Jesienne zupy

Jesień daje nieomal nieograniczone możliwosci w temacie zup, szczególnie bezmięsnych.  Wiele warzyw zbiera się właśnie teraz i na przykład niezwykła mnogość rozmaitych dyniowatych i ogórkowatych roślin daje w październiku najobfitsze zbiory.  Należy tu podkreślić, iż nie dotyczy to samych ogórków, jako iż ogórek spożywany jest w formie jagody niedojrzałej.  Wylicza się tu (przynajmniej w Kieleckiem) ogórek konserwowy, najmniejszy, większy kiszeniak, jeszcze większy sałaciok i największy, już żółty, zwany pastewnym albo bydlokiem.  Ale nie o tym chcieliśmy.  Będzie o dyni.

Dynia jest pewnie najśmieszniejszym i najwdzięczniejszym warzywem, jakie znamy.  Wsadzamy pestkę w ziemię, lekko alkalizujemy woda wapienną, nawozimy i podlewamy.  Gdy maleńkie kuleczki zielonych dyń zaczynaja się pokazywać, bierzemy szpilkę i wydrapujemy delikatnie na niektórych napis, albo własny podpis, albo inskrypcje w rodzaju „Kocham moją Elę”, a po dwóch miesiącach ogłoszenie urasta do rozmiarów planszy przydrożnej głosząc urbi et orbi dobra nowinę.

Nie wszystkie dynie nadaja sie do spożycia.  Większość z nich niestety marnowana jest w USA do celów satanistyczzno-dekoracyjnych.  Sama jarzyna u drzwi domostwa nie jest rzecz jasna niczym zlym, a nawet przeciwnie, ale w towarzystwie monstrów najrozmaitszych, jak plastikowe kościotrupy, babyjagi, czarne koty, frankensztajny i inne świństwa, nabiera znaczenia czarnomagicznego, z czego Słowianin albo się śmieje, albo tego unika, albo i jedno i drugie.  Specjalnie pomijam tu popularne wizerunki pajączków różnej wielkości i autoramentu, poniewaz pająk jest stworzeniem niezwykle pożytecznym, jako iż zjada wstrętne i brudne muchi, stonogi i insze gryźliwe insekta.  Tak samo zresztą jak wróbelek.

Wróbelek istota maleńka, wróbelek istota niewielka, on brzydkie stonogi pożera, lecz nikt nie docenia wróbelka.  Więc wołam:  Czyz nikt nie pamięta, że wróbel to druh nasz jest szczery?  Kochajcie wróbelka, dziewczęta, kochajcie do jasnej cholery.  (Gałczynski)

Miało byc o zupie z dyni, a zeszło na wróbelka. Zatem back to the basics.

Zupe z dyni w Starym Kraju robi się raczej na słodko, albo słodkawo.  Z migdałami, gałka muszkatołowa, odrobiną imbiru, ewentualnie ze śladem cynamonu i goździkiem.  Taka to już nasza tradycja, choć przecieki z Omabalandu dotycza nie tylko zepsucia obyczajów i makdonaldyzacji, ale, choć rzadziej, spraw zacnych.  Zupa z dyni jest jednym z takich pozytywów, choc popularnego tu paja dyniowego bym nie polecał na krajskie nasze podniebienie.  Na  przykład zróbmy sobie taki wstęp, napiszmy taki krótki przepisik na zgrabną i pieprzną zupkę z dyni i innych warzywek, a to dla rozpędu.  Uprzedzam, że jest to przepis z Przyjaciółki, a przepisy stamtąd lubią czasem nie wychodzić, jak się nie uważa co się robi i nie koryguje rażących nieprawidłowości na pniu.

Dynia na zupę najlepsza jest taka o średnicy od 20 cm do 70 cm.  Wieksze mogą mieć środek zdębiały, albo być gorzkie i nadaja się właściwie głównie na wydrążenie i wstawienie elektrycznej migoczącej świeczki (bo prawdziwa stearynowa powoduje zapadanie sie przedwczesne wierzchu czerepu).  Otóż dynię na zupę wydranżamy (come si dice?) i starannie oddzielamy smakowite pestki, które potem uprażymy i będziemy chrupać w kinie zamiast ociekającego towotem popkornu, co czyni reszta widowni.  W nich jest magnez i inne cenne związki nieorganiczne, zwane przez domorosłych sprzedawców suplementow żywności „minerałami”.  Minerał bowiem, prosze Was, to jest na  przykład kalcyt, górski kryształ, albo mika.  A te nieorganiczne mikroelementy z pożywienia to są związki nieorganiczne albo mineralne.

No więc weźmiemy sobie pół kilo tego urobku z dyni, zacną cebulę (i czosnek, czosnek! – przypis mój), cztery kartofle, marchew i pietruszkę, troche wiecej jak półtora litra rosołku z kury, strączek ostrej papryczki, trochę kminku, troche masła, o soli i pieprzu nie nadmieniając nawet.

Warzywka kroimy w małą kostkę, kartofelki w większą. Gotujemy w rosołku jakies dziesięć minut.  Pomału, żeby się rosołek zbytnio nie zamącił.  I bez przykrycia, a odparowana ciekłą fazę uzupełnimy wrzątkiem.  Przed dodaniem cebuli (i czosnku!) radziłbym ją troszkę podrumienic na łyżce oleju rzepakowego, albo z oliwek.  Zaraz dodamy owo wymienione wyżej wnętrze dyni i kminek.  Także posiekana ostra papryczkę i trochę czarnego, aromatycznego pieprzu.  (Psiiiik!!!!)  Gdy sie warzywka zaczną rozpadać, doprawimy sola pod smak.  Jeśli papryczka wypuściła za dużo ognia, gasimy kilkoma kroplami soku z cytryny.  Na samym końcu podprawiamy masłem i podajemy. Dekorujemy zielona pietruszką.  Zupa jest prawie że klarowna, z pływającymi rozmaitościami we środku.  Błonnik, jednonienasycone kwasy tluszczowe, „minerały”… (cha, cha!) i dużo fajowego smaka.

A teraz historia z zupą z dyni kościelną.  ale musze zrobić przerwe w klawiaturowaniu, jako że znów wzywają obowiązki związane z dniem wolnym od pracy.  Do zobaczenia zatem za pare godzzin na tym samym wątku.

Po dokonaniu wpłat rozmaitych niezbędnych do życia i szczęścia, aq także po zakupie i wysiewie środka na pędraki, możemy opowiedzieć opowiastkę o zupie kościelnej.  Można sie śmiac z niedorobionego kulinarza.

Kilka to bylo lat temu. Pani Danura, tak to wimie wymawiaja tubylcy, albowiem przefiltrowują polskia ortografie przez swoją fonetykę, a potem Polak słysząc to, przefiltrowuje zasłyszane słowo z powrotem przez swoje ucho i zapisuje jak słyszy.  A słyszy po naszemu wyraźnie:  Danura.  Otóż, pani Danura powiada, wiesz, mamy w parafii dzień polskiej zupy, zrobiłbys może zupe z dyni, kiedys tak ci nieźle wyszła.  Ja w życiu przedtem tylko raz zrobiłem zupę z dyni, ale udaje straszliwego fachowca i sie pytam zaraz, po pierwsze, skąd ja wezme dynie skoro nie sezon.  No jak to skąd, odpowiada mi pani Danura, oczywiście że z puszki.  No prawda, na to żem nie wpadł.  A ile tej zupy ma być?  Ile ci wyjdzie.  Dobrze, spróbuje.

Teraz zróbmy małą dygresje i wyjaśnijmy, co to właściwie jest ten dzień polskiej zupy (proszę się nie przejęzyczyć).  Otóż polskie parafie wymieraja śmiercia naturalną, bo odwieczni parafianie odchodzą do Lepszego Świata, a nowi nie przybywają, bo albo jadą do Chicagowa (if you cannot make it in Chicago, you cannot make it anywhere), albo nawet jesli pozostaja na miejscu, nierzadko mają wszystko w zupie.  Zatem parafia chwyta sie każdej brzytwy, zeby jakoś powiązac koniec z końcem, jako iz władze niedobrze patrza na katolickie parafie, szczególnie polskie, a nawet diecezja chętnie zamyka kościoły i konsoliduje parafie, niby dla zaoszczędzenia kosztów.  Takoż miejscowy proboszcz wynajął przyległą szkołę na jakieś kursa, a parafianie sie zbieraja i kleja pierogi, gotuja obiadki i gotuja zupki, a miejscowi ustawiaja się w kolejki i płaca ceny bajeczne za potrawy, jako że polska kuchnia jest tu bardzo ceniona, jako jeden z bardzo nielicznych atrybutów polskości.

Toteż w Dniu Polskiej Zupy partycypanci gotują zupę, zazwyczaj jeden spory garnek i przynosza do salki pod parafialna szkołą, gdzie już od rana wije się wąż amatorów jadalnego jedzenia.  A proboszcz będzie miał fundusze na  ogrzanie kościoła i konserwację co cenniejszych fresków.

Cóż, poszedłem do Aldi i zakupilem kilka puszek dyni w puszce.  Trochę więcej, bo to taniocha a jakby mi co nie wyszlo, to nie będe musiał lecieć nazad na rozpaczliwca.  Otworzyłem i odsączyłem chyba sześć, wyszło mi trochę ponad cztery kilo dyni w kawałkach.  Dobra nasza, nie musze obierać i wydrążaowywować (come si dice?)  Gotuję warzywka: trochę marchewki, ale tylko dla koloru, bo dynia sama w sobie wykazuje smak marchewkowato kartoflanny, pietruszkę, średni seler i kilka patyków selera naciowego (excuse my French, czyli proszę mi wybaczyć łacinę).  także kilka kartofli na zagęszczenie pokrojonych w drobne kostkie.  Tego koksu wyszło prawie do połowy dziesięciolitrowego garnka, na to wody do trzech czwartych wysokości, przykrywka i dawaj, gotujemy.

Oczywiście polska zupa nie byłaby polska zupą, gdyby nie było w niej nierozerwalnego małżeństwa w składzie listek bobkowy, który August nosił na głowie, mimo, że nie lubił tego zapachu, oraz ziela angielskiego.  Na podana ilość zupy weszły cztery średnie listki i dziesięć ziarenek ziela.  A może troche więcej, na przykład sześć i piętnaście.  Nie za dużo, aby te dwa składniki nie zdominowały profilu smakowego, co raczej byłoby właściwsze w przypadku śledzi w oleju.  Był pieprz mielony, było troche świeżej słodkiej papryki pokrojonej w drobny maczek.  Była bazylia, ale oregano nie było, jako że to miała być zupa bezmięsna.  Chyba nawet była szczypta rozmarynu, ale to tylko dla wrażenia.

Przeciez u nas żadna zupa nie może obejść się bez cebuli i czosnku.  Zatem na patelni podsmażyłem z osiem, a może dziesięć ząbków czosnku i dwie wielgachne cebule.  Gdy sie podeszkliły, a nawet nieco podrumieniły, połączyłem z zupą.  Oj, poziom się nieco podniósł, ale ничего,  non ce la problema, odsunąłem nieco przykrywkę i nadmiar się wnet wygotował, dajac miejsce , na co, no na co?  oczywiście na dynię, która skwapliwie zajęła swoje naczelne miejsce w szeregu.  Jeszcze się to wszystko pogotowało do miękkości i należało przygotowac następny etap.

Ongiś zakupiłem restauracyjny mikser o szklannym dwulitrowym pojemniku. Musiałem tę zupę przemiksować na cos pośredniego między pulpą, puree a kremem.  Zabrało mi to cztery szarże.  Przemieloną zupę zagotowałem w drugim garnku, dodając pokrojony na zgrabne kawałki por.

I teraz miał nastąpić punkt kulminacyjny. Ponieważ nie użyliśmy wywaru z kury, czy dyniamięsa, podfałszowaliśmy smak vegetą.  Wreszcie trochę cytryny na smak (mógł to być ocet, albo ocet winny), śmietany (w tym przypadku ze względu na dietetyczność był to jogurt i tylko troche śmietany), i na koniec zadowolony ze siebie kucharz dokonał próby na smak.

O żesz ty!  Nie darmo pycha widnieje na samym czele grzechów głównych.  Tak się odpłaca zbytnie zdufanie w sobie.  Zupę próbuje się W TRAKCIE przyprawiania, a nie dopiero po.  Wyszła tak nieprzytomnie kwaśna, że mozna było ją użyć do herbaty zmiast cytryny.

Cóż, z drugiej strony przezorność też sie opłaciła.  Wszak zakupiliśmy nadmiar owych dyniowych puszek.  Całą tę procedurę powtórzyłem od początku w wiaderku z nierdzewki, przygotowując około dwunastu litrów zupy, ale juz bez zakwaszania.  Po połączeniu obydwóch partii, potrawa nadawała sie juz do spożycia z tym, że trzeba było do niej dodać dwie łyżki miodu dla przecięcia resztek nadkwasoty. I jeszcze dla odwrócenia uwagi konsumenta, doszła maleńka szczypta wściekle ostrego pieprzu cajun, a w Europie może być czerwone pepperoncino.

Z duszą na ramieniu zawlokłem do kościoła dwa wiadra gorącej zupy z dyni.  Postawiłem na maszynce elektrycznej, żeby nie wystygła.  I poszła, nawet przed zakończeniem imprezy. Znaczy się niezupełnie, bo schowałem dla siebie trochę w niewielkim rondelku.

Podkreślmy, że lekkie zakwaszenie jogurtem, albo śmietaną jest ważne w dodatku do przypraw nieco ostrych, ponieważ dynia ma lekki słodkawy posmak.  jednak we wszystkim w Naturze jak widać potrzebny umiar…

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Jesienne zupy

  1. Jolanta Król pisze:

    Zupa klarowna b. mi się podoba. Jakoś do mnie nie przemawiają zupki kremowe, a moja córka uwielbia i na tym tle pewne kontrowersje między nami. Ale jak człowiek głodny to i paciajkę pożera.
    Trochę mnie to podnosi na duchu, że Pan – nasz Mistrz – też się czasami z gotowaniem boryka, a jeszcze kwasidło Panu wyszło, a te próby przełamywania tego smaku, przyzna Pan – dość dramatyczne. 😉
    Ale podziwiam Pana zaanagażowanie na rzecz parafialnej wspólnoty. Te „szarże” z blenderem, tudzież taszczenie wiader do kościoła, to naprawdę robi wrażenie, i jak zawsze, uśmiałam się szczerze.
    Proszę Pana, inni też ten blog czytają i tak jak ja mają dobry ubaw (proszę w swoim kokpicie sprawdzić słupki wejść na stronę). Pan pisze przekomicznie. Część tych zwyczajów z chicagowskiej parafii warto byłoby przeszczepić na grunt krajowy. Jak to na pewno pięknie parafian łączy, takie wspólne biesiadowanie. A u nas po kościołach taka nieco oficjalność, sztywne formy, mało spontanicznie.
    Moi (córunia i jej narzeczony) piekli mufinki w sobotę. Przepis z sieci. Poszła jedna nieduża dynia, krojona, pieczona, miksowana. Mufinki pychota. I pachniało w całym domu.
    Pozdrawiam Pana i Pana czytelników serdecznie. 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s