Bohaterowie sezonu

Jak co roku, mamy na Środkowym Zachodzie USA specyficzny sezon.  Jesień.  Jesiennych zwyczajów ludowych mamy w Ameryce o wiele wiecej, niz u nas, gdzie ta pora roku uważana jest raczej za smutną i ponurą, niezależnie od tego jaka jest złota i kolorowa i ile kasztanów udało nam się tego roku nazbierać z dzieciakami.

I tak, na frontach domostw pojawiają się dekoracje w kolorach jesieni, najczęściej czarnym i pomarańczowym.  Ustawia się też snopki wiązane z kukurydzianych wiechci, po przedmieściach dominują motywy z filmów horroru, wiadomo, nadchodzi Wszystkich Świętych, gdy to zgodnie z celtyckim zwyczajem robimy wszystko, aby wystraszyć zjawy i wampiry mające się ukazywać tego wieczoru w celu napędzenia ludziskom stracha.  Drążymy także dynie na szczęście, zjadając zawartość i pestki, a podświetlona skorupe umieszczamy w oknie.

Na nasz słowiański gust, obyczaj taki trąci pogaństwem, jeśli nie wręcz satanizmem.  My wszak spotykamy sie na grobach naszych bliskich, stawiamy znicze i kwiaty ku ich pamięci.  Nasze święto przepełnione jest powaga i modlitwą za Zmarłych.  Po tej stronie Oceanu dominuje jazgot, wygłup i wszechobecny kicz.

Ale najbardziej masową imprezą stają się teraz polowania.  Na muszce, a raczej w reticulum optycznego celownika pojawiają się dwa stworzenia jakże charakterystyczne dla tego regionu świata, mianowicie jeleń i indyk.

Jeleń amerykański, czyli white tail.  Z wielkości i wyglądu podobny jest trochę do naszej sarny czy daniela.  To piękne i pełne wdzięku zwierzę w ostatnich czasach stało się groźnym szkodnikiem, masowo niszczącym pola kukurydziane, których uprawa, wraz z wysokobiałkową soją, zdominowała najbardziej zaludniony region tej części świata.

Przed przybyciem Białego Człowieka tereny zwane obecnie Midwest, porośnięte były gęstymi lasami, gdzieniegdzie pokryte bujną prerią.  Liczne i wielkie jeziora pełne były smacznych, dorodnych ryb, raków i małż.  Mnogość zwierzyny, zwłaszcza bizonów i jeleni, zapewniała żyjacym tu Indianom preryjnym i leśnym życie spokojne, a dostatnie.  Wielką estymą cieszył się wilk, którego watahy pracowicie selekcjonowały chore i słabe jednostki wiekszych roślinożerców.

Nadszedł dziwny, dziki człowiek o bladym, niezdrowym obliczu.  Oprócz zgiełku i wody ognistej, przyniósł ze sobą choroby, śmierć, zniszczenie i nieszczęście w wielorakiej postaci.  Najpierw wytłukł wszystkie bizony.  Potem, powodowany jakąś niezrozumiałą nienawiścią, która miał najwidoczniej zapisaną w swoich dziwnych przedmiotach z szeleszczącego materiału, wytępił szlachetne wilki i przerzedził lasy.  Na koniec zasiał mnóstwo kukurydzy, na której uprawach żarłoczne jelenie rozpleniły się do przerażających swoją liczbą stad.

I świat stanął na głowie.  Klimat zwariował.  Pora letnia stała się gorąca nie do wytrzymania, a w zimie trzaskający mróz nie dawał przeżyć.  Wiosną i jesienią ludzie marli jak muchy na nieznane dotychczas choroby, a resztę wykańczała ognista woda i pomieszanie zmysłów.  Biały człowiek spojrzał wstecz i włosy z przerażenia stanęły mu na głowie na widok skutków swojej tu bytności.

Wielomilowe wały ułożone ze zbielałych bizonich kości pozostały jako świadectwo eskalacji starcia człowieka z przyrodą.  Kurz podnoszony wiatrem z wyjałowionych terenów leśnych i preryjnych dawał skojarzenia z krajobrazem pustyni.  Tereny uprawne spustoszone zostały przez rozbestwione stada jeleni, które potrafią zniszczyć o wiele więcej kukurydzy i soi, niż jej zeżreć.

Gorączkowo przystąpiono do prób odwrócenia klęski ekologicznej, głównie w formie ustawodawstwa.  Najpierw wprowadzono ochronę gatunkową na bizony, a nawet ostatnio sprowadzono pare żubrów z Rosji.  Po wielu oporach ze strony hodowców bydła i nierogacizny,  wilk również został uznany za gatunek zagrożony wyginięciem.  Ale już było za późno.

Obliczono, że jeśli w samym stanie Michigan w corocznym sezonie łowieckim nie padnie trzy czwarte miliona jeleni, władze stanowe musza podjąć kroki zmierzające do planowej eksterminacji tego gatunku.  Wprowadzono ograniczenia na używanie broni gwintowanej, co polepszylo nieco bezpieczeństwo polowań i umożliwiło większej liczbie amatorów zabijania na uczestnictwo, nawet w pobliżu miast i osad.  Gdzieniegdzie wprowadzono prawo wielokrotnego odstrzału, szczególnie w pobliżu regionów zurbanizowanych.

Od trzech tygodni trwa sezon na polowanie na jelenia przy użyciu łuku i strzał.  Niewiarygodne, ilu entuzjastów cichej broni ulega pokusie wyruszenia w knieje z wyposażeniem tradycyjnym – łukiem i nożem myśliwskim.  Z drugiej strony, współczesny łuk w niewielkim tylko stopniu przypomina swojego pradziadka sporządzonego przez Deer-White-Tailedindiańskiego rękodzielnika.

Nikt, oprócz kompletnych dziwaków, nie używa obecnie prostego łuku.  Dzisiejszy łuk napinany jest całym systemem ekscentrycznych bloczków, aby naciągnąć go jak najmniejszym wysiłkiem.  Skutkiem tego, siła wyrzutu strzały jest potworna.  Łuk zaprojektowany jest tak, aby strzelać jak najkrótszymi strzałami, zyskując na donośności i precyzji. Doskonale komputerowe wyważenie i nastawne celowniki stawiają sprzęt w kategorii skomplikowanych, nowoczesnych urzadzeń.

Cóż z tego, jeśli w jelenia strzela się zazwyczaj z odległości zaledwie kilkunastu metrów z drzewa lub spod krzaka.

Ale to jest tak jak u nas z amatorskim  narciarstwem.  Każdy chce zabłysnąć wyposażeniem droższym i lepszej klasy, niż inni.  Ekwipunek do eksterminacji jeleni może kosztować ponad tysiąc dolarów i więcej…

Po ustrzeleniu zwierzęcia, technika tropienia jest inna niż w przypadku użycia broni palnej.  Prawidłowo strzelony jeleń nie może biec ze względu na strzałę, która tkwiąc w „komorze” uniemożliwia poruszanie przednimi kończynami.  A więc szczęśliwy polowacz może od razu podbiec do ofiary i podciąć jej tętnicę.  Wilk nie ma szans na skorzystanie z okazji.

W tym samym czasie wolno także polować ze strzelbą na proch czarny, czyli dymny.  Tu umiejętności myśliwego liczą się najbardziej.  Mamy mianowicie szanse na jeden tylko strzał, rzadziej na dwa.  Sprzęt jest pierońsko ciężki i wymaga stałej troski ze względu na wilgoć.  Po trafieniu nie należy poddawać się emocji i trzeba odczekać aż zwierzę zasłabnie i wyzionie ducha, w przeciwnym wypadku adrenalina pozwoli mu uciec na znaczną odległość i będzie jeden zero dla wilka.

Pod koniec listopada, sezon łukowo flintowy wygasa na chwilę i na dwa tygodnie do akcji wkracza ogół populacji z bronią na proch bezdymny.  Wszystkie stany zalecają strzelbę na brenekę.  W wielu stanach można także uzywac gwintówki o kalibrze co najmniej 0.3 cala, a w niektórych wielkokalibrowej broni krótkiej.  W tym okresie lepiej trzymać się z daleka od skupisk drzew.  Napompowani paroma szóstkami piwa amatorzy rekreacji walą do wszystkiego co się rusza, albo co im się wydaje, że żyje.  Zdarza się wtedy wiele wypadków, czasem dość groteskowych.  Do legend ogniskowych przeszedł fakt postrzelenia myśliwego przez własnego psa (na ogół nie wolno polowac na jelenia z psem), albo inne wydarzenie, gdy jegomosc właził na drzewo z odbezpieczoną strzelbą, która mu wypadła z rąk, uderzyła kolbą o ziemię  i wystrzeliła mu w nogę, w następstwie czego pechowiec spadł, poturbowal się wielce i zawdzięczać życie mógł tylko temu, że wilk właśnie głodny nie był, jako że zjadł zaginioną ofiarę innego amatora i nie miał już ochoty na cuchnącego papierochami i alkoholem dwunożnego osobnika.

Po dwóch tygodniach bezdymny sezon wygaśnie i znów przez jakiś czas będzie można polować z łukiem albo skałkówką.

Obiektywnie mówiąc, jelenina, czyli po tutejszemu venicine, jest dość smaczna i delikatna.  Przecież jeleń żywi się kukurydzą i soją z farmerskich pól.  Ponieważ chude mięso podczas obrobki termicznej łatwo wysycha, na kielbasę miesza się je ze słoniną, albo sporą ilością wieprzowiny.  Nie ma jednak porównania do mięsa z bizona, które można spożywać pod każdą postacią, nawet suszone.  Niestety, na bizony w większości regionów Midwestu jeszcze polować nie wolno, a mięso pochodzi z hodowli i ze stanów Zachodu.

Tyle na razie o jeleniu, jednym z naszych bohaterow sezonu.

imagesM0EUUA61

 

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „Bohaterowie sezonu

  1. Jolanta Król pisze:

    Wypływamy na szersze wody literackie tym razem. Pana wierna czytelniczka jest wręcz skonsternowana, w miły sposób, chcę od razu podkreślić, i musi się z tym faktem oswoić, bo i tematyka kobiecie (miastowej) nieco obca. Biały człowieku, zaopatrzony w ognistą wodę, niosący śmierć i zniszczenie, karczujący, orzący, siejący, ja chyba ciebie nie lubię. Ja chyba z tego wszystkiego zapiszę się na podyplomową amerykanistykę na UW.
    I kompletnie nie rozumiem, jak pies mógł postrzelić myśliwego?!
    Opis obyczajów pyszny, jednak już nic więcej nie dodam. Komentarze, opasłe i fachowe, zostawiam męskiej części Pana czytelniczego audytorium.

  2. bardzo pisze:

    Pies niechcący nadepł na spust strzelby, którą mysliwiec położył na ziemi. Widac Pies też potrzebuje kurs BHP.

    Kiedyś, a już jeździłem własnym ciągnikiem siedłowym, przejeżdżałem przez rezerwat, a raczej terytorium indiańskie w stanie New York. Bo ten wielki stan, w przeciwieństwie do regionów miejskich, jest przepiękną krainą, mnogo w niej paliej, liesow i riek, ja drugoj takoj strany nie znaju, gdzie tak wolno dyszyt czieławiek posle abieda… ups, to z innej piosenki. Ale to piekny, zielony, lesity, I jeziorowy kraj ten stan NY. Otóż pisze na tablicy przydrozne, paliwo bez podatku. Indianie nie placa wszystkich podatkow. Poniewaz jak tankuje, to od razu trzy czwarte tony, każdy cent na galonie to dla mnie pokaźna oszczędność. To zajeżdżam. Żywego ducha na truck stopie, tylko przy ladzie siedzi dystyngowana i zadbana starsza pani. Od razu żem sie domyślił i pytam, jak się nazywają ludzie, którzy tu mieszkają. Bo pomyslalem, ze sie moze obrazic jak sie bezceremonialnie zapytam co to za szczep. To ona mi powiada, my jesteśmy Indianie Seneca. Oni sami się chcą nazywać Indianami. To ja jej mowie, jak to zrobiliście, że wobec takich prześladowań, zachowaliście świadomość narodową i jeszcze macie przywileje od rządu, stawiacie własne kasyna, w których zabieracie bladym twarzom to, co u nich największa świętość i najcenniejsze, mianowicie zielone banknoty (to znaczy nie aż tak obcesowo, tylko kulturalnie się ją pytam). Bo ja, widzi pani, pochodze z podobnego narodu, przeznaczonego na odstrzal przez Wielki Świat Cywilizowanego Człowieka. Na to ona sie spojrzała i powiada: Zmuszaj dzieci, żeby mówiły w twojej ojczystej mowie, to dalej pójdzie łatwo. Nawet siłą je zmuszaj, jeśli inne sposoby nie wystarczą.

    A ognistą wode teraz oni sprzedaja bladym twarzom, żeby ich nawzajem otępić. Natury nie oszukasz…

    • Jolanta Król pisze:

      To ona Panu dobrze powiedział. Próbuję sobie ją z wyobrazić, z pewnym trudem: Indiankę jako starszą, zadbaną panią. No ale to moja naiwność. Bo czemu miałaby mieć pióra we włosach czy suknię z frędzlami. To wpływ „Tańczącego z wilkami”. Mnie ta moja miłość do kina zgubi. 😉

  3. bardzo pisze:

    Byla ubrana skromnie, ale gustownie, w kiecke podobna do tych na filmach, tyle ze bez frędzli I nie ze skóry jelenia, a z jakiegos ciemnego materialu. Widac bylo ze tutejsza, ale widac bylo za klasa goruje nad bladymi twarzami co uzywaja noza i widelca niczym operator dzwigu trzymajacy dzwignię w kułakach. Zdaje sie tylko ze miala jakas ozdobke z turkusa. W ogole ten truck stop byl skromny, choc czysty. I niewielki. Tak sie jakos milo do niego zajezdzalo.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s