Jesienne gotowanie

Jesień pełna jest wrażeń niezapomnianych, szczególnie jeśli wrażliwi jesteśmy na kolor i mamy na podorędziu w miare przyzwoity aparat fotograficzny.  Ale nie tylko dla fotografika, czy malarza, ale i dla kulinarza jesień stwarza niezwykle atrakcyjną porę.  A to dlatego, iż letnie upały są za nami, wraz z towarzyszącymi im miliardami najprzerozmaitszych fruwających a gryźliwych gadzin, a równocześnie jeszcze nie jest aż tak zimno, żeby nie pomyśleć o zorganizowaniu ogniska (byle nie w lesie).

Zazwyczaj w polu czy ogrodzie mamy do dyspozycji wiele organicznych materiałów, które można, a nawet trzeba spalić.  Na szczególna uwagę zasługują tu łęty kartoflane, a u mnie chmielowe.  Zalety chmielowych łętów w ognisku podkreślał George Orwell w powieści „Córka proboszcza”.

Rozpalmy więc ognisko.  Pamiętajmy o okopaniu miejsca na nie, albo obłożeniu kamieniami.  Nie palimy w ognisku odpadów domowych, czy śmieci, w każdym razie jeszcze nie teraz.  Nie używamy petrochemicznych podpałek, a jeśli już musimy, czekamy, aż się całkowicie wypalą.  Na rozpałkę nadają się za to oleje spożywcze, nawet już wysmażone.

Oczywiście najpopularniejszym i najsmakowitszym przysmakiem ogniskowym są kartofelki z popiołu.  Nigdy, przenigdy nic nie piecze się nad płomieniem, bo wtedy powierzchnia potrawy nam sie przypali, podczas gdy środek pozostanie surowy.  Zawsze nad żarem, albo w gorącym popiele.  Zatem na początku siedzimy sobie i w zadumie patrzymy się w płomień, a nie wolno nam pluć do ogniska, aby się nasi prasłowiańscy przodkowie na nas nie obrazili.  Grzejemy sobie ręce, przepijamy żubróweczką i śpiewamy studenckie piosenki.  Dziwne, ale kiedykolwiek Polacy spotkaja sie przy ognisku, to śpiewają głównie po rusku.  Przynajmniej tak się działo za moich czasów.  Czy potrafimy zjawisko to sobie sami wytłumaczyć wobec tej antyrosyjskiej nagonki?

Gdy juz nabudujemy warstwę popiołu taką żeby w niej można było zagrzebać grule, czynimy to i przykrywamy je darnią.  Odkryję teraz sekret, którego nauczyłem się w Sieradzkiem, a dzięki któremu kartofelki pieką się równiej, nie przypalają zbytnio skórki i są po prostu lepsze.  Proszę nie posądzać mnie o złośliwość, bo to jest szczera prawda.  Otóż mieszkańcy tamtych okolic przykrywają piekące się ziemniaki wysuszonymi na wiór krowimi plackami.  Proszę się nie obawiać, w tym przykryciu znajduje sie już tylko włókno, wszystko co wstrętne już zostało dawno zmineralizowane.   kartofelZresztą pomiędzy kartoflem a przykrywką znajduje się gruba warstwa popiołu, liści, darni i czegóż tam jeszcze.  Ale na potrzeby co wrażliwszych, opuśćmy ten szczegół, a kartofelki będa i bez tego wyśmienite, gorące, dymiące, parzące palce, obierane ze skórki i posypywane solą i może nawet ze świeżym masełkiem…

Kiełbasę ogniskową pieczemy równocześnie z kartoflami.  Na potrzeby ogniskowego pieczenia, palimy ogień w pewien specyficzny sposób.  Otóż jak już sobie narobimy tego popiołu, dokładamy opał tak, żeby nam się płonąca kupka przesuwała po kręgu, wtedy za nia idzie strefa żaru, który stosujemy do naszych kucharskich celów.

Kiełbasę, taka zwyczajną,  nacinamy ukośnie kilka razy i jeśli czujemy się na siłach, wkładamy w każde nacięcie po grubym plasterku cebuli.  Potem nabijamy na drut, czy patyk tak, żeby nam ta cebula nie wypadła, i konstruujemy coś w rodzaju szubienicy, albo raczej żurawia, którego dłuższy koniec zawisa nad żarem (ale nie za nisko, bo się patyk przepali i kiełbasa wyląduje w gorącym popiele), a krótszy koniec przydeptujemy kamieniem, albo wbijamy ukośnie w ziemię.kielbaski

Tak samo możemy robić szaszłyki z kiełbasy, nabijając na przemian z zielonym pieprzem, czyli papryką, cebulą i grzybkami, na przykład pieczarkami, a czasem i boczkiem.  Zamiast kiełbasy możemy użyć polędwiczki, albo innej niezbyt przetłuszczonej wołowiny, wtedy wieszamy patyk wyżej, żeby mięso miało czas się upiec.  Można pokropić winiakiem, albo czymś podobnym.

Na drucianej siatce zawieszonej nad żarem możemy piec schabowszczaki, albo nawet dość słuszny kawał mięsiwa naszpikowany czosnkiem.

I wreszcie danie główne, czyli garnek.  Najfajniej to wychodzi w żeliwnym saganku, ale może być jakikolwiek inny garnek o grubych ściankach i z dobrze dopasowaną przykrywką.  Bierze się szmalec i dobrze smaruje garnek, rzecz jasna od wewnątrz.  Kładzie sie kilka plasterków boczku, albo i nie.  Wykłada liśćmi kapusty.  teraz układa warstwami pokrojoną kiełnasę, grube plastry cebuli, pokrojone obrane kartofle, troche czosnku i przesypując ulubionymi ziółkami, da capo al fine.  Aż do zrębka.  Potem przykrywamy garnek, zabezpieczając przykrywkę przed spadnięciem.  na ten przykład drutem.  Zakopujemy garnek w żarze i przykrywamy darnią.

Ech, jesień…

kociolek

Link do ogniskowego klasyka:

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

10 odpowiedzi na „Jesienne gotowanie

  1. Jolanta Król pisze:

    Ma Pan rację, nagonka antyrosyjska niepotrzebna. Tylko zaszkodziła naszym gospodarczym interesom. Dziś w tv okropne wieści o tym, że rolnicy nie mają komu sprzedać swoich płodów, że nie wiadomo, co robić z tą żywnością, że ona pewnie zmarnuje się, zostanie wyrzucona. No to takie sprawy są nie do pomyślenia! Na hałdach piętrzy się też nikomu niepotrzebny polski węgiel. Górnicy zdesperowani. To są bardzo smucące moje serce doniesienia.
    Pięknie Pan napisał o tym jesiennym kulinarnym pikniku, kartofelek w mundurku z solą i masełkiem zawsze smaczny, nie tylko upieczony, tak zwyczajnie ugotowany w garnuszku na gazie – też, a szczególnie jak człowiek głodny i zziębnięty.
    Dania jednogarnkowe są rewelacyjne, gdyby Pan zechciał rozwinąć ten wątek, będę wdzięczna, bo chodzi mi o opcję bez żaru, darni, tylko taką do przygotowania w domowych warunkach. Dziś z mojej strony krótko, bo praca zawodowa mnie nieco nadszarpnęła kondycyjnie, a nie chcę tu Panu jakichś głupot popisać. Pozdrawiam serdecznie!

    • bardzo pisze:

      Jednogarnkowca jak wyzej mozna wstawic do kominka albo piekarnika. Ale w przypadku tego ostatniego, trzeba samemu sobie wyznaczyc temperature (mysle ze od 270 do 290 stopni C) I czas, który zakeżny jest od wielkości I konfiguracji kociołka.

      Górnicy maja merytprycznie cholerna racje, ale czemu dopiero teraz to demonstrują? Podejrzewam kolejna prowokacje, której celem jest tym razem namieszanie przeciw Rosji. Polska w historii współczasnej była węglową potęga. Stan wojenny spowodowal reakcje Reagana I wyeliminowanie Polski z rynku na rzecz innych potęg węglowych. Potem zalano kopalnie, albo unieczynniono je w inny sposob i teraz Polska sprowadza węgiel aż z Australii (nikt nie demonstruje w portach). W innych dziedzinach przemyslu jest podobnie. A najwiekszym problemem jest to, ze nowe pokolenie Polaków jest bardziej podatne na indoktrynację, niż było nasze.

      Lepiej już odprężac sie w kuchni, tam przynajmniej nie dociera przykra rzeczywistość.
      Będzie niedlugo zupa z dyni. Specjalność sezonu.

  2. bardzo pisze:

    Alez skądżesz! Zupa z dyni jest pełna smaku i aromatu, z pływającymi kawałkami pora I podgęszczona kartoflem, podkwaszona śmietaną, albo lepiej jogurtem i z pieprzem.
    Chyba, że się ją zrobi z mlekiem i migdałami, na słodkawo, wtedy nie ręczę, może faktycznie wyjść troche mdlawa, ale też jest dobra, tylko inaczej.

  3. Jolanta Król pisze:

    Ładnie Pan pisze, już czuję smak tej zupy. Córunia dwa dni temu gotowała. Dynia była olbrzymia. Gar zupy wyszedł, takiej raczej paciajki, i trzy placki dyniowe, wszystkie trzy zakalcowate. 😦 Jak córunia gotuje, to ja jej się nie wtrącam, chyba że jako pomagier. Ale ostatni tydzień trudny, to jak nie musiałam, do kuchennej roboty się nie pchałam. Wiedziałam, że z ciastami może być coś nie tak, ale córunia nowocześnie, laptop w kuchni otwarty, przepis wzięty z sieci, więc tylko czekałam na finał. Na płożące się w kuchni zakalce zareagowałam stoicko. Nie krytykuję córuni. Wie, Pan, nie chcę gasić zapału ani tłumić motywacji. Motywacja – w każdej dziedzinie życia – jest najważniejsza. Zupa wyszła mdła, choć córunia próbowała tę mdłość przełamać własnego pomysłu „pesto” (pęczek naci pietruszki zmiksowała z czosnkiem, cytryną i oliwą). Dostałam miseczkę za grzeczne zachowanie (czyli niewtrącanie się w córuni gotowanie), i cóż, smakowało mi głównie to pesto, a ta dyniowa paciajka, mdła, słodka, jednak zjadłam, bo w sumie po całym dniu ciepłe jedzonko, i nie chciałam córuni przykrości robić. Z resztą gara nie było problemu; został przelany do słoja i jej koledzy i ukochane koleżanki w pracy zjedli. Bo córunia to taki właśnie profil psychologiczny: prospołeczny, można w dużym uproszczeniu powiedzieć.
    Znowu się rozgadałam. Proszę mi wybaczyć. A przy okazji chcę dodać, że dziś z górnikami się wyjaśniło. Ci biedni zdesperowani ludzie wyjechali na powierzchnię. Jak to jest możliwe, że za ich ciężka pracę i troskę, jaką otaczają swoje rodziny, czekała ich tylko taka perspektywa: bezrobocie i eksmisja z mieszkań zakładowych. Wie Pan, jestem tą sprawą do głębi oburzona. Na górnictwie się nie znam, ale tych różnych dyskusji w tv słucham, i z tego wielogłosu staram się wywieść własne zdanie. Mam Pan rację, jesteśmy pokoleniem opornym na wszelaką propagandę, więc ja kieruję się ostatecznie zdrowym rozsądkiem po prostu. Na razie problem górników z tej jednej likwidowanej kopalni jedynie załatano. Strategii rozwoju branży nie ma. Dobrze powiedział jeden z dyskutantów, oj bodajże Steinhoff (ale mogłam pomylić): ludzi trzeba szanować, a w każdej firmie najważniejszy powinien by człowiek. Widzi Pan, to my zabrnęliśmy w taki zaułek, że musimy sobie publicznie takie proste rzeczy tłumaczyć.
    To ja czekam na Pana opowieść o zupie dyniowej. Pozdrawiam serdecznie. 🙂

  4. bardzo pisze:

    Popieram gornikow w ich walce o normalnosc, choc podchodza do sprawy powierzchownie. Tu chodzi o znacznie wazniejszy aspekt niz praca i wyplaty. Tu idzie o celowe i metodyczne zniszczenie z dnia na dzien polskiej potegi weglowej. W 1981 Ameryka zabronila swiatu kupowania wegla od Polski, a nakazala od siebie. To zapoczatkowalo reakcje lancuchowa, ktorej rezultatem sa dzis pozalewane i pobetonowane kopalnie, zdaje sie ze bezpowrotnie. To samo dotyczy gornictwa innego niz weglowe i chyba wszystkich innych dziedzin gospodarki. Pewnie Pani pamieta sprzedaz warszawskiej elektrowni na Powislu niemieckiej spolce panstwowej. W ramach prywatyzacji, rzecz jasna. Warszawa jednogłośnie stanęła okoniem, ale ktoby sie liczył z polaczkami. To samo z Haberbuszem na Grzybowskiej, z ktorego pozostala tylko stróżówka i kotłownia. A to byl piekny browar o wartosci zabytku, w dodatku pracujacy pelna moca i gotujący doskonale piwo, w tym najlepszy w Polsce porter. Miejsce Polaka albowiem jest na wysludze w Anglii, Irlandii i enerefie.

    Niepotrzebnie sie tez rozpisuje na tematy niefachowe. Jutro opisze śmieszna historie, związana z zupa z dyni i dlaczego wyszło mi jej ponad dwa wiaderka.

  5. Jolanta Król pisze:

    Enerefie?! Pan chciał pewnie napisać: Niemiec. Pan od lat zagranicą, rozumiem. Ja też pomieszałam wątki w poprzednim wpisie. Trochę mnie poniosło.
    Pisze Pan ciekawe rzeczy, ale chyba lepiej wrócić na grunt kuchenny. Dwa wiaderka?! To szykujmy słoiczki, będą weki na zimę, w kuchni nic nie powinno się marnować.
    Oczywiście jestem b. ciekawa Pana historii. U nas taka piękna jesień w Polsce. Pozdrawiam serdecznie. 🙂

  6. bardzo pisze:

    Ano, byly takie dwa panstwa w Europie na E: Enerde i Eneref. TO mial byc starozydny kawal, bo teraz sie i tak powiada rajch. Ja mam troche sentymentu do Niemiec, choc zdaje sobie sprawe z tego, ze to narod podatny na rozmaite indoktrynacje, a to pruska, a to narodowodemokratyczna, ktora wspolczesni massmediowcy chca na sile przesunac na prawo, a to brukselska, ktorej ich wierchoszka jest zapewne wspoltworczynia. Ale to faktycznie rozwazania nie na te witryne, zreszta jak wiem, w Warszawie wciaz za zanucenie refrenu zupelnie niewinnej piosenki o szwabskim pijaczynie Hajli Hajlo bez pytania dostaje sie w dziub. Wcale sie zreszta nie dziwie, bo sie wychowalem w tym najpiekniejszym na swiecie miescie.

    Ponoszenie na witrynie nie jest niczym wszzetecznym, jesli odzwierciedla dobra wole autora (autorki). Teraz sie w sekrecie przyznam, ze w wątku o Tatarze, niejaki Wosiu mial racje. Mi sie przeklawiaturowal befsztyk tatarski na sznycel, nie wiem, dlaczego. Ale specjalnie nie chcialem sprostowac, a to na przekor interlokutorowi, albowiem nie chcialem zaakceptowac formy w jakiej on wyraza swoje opinie. Moj mazowiecki nos czuje na trzysta kilometrow poludniowca, ktory na slowo Warszawa reaguje niekontrolowana drgawka. A konkretnie na trzysta dwanascie droga kolejowa.. Otoz gdyby powiedzial, panie Bardzo, nie mowi sie przeciez sznycel, tylko befsztyk tatarski, i to tylko czasami, skonczyloby sie na zartach i rozstalibysmy sie w zgodzie. Bo żem jest niesamowicie zgodny czlowiek.

    Dobra, za chwile zupa

  7. Jolanta Król pisze:

    Jeżeli chodzi o współczesne Niemcy, mam niewielkie pojęcie. Raz przejeżdżałam nocą autokarem, jak się obudziłam, zobaczyłam zielone połacie łąk i wiatraki, zatrzymaliśmy się w jakimś przydrożnym zajeździe, wszystko tam od rana furkotało perfekcyjnie (jak to u Niemców), do toalety przechodziło się przez płatną bramkę, w środku było czyściuteńko, tak jak lubię, także w tym kontekście (b. powierzchownym) trudno byłoby im coś zarzucić. Byłam jeszcze kilka godzin w miasteczku ULM. Miasteczko bajka. Może umieszczę na G+ jakieś zdjęcie, choć padało, nie było niestety dobrego światła.
    Ładnie Pan pisze: ‚przeklawiaturował’. Pan Wosiu rzeczywiście niezbyt grzeczny. Mówi się o antagonizmie warszawsko-krakowskim, ale osobiście nie doświadczyłam. Ale oni sobie chętnie u nas dorabiają, różne gniazdka wiją, np. na Powiślu, chwalą się tym głośno na koncercie, ci artyści z Krakowa, co zostawiam bez komentarza, ale dam głowę, że podatków tu nie płacą.
    Jest przepis na zupę z dyni. 🙂 Fajnie!!! Wrócę do niego jutro, bo dziś trochę już tu późno. Tak myślę, że zgodność leży w Pana charakterze, tak się nawet mądrzej, bardzie uczenie mówi: koncyliacyjność. Ważna rzecz we współczesnym świecie.

  8. bardzo pisze:

    Nie uzylem slowa krakowskosc. Ale mam pół rodziny tam i wiem, co to za towarzystwo. Choc zdarzaja sie perelki. Gdy jezdzilem tirem od oceanu do oceanu, wlascicielem sprzetu byl krakus i zawsze mialem czeki na czas a maszyna co tydzien przygotowana do roboty. innym razem jezdzilem w parze z krakusem i jakbym dal cos o nim zlego powiedziec, to bym zgrzeszyl. Tak ze sa ludzie i ludziska, tylko proporcja może zależec od regionu.

    Ta zupinka to byl tylko przedwstep, teraz będziemy ciągnąc dalej ten wózek.

    Wyglada na to, że ten blog staje sie coraz bardziej ekskluzywny. Troje dyskutantów, bo jeszcze pani Ania go czyta, czasem da znac, czasem zechce jej sie narysowac ilustracje i wtedy caly rozdzial nabiera blasku.

    A moje dziecko stanelo wczoraj przy garach. Drugie przybylo w odwiedziny, ono tez lubi sie wyzywac w kuchni, ale poniewaz zawodowo pracuje w obsludze żywnościowej, tym razem ograniczylo sie do czytania na glos przepisu z komputera, a to mlodsze mieszalo. Wyszly takie cookies, czyli prawie okrągłe ciasteczka z kawałkami czekolady we srodku. Nie przepadam, bo po amerykansku przeraźliwie słodkie, ale młodzi urodzeni i wychowani po tej stronie Kałuży, choc mówimy w mowie krajskiej, to dla nich bylo smaczne…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s