Bohaterowie sezonu, część druga

Teraz porozmawiajmy o drugim z bohaterów jesiennego sezonu, żeby jeszcze zdążyć przed indyczym świętem, o którym za chwilę.  Otóż indyk jest tak typowym stworzeniem dla kontynentu północnej Ameryki, że Ben Franklin zaproponował, by widniał jako godło USA.  Utarło sie przekonanie, jakoby indyk uratował pierwszych pielgrzymów do USA przed widmem śmierci głodowej.  Cóż, prześledźmy choć pobieżnie tę historię.

Cóż o tym powiada oficjalna wersja?  Grupa prześladowanych biednych pielgrzymów z Europy wynajęła sobie statek imieniem Mayflower i uciekła na dopiero co odkryty kontynent Nowej Ziemi.  Tam usiłowali założyć osadę i przeżyć, ale nie potrafili dostosować sie do warunków i cierpieli głód.  Ale znaleźli sie życzliwi tubylcy, którzy nauczyli przybyszów jak się poluje, na indyki rzecz jasna, i uprawia kukurydzę, przez co głód został zażegnany, a ci z kolei zorganizowali wspólne z miejscowymi ucztowanie i dla uczczenia tego wydarzenia ustanowiono w Ameryce święto Dziękczynienia, które przypada na ostatni czwartek listopada.

Ta sympatyczna historia posiada wiele luk i dziur logicznych.  W jaki sposób ci biedacy zdobyli się na wynajęcie statku?  Czemu cierpieli głód i nędze na nowym kontynencie, bogatym przecież w zwierzynę i leśne owoce i w żyzną ziemię?  Jakim cudem miejscowi, miast przepędzić intruzów, przyjęli ich na swoje przyszłe nieszczęście z otwartemi ramiony?  I tak dalej.

Otóż na wykupienie biletu do Ameryki w owym czasie stać było najbogatszych.  Ci z kolei nie potrafili obejść się bez służby, najczęściej nawet nie umieli sami się ubrać, co dopiero mówić o takich czynnościach, jak uprawa roli, budowa chaty, czy rąbanie drew na opał?  Niektórzy publicyści utrzymują, że ci pielgrzymi po prostu podprowadzili Indianom żarcie, dzięki czemu przeżyli.  Cóż, nie mamy miejsca ani czasu na spekulacje, czy dywagacje, ważne, że mamy święto i to całkiem sympatyczne.  indykObchodzimy je zjadając obowiązkowe wielkie porcje indyczego mięsa, bogate w tryptofan, który działa usypiająco, po czym wszyscy siadają rządkiem na kanapie i oglądają inaugurację sezonu gry, która nazywają fudbolem.  O naiwni prowincjusze! Wszak, my, mieszkańcy Europy wiemy doskonale, co to jest fudbol.  Amerykańska gra w niczym nie przypomina piłki nożnej, a i nazwa jest myląca, bo w USA nie kopie się piłki, a nosi pod pachą, poza jednym wyjątkiem w czasie meczu, a poza tym owa piłka wcale nie jest kulista.  A więc ani foot ani ball.  Podobnie jak świnka morska.  Ani to świnka, ani morska.

Święto się kończy tak, że rodzina i goście chrapią w najlepsze na przed telewizorem, a wokół walają sie puszki po tanim cienkim i kwaśnym piwsku…

Zamiast indyka może być szynka pieczona z plastrami ananasa, poza tym tłuczone kartofle (nie radzę, albowiem Amerykanie nie umieją z kartoflami nic robic oprócz sporządzania frytek, które nazywaja francuskimi), pieczona lub gotowana kukurydza oblana masłem (rarytas), zapiekanka z fasolki szparagowej, na Południu okra, do indyka obok nadzienie z chleba z gęstym sosem i oczywiście marmolada z żurawin, które tutaj osiągają wielkość dorodnej czereśni.  Potem słodkości, wśród których króluje pumpkin pie, czyli taki wklęsły placek wypełniony masą z dyni z cynamonem, a na wierzch bita śmietanka.  Nawet to niezłe, choc osobiście przedkładam nad to paja z orzechami pecan.  W sumie wsad kaloryczny takiego obiadu na łebka sięga ponad 8 tys kalorii, albo i więcej, ale w tym szczególnym dniu zwyczaj zwalnia od obowiązującej absolutnie wszystkich diety odchudzającej i konsekwentnie od moralnego kaca.

Mamy dość liczne odchyłki od powyższego schematu, głównie powodowane narodowością kucharza (wszak Amerykanie to w zasadzie naród wielonarodowy, nieprawdaż?) i regionalizacją.  W radiu chicagowskiej Polonii kiedyś była akcja wzbogacania świątecznej kuchni w potrawy typowe dla innych nacji.  Chicago bowiem ma świra na punkcie żarcia i tu żywność jest doskonałej jakości i stosunkowo niedroga (drugim podobnym miastem jest Seattle), a poza tym każdy z trzydziestomilionowej populacji miasta i okolic ma w genach jakiś zagraniczny ślad.  Skutkiem tego programu powstała taka przydługa fraszka, zamieszczona po niejakim wygładzeniu w miesięczniku Polish Suburban News:

Świąteczny weekend.  Każdy to wie.                                                                                 Amerykanin indyka żre.                                                                                                                  Lecz w jego kuchni polotu brak.                                                                                                      Jak więc obiadu poprawić smak?

Przytoczmy zatem przepis na mus,                                                                                                   Z kuchni bawarskiej.  Apfeln und szlus.                                                                                Jabłka, cynamon, cukru pięć gram,                                                                                                   I oryginalniej na stole mam.

 Takie zapachy, że ach i och.                                                                                                             To gruszki miodem polewa Włoch.                                                                                                  To nie perwersja.  Każdy Włoch na…                                                                                     Punkcie mangiare zajoba ma.

Bą żur, to ja, wasz kucharz Żę Pier,                                                                                                    Z małego bistro na Sakreker.                                                                                                        Mam dla was dzisiaj kobiałkę żab,                                                                                                Kilka ślimaków, kaczkę i schab.

 Hiszpan przyniesie kolekcję win,                                                                                              Ruski kartofla, Szwed zupę z dyń,                                                                                             Kanada przyśle żurawin kosz…                                                                                                         A z czym do stołu przybędzie „Nosz”?

 Polak fantazją, wie każdy kiep,                                                                                                            Inne narody bije na łeb.                                                                                                                       W rękawie zawsze pomysłów sto,                                                                                                Dziś też pokaże nie byle co.

Czy to pierogi? Czy w sosie leszcz?                                                                                                Nie, to niepowtarzalna rzecz.                                                                                                     Prosta potrawa z warzyw lub zbóż,                                                                                               Na którą przepis cytuję już:

Gorąca woda, garść śruty, i…                                                                                           Piekarskich drożdży kostki ze trzy.                                                                                          Dobrze wymieszaj, odstaw na bok,                                                                                                    I niech to sobie pyka przez rok.

Za tydzień wszystko do bańki zlej,                                                                                                      I powolutku od dołu grzej.                                                                                                                    A gdy eliksir rurką kap, kap,                                                                                                         Wtedy go sobie do flaszki złap.

Zaraz butelkę postaw na stół,                                                                                                              I w musztardówki równo po pół.                                                                                              Można też z gwinta, choć to nie to,                                                                                                   Bo musi to być szlachetne szkło.

Amerykańską poczęstuj dzicz,                                                                                                              I z nią wznoszenie ciężarków ćwicz.                                                                                                 Kropla do kropli, do cala cal,                                                                                                                I Jankesowi już ganc egal…

Święto Thanksgiving to chyba jedyna w roku okazja do rodzinnych zjazdów.  Mamy czterodniowy weekend, głowy jeszcze nie zaprzątnięte amokiem Christmasowych zakupów, można posiedzieć, pogadać.  A przede wszystkim pojeść.  Często na drugi dzień palimy ognisko za domem, na przykład na specjalnej wielkiej miednicy z grubego żelastwa na trzech nogach, żeby trawnika nie popsuć.  Nierzadko uroczystość nabiera cech religijnych i wznosimy dziękczynne modły do Opatrzności za opiekę, zdrowie, dobrobyt.  Także dziękujemy sobie wzajemnie za rozmaite rzeczy.  Przyznam, że lubię to święto, w przeciwieństwie do rozjazgotanych, zabieganych i wymęczonych Świąt Bożego Narodzenia, przy których nie można się nawet skupić na Ich Istocie. Ale o tym będziemy rozmawiać za sześć tygodni, gdy nadejdzie czas…

Troche rozwodnił nam się niechcący temat indyka.  Wróćmy zatem do meritum.  Na tego ptoka poluje się zazwyczaj przy użyciu strzelby śrutowej o srednicy lufy wyrażonej jako 12GA, w odróżnieniu od kalibrów.  Nabój ładowany jest śrutem nr 3 lub 4, a więc dość grubym.  Gdzieniegdzie obowiązuje śrut stalowy ze względu na ochronę środowiska.  Trzydzieści lat temu polowanie na indyki wymagało sporego doświadczenia, bowiem  trudno było wytropić stado i podejść.  Teraz indyki same podchodzą pod lufę, jako że ich populacja zwiększyła się wielokrotnie.  Upolowane ptaszysko rzecz jasna zjada się ze smakiem, trofeuma trofeum stanowi ogon i pióro spod gardła, zwane trafnie brodą, które to elementy oprawiamy na ozdobnej deseczce i wieszamy na ścianie.

Oddzielny rozdział stanowi polowanie z łukiem.  O, to już jest sport nieco rzetelniejszy. Tu trzeba się trochę napracować, by podejść do stada na odpowiednią bliskość, a indyk jest niezwykle czujny, naciągnąć łuk tak, żeby gwałtownym ruchem nie przestraszyć ofiary i dobrze wycelować, jako że mamy jedna strzałę, w odróżnieniu od kilkunastu czy kilkudziesięciu śrucin, które lecą chmurą.

Osobom niepełnosprawnym przysługuje zezwolenie na użycie kuszy.

I jeszcze mamy jedną kategorię indyczych myśliwych, mianowicie czarnoprochowcy.  To dopiero jest zabawa.  Do wszystkich wyżej wymienionych umiejętności dochodzi tu niewygoda posługiwania się prostym sprzętem, który trzeba literalnie nabijać i to od przodu.  I mamy tylko jedna szansę, najwyżej dwie, jeśli jesteśmy szczęśliwymi posiadaczami dwururki.  Ale jaka to frajda, gdy zza obłoku dymu wyłoni się ustrzelona zdobycz.

Ale przede wszystkim największa korzyść z polowań świątecznych to długi rajd po lesie, czy polu, zamiast całodziennego siedzenia u stołu, pożerania smakowitości i bekania z przeżarcia.  (oj, chyba rozpędziliśmy się nieco w naszych rozważaniach, albowiem dwutygodniowy świąteczny sezon na jelenie prawnie eliminuje czasowo polowania na inną zwierzynę.  I dobrze, bo jeleniowi polowacze zazwyczaj zaiste są jedynie świąteczni i może lepiej im nie włazić pod rurę, jako że palec na spuście u nich nader nerwowy a szybki…)

Muszę się bez bicia przyznać, że wprawdzie chadzam na polowania i widzę nierzadko doskonałe okazy do zdobycia, zarówno jelenia jak i indyka, a także czuje sie na siłach przynieść do domu to i owo, ale w ostatniej chwili przed strzałem myślę sobie – czy mi się naprawdę chce paprać z wybebeszaniem tuszki, skubaniem, czy oskórowaniem w przypadku jelenia. A, żyj sobie, powiadam, i się rozmnażaj na pociechę innym, bardziej zdeterminowanym polowaczom.  Ot, taki ze mnie myśliwy.

Powinniśmy jeszcze porozmawiac o sposobach przyrządzania indyka na świąteczny stół, ale nie będziemy już przedłużać i pozostawimy ten temat na osobny rozdział.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Bohaterowie sezonu, część druga

  1. Jolanta Król pisze:

    Podoba mi się, że Pan sobie odpuszcza tego jelenia. Czyli wchodzi Pan w ten rytuał, ale bez zabijania. Ja w ogóle chyba nie znam smaku dziczyzny, mięsa jem mało, pocieszył mnie Pana forumowy wpis, że też nie potrzebujemy go nazbyt wiele. Pana wiedza żywieniowca jest dla mnie b. cenna.
    A oddzielna rzecz to Pana klawiaturowanie. Naprawdę bardzo lubię. Dziś czytałam sobie w moim office (ale już po godzinach, choć tu granice są płynne jak natłok pracy) i parskałam śmiechem. Proszę sobie to wyobrazić, białą kobietę wpatrzoną w rozświetlony ekran komputera, rozchichraną. Całe szczęście nikt nie widział.
    Bo coś takiego, cyt. Amerykańska gra w niczym nie przypomina piłki nożnej, a i nazwa jest myląca, bo w USA nie kopie się piłki, a nosi pod pachą, poza jednym wyjątkiem w czasie meczu, a poza tym owa piłka wcale nie jest kulista. A więc ani foot ani ball. Podobnie jak świnka morska. Ani to świnka, ani morska.
    No świetne. Fraszka też. Co prawda gubię się w wersyfikacji, ale łapię pointę.
    Ja bardzo lubię Święto Dziękczynienia. Widzę, jak corocznie przeżywa je jeden z moich amerykańskich przyjaciół, jak to scala jego rodzinę. Jest to naprawdę wzruszające.
    A ze szczegółami historycznymi może mieć Pan rację. Jakoś nigdy o tym nie myślałam. Ale to prawda, oni mogli być bez służby b. bezradni. To mi się z jeszcze inną historią kojarzy, dotyczącą pewnej naszej arytokratki, miłej i mądrej pani, jak Pan z literackim zacięciem, ale o tym może przy innej okazji.

  2. bardzo pisze:

    Wpadla mi do rąk kiedys ksiazka o pierwszych kolonistach pod dyrekcja Smitha i o pierwszym strajku w ameryce, wywolanym rzecz jasna przez tych niepokornych Polaków. To zreszta bylo przyczynkiem do napisania przez A.Fiedlera Wyspy Robinsona. Otoz piątka chemikow (destylatorzy drewna) z Polski plus lekarz, o ktorym jedni powiadaja, ze mial jakies niemieckie nazwisko, a inni ze po prostu Górski, to byli jedyni w calej kolonii, ktorzy umieli cokolwiek i w przeciwienstwie do reszty nie cierpieli glodu ani zimna. Smith zazyczyl wiec sobie zeby oni utrzymywali cala kolonie. To oni szurneli do lasu Wirginii i tyle ich widziano. Zapiski oryginalne dotyczace tych wydarzen trzymane sa przez jakiegos prywatnego kolekcjonera i nie publikowane. Wiadomo, o Polakach się należy albo źle, albo wcale.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s