotece. Już stamtąd wychodziłam, po wielu godzinach, już nóg nie czułam, i nagle: ten obraz, rozciągnięty na całą ścianę, ogromny. Wizja biblijnego raju. Adam i Ewa, nadzy, piękni – i z nimi całe mnóstwo najróżniejszych zwierząt. Mówię do córki: ja tutaj polski pielgrzym wydam ostatni grosz, ale kupię reprodukcję tego CZEGOŚ. Ja TO muszę mieć.
    Reprodukcja była. W tubie wiozłam do Polski. Oprawiona wisi w moim pokoju.
    Peter Wenzel, obraz Adam i Ewa. Ale w katalogu watykańskim było: The Earthly Paradise.
    Na razie taki link dla Pana. Trochę marny. Ale ja mam zdjęcie tam zrobione. Jak tylko czas pozwoli, zapostuję na G+.
    http://www.plakaty-i-reprodukcje.pl/peter-wenzel/adam-i-ewa-obraz-795189

    Wiadomo, że rysunek Pani Ani świetny. Świetny. 🙂

  2. bardzo pisze:

    Dziekuje za linka. Czy mam Pani podesłac w zamian Lenina Ossendowskiego? To niesamowicie rzetelny naukowiec, zresztą podróżował po Rosji i znał ten kraj. Wielka klasa. Płachta na byka dla bolszewików.

    Pani MUSI poczytac Malarstwo Białego Człowieka. TO jest Pani obowiązek wobec samej siebie. Seria pierrrrrrońsko droga, ale może biblioteki mają. Na pewno na Uniwersytecie jest.

    Ale zjezdzamy na prywatne tematy. mamy do pogadania. Do zobaczenia na prywatnej sferze Sieci.

  3. bardzo pisze:

    Ale to nie było drzewo z jabłkami. To była szafa z twardym dyskiem, gdzie dokładnie wyjaśniona była różnica między Dobrem a Złem, Zanim Adaś z Ewka poznali tę różnicę, byli bezgrzeszni, bo definicja grzechu zakłada swiadomośc. Po poznaniu tej prawdy, stali sie ludźmi ułomnymi i ty jest der Hund begraben na nasze człowiecze nieszczęście.

  4. Jolanta Król pisze:

    http://pl.wikipedia.org/wiki/Ferdynand_Ossendowski

    Ależ życiorys!!! Jaki bogaty dorobek pisarski. A „Lenin”? Ma Pan na myśli jakiegoś pedeefa? A bardzo proszę. Będę wdzięczna.
    Ja Panu wyślę pocztą zdjęcie tego obrazu w oryginalnym rozmiarze. Porozciąga je sobie Pan na wszystkie strony. Tyle tam zwierzątek, Adaś z Ewką śliczni, nagutcy, chyba jeszcze niewinni. To digitalne zdjęcie, z kompaktu, to jakieś 2,5 MB.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s