Zupa Dziadowska

Termin „zupa dziadowska” jest w Kraju niezwykle popularny.  Tyle że w każdym regionie oznacza coś innego.  Jest zupa dziadowska kaszubska, śląska, warmińska, a także z regionu Kurpi, bo stamtąd mój nomen omen Dziadek pochodził i to On mnie nauczył robić zupę dziadowską.  Ów specjał jest również popularny w okolicy Łodzi, a nawet w Sieradzkiem, tyle, że tam nosi nazwę wodzianki.

Bo najsampierw omówimy sobie ten wariant zupy, której się nie gotuje.

Zacznijmy może od przypuszczalnej genezy terminologii.  Czemu zupa dziadowska?  Ano, wędrowne dziady (które w zamierzchłych czasach pełniły role telewizji, przynosząc wieści ze świata, jeno czyniły to rzetelniej, niż ona, jako iż ich doniesienia bliższe były prawdy), nosiły w torbie swej dziadowskiej troche spyży.  Najczęściej był to kawał czarnego chleba, z pewnością czerstwego, jeśli w ogóle nie suchego, pewnie cebulę lub dwie, może główkę czosnku, jako nośnika witamin oraz naturalnego antybiotyku, chroniącego przed choróbskami, czasem odrobina masła, albo lepiej szmalcu, bo sie nie psuje.  Zachodził taki dziad do obejścia, oganiając się przed psami, które kochały go jak psy dziada, zaproszony siadał przy piecu i poczęstowany kubkiem miodu, albo maślanki, zaczynał swą opowieść.  Jednocześnie wyciągał glinianną miseczkę i nie przerywając opowiadania przystępował do przygotowywania sobie gorącego posiłku.

dziad1

Na początku kroił drobno niewielką cebulę, albo połowe dużej i ząbek czosnku.  Drewnianną łyżką rozcierał o dno miski te miło pachnące warzywka ze szczyptą soli, dodawał trochę szmalcu albo masła, a jak miał, to i jedno i drugie.  Potem sypał sporo pieprzu i wrzucał pokrojony w kostkę czarny, koniecznie bardzo czerstwy chleb.  Także pokrojoną bardzo drobno kiełbasę, im suchsza ona była, tym lepiej.

W póżniejszych nieco czasach dodawał kostkę maggi.

Wreszcie prosił o wrzątek i zalewał to wszystko w misce.

I tak naprędce sporządzał sobie pożywną jednodaniowa przekąskę.

W Warszawie podczas wojny zupę dziadowską gotowano  w sposób następujący:

5 kartofli pokrojonych w kostkie  trzeba było zagotowac w około 2 litrach osolonej wody.  W międzyczasie  cebulę podrumieniano na 2 łyżkach smalcu, a z mąkę  (ok 3/4 szklanki) keciło się zacierki.  Potem wiadomo, dokładało sie cebulę i zacierki do kartofli.  Po chwili gotowania zupa dziadowska była gotowa.

A w Kieleckiem zupa dziadowska to taka zmodyfikowana zacierka.

Bierze się 2 kartofle, marchewkę, pietruszkę, kawałek selera, cebulę, ewentualnie ząbek czosnku.  Wszystko sie kroi i podsmaża  na 3 łyżkach masła plus łyżka oleju, a w moim skromnym przypadku, tylko na kombinacji olejów.  Gdy warzywka nieco zmiękną, dolewa się osiem szklanek wody i gotuje, aż sie uzna, że zupa gotowa. W miarę parowania wody, uzupełnia się ubytek.  Można wrzucić suszony grzybek, posiekana sucha kiełbasę I co tam jeszcze,  Wreszcie z twardego ciasta robi się zacierki i na końcu zasmaża sie za pomocą zasmażki.  Można posypać zieleninką.  Podobno najlepsza jak postoi z pół godzinki.

dziad

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „Zupa Dziadowska

  1. Jolanta Król pisze:

    A ja sobie myślę, ilu hartu mieli ludzie, ile pomysłów i zaradności, żeby przetrwać wojenną biedę. I dziś taki przepis potrzebny, jak ktoś straci pracę, albo jakaś choroba przytłoczy rodzinę. Wzruszył mnie dziś bardzo Pana wpis.
    I właściwie nie wypada, ale chcę powiedzieć, że była w niedzielę ta francuska zupa cebulowa i była pyszna. Suszona bazylia, po którą specjalnie poszłam do galmoku (a to u nas na Mokotowie takie sklepiszcze), okazała się b. trafionym ziółkiem. Dodałam tylko trochę więcej niż u Pana w przepisie warzywek, bo i pietruszkę z rosołu dokroiłam. Cebulę zeszkliłam za maśle. Bardzo pożywna zupa. Będę na pewno do niej wracać. Bardzo dziękuję.

  2. Bardzo pisze:

    Milo mi, ze ta strona na cos sie przydaje, niech choc daje inspiracje na niedzielny obiad.
    Jest także zupa cebulowa po polsku, ale to zupelnie inna kategoria, bo tu się cebuli nie podsmaża.

    Nie znam nowych sklepow na Mokotowie, chociem sam właściwie z Mokotowa. Górnego zresztą, gdzie spędziłem pierwsze sześć lat egzystencji na tym padole. Gdzie jest ten galmok?

  3. Jolanta Król pisze:

    Ja też w dzieciństwie tak przeflancowana, z miasta do miasta, zresztą. Tak młodzi mówią: galmok. Lubię, bo ekonomicznie i nutki drwiny przebijają. Oficjalnej nazwy: „Galeria Mokotów” to ja na początku w ogóle nie rozumiałam, potem przywykłam, teraz jak córunia mówię: galmok. Można powiedzieć, że jest to taki żargon tych ciut dolniejszych partii Mokotowa, bo nie tego klasycznie Górnego Mokotowa, elitarnego, gdzie się Pan urodził, chociaż kto wie, teraz to się tak w Warszawie wszystko wymieszało.
    Wie Pan, mi jest wygodnie zrobić w galmoku jakieś zakupy, ale nadmiar tych sklepów (ok. 300) jednak przytłacza, choć jest piękne atrium, fontanna, przeszklona winda itd. Łuskanie ciuszków, przymierzanie, polowanie na obniżone ceny, mnie to wszystko dość szybko nudzi i zwykle tylko czekam, żeby gdzieś skręcić, do jakiejś kawiarni, np. do Grycana na rurkę z kremem i małe espresso. Także specjalnie nie polecam, choć sklep AGD – całkiem przyzwoity. Adres: Wołoska 12. Proszę sobie googlnąć.
    Dodam tylko, że inspiracja na niedzielny obiad nie jest błahą sprawą. Także jeszcze raz dziękuję i życzę miłego dnia, a my tutaj to już tak powolutku w noc wczesnojesienną się zanurzamy, chłodną, wietrzną, tak jak cały dzisiejszy dzień.

  4. bardzo pisze:

    Myslalem, ze chodzi o te na Czerniakowskiej, naprzeciwko cmentarza. Tam mopzna zjesc doskonalego schabowszczaka (zglodnialem). Znaczy sie w galerii, broń Boże na cmentarzu. To z kolei mojej Żony okolice. I tez jest fontanna.

    Jesień jest chyba najpiękniejsza pora roku, choc pewnie nie najmilszą, jako że nie lubię zimna. Mam pomysła. Tylko dokończe te Dziady I napiszemy cos ciekawego.

  5. NICK pisze:

    U moich dziadków [Lubelszczyzna], zupa dziadowska była podobna do kieleckiej. Składniki uboższe, nie smażone, kluski lane i dobrze wytopione skwarki. Chodziło też o szybkość przygotowania.
    Byłem wtedy szczeniaczkiem, baaardzo wybrednym co do jedzenia ale, babciną dziadowską, spożywałem ze smakiem.
    Ponieważ pociekła mi ślina, przepraszam, a składniki mam swoje… .Niedługo ugotuję.
    Tylko skwarki mocniej przyrumienię.
    [Nie wiem czy wpisałem we właściwe miejsce]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s