Hamburger

Porozmawiajmy przez chwilę o wybranych mitach dotyczących amerykańskiego żarcia. Prawda, jest to kuchna niewymyślna, wręcz prosta, ale pełna smaku i zaprojektowana w miarę zacnie.  Zła opinia świata o szkodliwości amerykańskiego gotowania wynika z podłej jakości surowców użytych na tanie popularne produkty, a także nieładnych przyzwyczajeń żywnościowych społeczeństwa.

Prawda.  Ludziska gonią za szczęściem cały dzień i noc.  Bywa, że ciągną dwa i pół etatu, często półtora, tylko po to, aby związać koniec z końcem na w miare znośnym poziomie.  Większość owo szczęście utożsamia z liczba zer na koncie w banku (po prawej stronie cyfry) i w tym leży cały szkopuł, ponieważ każdy to tego celu ślepo dąży kosztem własnego czasu i zdrowia, a zatem kosztem własnej osobowości.  Kosztem własnej duszy.  Zatem powiedzmy sobie szczerze, zaprzedaliśmy wszystko co mamy, łącznie ze swym ciałem i duszą zielonemu Złu, jakkolwiek Ono ma na imię.  Może być Dolar, choć ja znam trafniejsze słowo, też na de.  A cel ten to jak horyzont.  Im bardziej się do niego zbliżamy, tym bardziej się on od nas oddala.  Bardzo proszę zerknąć na następujący link, który niezwykle trafnie obrazuje tę sytuację ołówkiem naszej nieocenionej Pani Ilustratorki:

http://annakulesz.yolasite.com/wolnosc-wyboru.php

I tak, nie mamy zwyczajnie czasu na odżywianie sie zgodnie z zegarkiem biologicznym.  Coraz częściej posiłkiem staje się torebka kukurydziannych czipsów i flaszka koka koli, wręcz trująca mieszanka dla organizmu starego i młodego.  Gdy mamy więcej czasu, wstępujemy do baru Fast Food (wym.Paskud) na hamburgera, a o gotowaniu w domu to już dawno zapomnieliśmy.

Wielkim problemem społecznym u Amerykanów jest monstrualna otyłość. Występuje to zjawisko sprzężenia zwrotnego.  Zła dieta promuje nadwagę, a ta z kolei  hamuje jakąkolwiek inwencję,  w tym chęć do odżywiania się bardziej prawidłowo.  Dodatkowym demotywatorem jest ta cholerna skrzynka ze szklanną przednią ścianką, która niezdrową poświatą niszczy jakikolwiek przejaw samodzielnego podejmowania decyzji.

To nie jest tak, na przykład, że hamburger jest z gruntu złym daniem. Hamburger to jest wspaniały wynalazek, w założeniu łączący wygodę z ładunkiem składników odżywczych.  Ale wiadomo, szary człeczyna instynktownie kupuje to, co najtańsze, w tym hamburgery po dolarze. Co zawarte jest w takim czymś, to nawet nie chcę spekulować, albowiem włosy by mi na głowie powstały, gdybym je posiadał.  Wygląda to jak kawałek pieczywa ze zwiewnego ciasta posmarowane w środku czymś czerwonym, co ma przypominać keczup, a w środku jakaś mielona substancja, kto wie, czy nie dopełniona teksturatami białka roślinnego, jak soja.  I pewnie jakieś podroby, bo w końcu coś tam między zębami chrzęści.  Gdy się takiego hamburgera weźmie do ręki, zarówno górna jak i dolna warstwa tego piekarniczego opakowania, którego nie mam śmiałości nazwać bułką, sprasowywuje się do grubości trzech kartek papieru, a wsad wyślizguje się z tyłu, i trzeba go przytrzymywać małym palcem dłoni trzymającej ów specjał.  Ale i tak nie ma już w czym go utrzymywać, bowiem owa, nazwijmy to umownie dla skrótu, bułka po minucie rozpada sie na trzy lub więcej wilgotnych wstrętnych frędzli.

Tak wygląda hamburger za dolara.

A przecież hamburgera można wypieścić tak, że aż się oko śmieje.  Weźmy mielone mięso, im z lepszej frakcji, tym lepiej, nawet mielona polędwica, jak na tatara, może się okazać trafnym wyborem.  Przyprawmy pieprzem i może odrobiną jakiegoś ziółka, na przykład oregano, albo mielonym rozmarynem.  Możemy dodać trochę mielonego wędzonego boczku, ale nie za dużo, ot, może równoważność objętości jednej łyżeczki.  Połóżmy na patelni posmarowanej cienko tłuszczem, albo na grillu.  Obsmażmy na ostrym ogniu, aż pojawi się cienka skorupka, potem zmniejszmy ogrzewanie i kontunuujmy do żądanego stopnia zaróżowienia środka, przyciskając co jakiś czas z lekka denkiem umytej flaszki po piwie.  Nie za mocno przyciskać, żeby nam zacności nie wypłynęły ze środka.  Teraz przygotujmy dorodną bułę, a dorodną bułe poznaje się po tym, że przy naciśnięciu stawia opór i wydaje charakterystyczny chrzęst.  Możemy ją leciutko podsmażyć albo podpiec od przekrojonej strony.  Posmarujmy majonezem.  I tu muszę dać wyraz swej frustracji odnośnie semantyki, jakiej ulega indoktrynowana populacja.  Otóż zwyczajowo utożsamia się na przykład margarynę z masłem, stosując równorzędne nazwy, przy zabielaniu kawy nazywa sie mianem śmietanki ten wstrętny proszek techniczny otrzymany z dodatkowo uwodornionego kokosowego smaru i innych szkodliwych świństw, cukrem niekiedy nazywa się rakotwórczy aspartam, a także majonezem zwie się preparat krochmalniczy, nawet częściej niż sam majonez.  Ta substancja wygląda i smakuje następująco:

Prosze sobie wyobrazić majonez, który stał otwarty poza lodówką przez dzień.  Nabrał on ciemniejszej barwy i lekko podjełczałego zapaszku, ale jeszcze od biedy da się zjeść.  Dodajmy do tego ocet i lekki posmak jabłek.  To się nazywa Miracle Whip i często podmieniany jest z majonezem w placówkach kulinarnych.  A ludność tak do tego przywykła, że mało że nic na to nie mówi, ale często sama sobie tego życzy zamiast majonezu.  Bo majonez ma przecież więcej tłuszczu i cholesterolu.  Prawdę powiedziawszy, to częściowo gucio prawda z tym cholesterolem, ponieważ ten fosfolipid w obydwóch produktach pochodzi z żółtek, a nie z oleju roślinnego.  A w substytucie żółtek jest niewiele mniej niż w majonezie.

Tak, że jeśli już naprawde boimy się majonezu, możemy ten składnik w ogóle pominąć, bez większego uszczerbku na organoleptycznych uniesieniach związanych ze spożywaniem dobrego hamburgera.  Keczup także nie jest niezbędny, ale przynajmniej daje wrażenie amerykańskości.  Natomiast obowiązkowo musimy do tej buły włożyć ze dwa liście sałaty (proszę mi nie mówić, że ona się nazywa lodowa, bo sie wścieknę.  Ona się mianowicie nazywa góra lodowa – iceberg, bo wygląda jak góra lodowa – co za idiota tłumaczył dosłownie mowy dwóch różnych grup językowych) i dwa grube plastry dorodnego pomidora.  Na to pójdzie krążek słodkiej cebuli (vidalia albo hiszpańska, choć krajowym odmianom też nic nie brakuje) i jak kto lubi, to ogórek kiszony albo korniszon, choć osobiście solidaryzuję się z Krokodylem Dundee i pikla bezceremonialnie wyrzucam. hamburger Kładziemy nasze dzieło na płaskim talerzu, a obok kilkanaście frytek kartoflannych, odsączonych z oleju na papierowym ręczniku.  Teraz dopiero możemy sobie naszego hamburgera lekko posolić do smaku.

Do hamburgera nie pijemy wina, piwa, a szczególnie kokakoli.  W ogóle nic zimnego.  Stracimy przez to wprawdzie niewielki skrawek poczucia amerykańskiego żarcia, ale zyskamy wiecej zdrowia.  Popijemy gorącą herbatą, tak po krajsku, ze szklanki z ruskim druciannym uchwytem.  Nie chcemy wszak, aby tłuszcz nam się w żołądku i kichach zestalił, pokrywając warstwą pasywną nasze wnętrze i utrudniając trawienie.  Pasywna warstwa pożądana jest na powierzchni metali, z których wykonane są nasze sprzęty i samochody, broń Boże na bebechach.

Za to pięćdziesiątka zacnego bimberku jest całkiem dopuszczalna (stanowczo odradzam picie setek).

Hamburgera można sobie udziwnić tak, jak nam to może nakazać chora wyobraźnia, byleby nie zatracić dominującej nuty smakowej dobrego mięsa.  Można nań położyc plaster sera (cheeseburger), podsmażone grzybki, chrupiący bekonik, smażoną cebulę zamiast albo w dodatku do surowej, można użyć mięsa z indyka, albo bizona (mniam!  Pobliski bar serwuje bizonie hamburgery słusznej wielkości po sześć zielonych za porcję), mozna też….

Hamburg1hamburg2

Różnica w kosztach sporządzenia własnego hamburgera, a nabycia tego ze stacji benzynowej jest mniejsza, niż się spodziewamy.  Większym problemem niż sprawy pekuniarne jest zdobycie dobrej buły, po którą najlepiej jest wybrać się z samego rana do jednego z nielicznych, acz wciąż egzystujących, prywatnych piekarzy.  Albo rzecz jasna, do polskiego sklepu, jeśli mamy szczęście zamieszkiwać w pobliżu Chicago albo Detroit.  Niech się cieszy, kto żyje w Starym Kraju.

hamburger inspiracja

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

8 odpowiedzi na „Hamburger

  1. Jolanta Król pisze:

    Swoim opisem przekonuje mnie Pan – nieprzekonaną – do tych hamburgerów.
    Jest hamburgerownia na Złotej. Stoliki stoją też na zewnątrz. Widzę, co oni jedzą, głównie młodzi ludzie. To są naprawdę duże porcje z frytami (wątpię, czy bym zmogła), może jest tam jakiś pomidor w środku, jakaś sałata (oj, niewiele), i jak najbardziej popijają colą. Za kilka lat wróżę im nadwagę, nadciśnienie i cukrzycę, nie daj Boże. Ale zapachy, dodam, są kuszące.
    Strona Pani Ani Kulesz jest bardzo ładna. Jeśli tylko zespolą Państwo swój wysiłek twórczy, doczekamy się Pana książeczki kulinarnej, czego życzę z całego serca, na bieżąco czerpiąc wielką frajdę z Pana blogowego pisarstwa.

    • bardzo pisze:

      Nasz wysilek tworczy zostal juz dawno zespolony. Najpierw powstala ksiazeczka o Bozym Narodzeniu zatytulowana „Tak być mogło”, a potem z rozpędu „Słowianka”. Obydwie pozycje można traktowac jako reportaż z życia codziennego w Imperium Augusta Oktawiana, z akcja w tle, widzianą oczami współczesnego bohaterom obserwatora, który nie miał bladego pojęcia jakie to ważne rzeczy dzieją się obok niego na wyciągnięcie ręki. Teraz gotowa do druku jest nastepna część tej planowanej tetralogii, ale pani Ania nie ma obecnie czasu na dzialalnosc malarska, bo tempus fugit. To już jest dość poważne tomisko, na 500 stron z okładem, a opisuje już nie tylko mocarstwo rzymskie, ale zahacza o kulturę greko-indyjską Pundziabu, a nawet akcja dosięga Himalajów dwa tysiące lat temu. I pośrednio ówczesnej koreańskiej federacji województw. O tym współcześni historycy nawet nie bąkną. Także czwarta część zatytułowana Terra Incognita, aktualnie in statu nascendi, przerwana w połowie objętości, która udowadniać ma tezy Arystotelesa odnośnie kształtu Ziemi. Nakład pierwszego wydania jest wyczerpany z powodu nadmiernej liczby darowizn, druga książka wciąż jest do nabycia, nawet w ksiegarni na Krakowskim Przedmieściu, ale również u pani Ani.

    • Ania pisze:

      Pani Jolu, jak zespoliliśmy twórcze wysiłki , opisuję na swojej stronie http://www.annakulesz.pl w zakładce KSIĄŻKI Z MOJEJ PÓŁKI. Zapraszam do poczytania.

      Nie mam wiele czasu i droga ciągle pod górkę, choć w słońcu i na szczęście nie pod wiatr. Ale FANTAZJE KULINARNE czytam, bo też zachwyca mnie pisarstwo Pana Bardzo, które w połączeniu z Pani komentarzami tworzy wyśmienitą potrawę.

      • bardzo pisze:

        GDyby tak jeszcze do pełni szczęścia Pani Ani rysunki na fantazjach…
        Probki juz mielismy.

        pozdr.

      • Jolanta Król pisze:

        Piękna strona, Pani Aniu. Jeszcze do niej wrócę. Historia pracy nad książką b. ciekawa. Zajrzę do księgarni Prusa. Gdyby „Słowianki” nie było, pozwolę sobie skontaktować się z Panią.
        Najwyraźniej nie doceniłam Państwa potencjału. Myślałam, że tylko ku temu zmierza: tej książce kulinarnej.
        Gratuluję takiego podejścia do życia, gdy praca, sztuka, radość, przyjaźń, współpraca – są jego główną treścią. B. to budujące.
        Pozdrawiam serdecznie. 🙂

  2. Jolanta Król pisze:

    Ja życzę ukończenia tych wszystkich projektów. Bo rzeczywiście, tempus fugit. Widzę, rozległa problematyka historyczna. Czy podołam w przyszłości jako czytelnik. Hm.
    Wie Pan, ja w ogóle lubię czytać blogi. To jest lepsze nawet niż ścibolenie w szufladach zapisków dziennikowych przez naszych pisarzy. Choć tradycje piękne, Dzienniki Dąbrowskiej np, Iwaszkiewicza. No ale trzeba to wyciągać po latach, odkurzać, czasami z mozołem odczytywać, przypisy opracować, sprawy publikacji z notariuszem wyjaśnić. Trochę z tym zachodu, ale też cały sens życia dla wyspecjalizowanych redaktorów. Dla mnie jest to absolutnie pyszna literatura, choć niefikcjonalna, taki strumień życia, i w przypadku tomów opasłych trzeba sobie wypracować specyficzną technikę czytania. W sprawie „Słowianki” chyba zwrócę się do Pani Ani. Lubię te nasze pogaduchy, choć mam wrażenie, że nieco zdominowałam Pana forum, a w sumie bym nie chciała.
    Miłej niedzieli dla Pana i Czytelników tego bloga. 🙂

  3. bardzo pisze:

    To nie jest dominacja tylko jak widac nikt wiecej nie chce sie wypowiadac.
    Prywatnie mam zapytanie dotyczące książkowania. Prosze o kontakt na p.bardzo@gmail.com
    Albo do pani Ani.

  4. Ania pisze:

    W takim razie będzie mi bardzo miło spotkać Panią ponownie na mojej stronie, a teraz ucztujmy u Pana Bardzo. Ja jestem niewolnicą słodyczy i czekam na jakiś wyjątkowy deser.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s