Zupa marchewkowa z imbirem na piwie.

Poniższy pomysł pochodzi w zasadzie z kalendarza, z takiego, z którego zrywa sie kartki.  A raczej inspiracja, bo w sumie będzie to kombinacja kilku przepisów.  Jak pewien naukowiec mnie kiedyś nauczał, naukowo-techniczne artykuły pisze się w ten sposób, że obstawia się książkami i z każdej przepisuje sie po fragmencie, zaliczając wierszówkę.  Wtedy to był niebagatelny pieniądz, bo złoty sześćdziesiąt za wiersz, czyli pół linijki.  Literaci dostawali dwa razy więcej, ale oni rzekomo tworzyli z głowy (mniejsza o to, czyjej).

Wiele lat temu zabłądziliśmy z moją Małżonką szanowną zreszta, do knajpki włoskiej na przedmieściu Chicago, pod nazwą Enzo, co oczywiście było imieniem właściciela.  Tam do głównego dania był również śmordenborden, czyli szwedzki stół.  Całość emanowała rzymską kuchnią, więc od razu nabraliśmy sentymentu do tego miejsca, albowiem Rzym uważamy za najpiękniejsze miasto na świecie, rzecz oczywista, zaraz za Warszawą.  Otóż na tym stole szwedzkim we włoskiej knajpie w Chicago stała marchewka podsmażana.  ale nie taka zwykła marchewka, tylko nie do opisania.  Poniewaz połowę personelu w owej włoskiej knajpie w amerykańskim Chicagu stanowili przybysze czasowi z Polski, sam boss natychmiast się dowiedział, że ma niecodziennych gości, znaczy się nas.  I oczywiście usłyszał naszą historie rzymską, „love story”, a raczej Laugh Story, spisaną w siedemnastu chyba odcinkach na łamach Polish Suburban News, gdy jeszcze to wydawnictwo ukazywało sie drukiem. Przyleciał do stolika, i jak to makaroniarz, gadka szmatka, Ela w gwarze Romano kłapie jak po czerniakowsku, więc zdradził nam tajemnicę przyrządzania owej marchewki, otóż młodą marchewkę zwaną w Polsce z francuska karotką, podsmaża się delikatnie na oleju oliwkowym z czosnkiem i oregano, po czym troche soli i jak jest półmiękka, uważa się za gotową.

Teraz zrobimy ową zupe z tytułu.

Weźmy pół kilo marchewki.  Niech nie będzie zbyt duża, ale nie musi to być ta niby karotka.  Pokrójmy w ukośne kawałki grubości powiedzmy półtora centymetra i wrzućmy na niezbyt gorący olej oliwkowy.  Może być wymieszany pół na pół z naszym rodzimym rzepakowym.  przykryjemy i po kwadransie powinna być półmiękka.

W międzyczasie kroimy grubo czosnek w ilości dość sporej.  Pamiętamy, iz czosnek w trakcie smażenia traci swą ostrość, zachowując jednak wyrazisty smak.  Na powyższą ilość marchewki użyłbym z pięć ząbków.  I dwie łyżeczki albo trzy drobno posiekanej cebuli.  Choć sam się przyznam, że w aspekcie cebuli to ja lubię sobie pofolgować.  Może mam jakieś korzonki, alboco…

W odrobinie piwa zamoczmy suszone oregano, jakieś półtorej łyżeczki, na pięć minut i dodajmy do marchewki.  Czosnek też (bez zamaczania rzecz jasna).  Pod koniec podsmażania, dołóżmy półtorej łyżki tartego imbiru, podlejmy piwem w ilości pół butelki (150 ml) i jeszcze pogotujmy na bardzo wolnym ogniu.  W końcu dodajmy wody, jakieś dwie do trzech szklanek i dokończmy przyprawiać używając sól, pieprz, jak kto lubi to vegetę, tylko bardzo niewiele.  Imbir bardzo lubi towarzystwo śladowej choć ilości gałki muszkatołowej ale i tu trzeba uważac, żeby nie przesmaczyć.

Zupę możemy zaciągnąć śmietaną, albo jeszcze lepiej jogurtem z dodatkiem płaskiej łyżeczki mąki.  Możemy podawać z grzankami, albo płatkami kukurydziannymi tortilla, w miarę mozliwości nie solonymi.  Ciekawie smakuje z kluseczkami, wtedy do zaciągania nie używamy mąki.  Na wierzch posypiemy zieloną pietruszką.

Ot, takie danko-ucieczka od normalności.

zupa-marchMuszę się przyznać bez bicia, iż kiedyś do takiej zupy wrzuciłem puszkę groszku z puszki.  Ale to do przepisu nie należy, a stanowi dodatkowe udziwnienie tego i tak już lekkiego dziwactwa.  Była u nas wtedy jedna babcia w wieku lat 92 wraz z opiekunką.  Obydwie wciągały tę zupę, nie łapiąc tchu na rozmowę.  Jak ja lubię, gdy goście jedzą ze smakiem,  wtedy kucharz czuje się dowartościowanym…

Na drugie może byc schabowszczak. A na deser – naleśniki z twarożkiem i wanilią z sosem czekoladowo rumowym, na to pagórek bitej śmietanki z wisienką na szczycie i dekoracja z cukru pudru.  I maleńki stakanek wiśnióweczki.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

8 odpowiedzi na „Zupa marchewkowa z imbirem na piwie.

  1. Jolanta Król pisze:

    Całość – z tym deserem!!!- nie do pogodzenia z moją dietą niskoenergetyczną, ale zupa naprawdę świetna. Choć byłam sceptyczna ze względu na tę komponentę piwną, de facto alkoholową.
    Nawet o późno piątkowej przymulonej porze czyta się Pana świetnie. Wrócę tu jutro. Bo te wszystkie drobiazgi takie ważne: że Pan miesza te oleje, kroi Pan czosnek, a nie miażdży itd. Kuchni rzymskiej zasmakowałam w samym Rzymie szczęśliwie, ale nie będę rozwijać tego wątku, bo wiadomo dlaczego (moje nieposkromione gadulstwo). W każdym razie Rzym stanowi w mojej duszy i w moim umyśle taką już nie furteczkę, ale furtę narracyjną.
    Pozdrawiam serdecznie. 🙂

  2. bardzo pisze:

    Nie wolno utożsamiać piwa z alkoholem. To czynią menele spod bramy, chlając piwsko dla ubzdryngolenia sie tanio. To profanacja. Piwo sie sączy w dobrym towarzystwie i się ma dobry czas. A jak chcemy dostac szmera, to sobie pozwolimy na gorzałę (osobiscie nie radzę i nie lubię) albo wino. Chociaz wino przeznaczone jest własciwie do posiłków. Bo piwo jest dla ugaszenia pragnienia i wzmocnienia sił, więc nie wolno przedobrzyć.

    A tak w ogóle to piwo (wino naturalnie też) w zupie traci alkohol na rzecz atmosfery. Bo temperatura wrzenia zupy wynosi trochę powyżej 100 stopni C (powyżej ze względu na sól I inne rozpuszczone ingrediencje), podczas gdy temperatura wrzenia alkoholu to 85 stopni, Wiec alkohol nie ma prawa przetrwać w gotującej sie zupie, a piwo (ewentualnie wino, jak w przypadku zupy cebulowej) dodawane jest tylko dla smaka.

    Kiedys pewnie pękna bariery i puścimy tę feerie kuchni włoskiej, ze szczególnym akcentem na Rzym („ta knajpa Rzym sie nazywa, kładę areszt na waszeci…”)

    Czosnek sie miażdży do gotowania albo do sałaty, Do smażenia jak się pokroi zbyt drobno albo co gorsza zmiażdży, to on sie przypali, zanim zdążymy na olej wrzucić cokolwiek innego i wszystko wyjdzie gorzkie. Arcymistrzami czosnku wcale nie sa nasi straszni bracia, ale właśnie Włosi i rzecz jasna Grecy. Bracia albowiem tylko umieja chuchac czosnkowym oddechem. („chuchułeczka chucha”).

    Mieszanie olejów. Olej oliwkowy wykazuje bardzo podobny profil kwasów tłuszczowych do rzepakowego. Dlatego mieszam. Wychodzi ekonomiczniej i nie ma tak intensywnego zapachu, do którego Rodacy nie sa nawykli, a wciąż mamy ten akcent Śródziemnomorza.

    Oj, bo też sie zaczynam rozgadywac…

  3. Jolanta Król pisze:

    Ja przede wszystkim dziękuję Panu za te wszystkie objaśnienia, dla mnie, raczej marnej kucharki, a może i marnej gospodyni, naprawdę b. cenne. Przede wszystkim dziękuję, że się Pan fatyguje i zniża na mój poziom, elementarny, że tak powiem. Ale z tymi olejami zupełnie mnie Pan zaskoczył. Dziś kupiłam olej rzepakowy i poinstruuję córunię, bo ona do zwykłych naleśników całą oliwkę zużywa, nie bacząc na jej stosunkowo wysoką cenę. A z alkoholem (że paruje) mnie Pan pocieszył, ale proszę nie myśleć, że ja tu chcę jakąś krucjatę antyalkoholową wszczynać, jak najbardziej alkohole pijam, choć b. rzadko. Na winach się nie znam, ale mam przyjaciółkę, która taka dobra jest, że mnie na obiady zaprasza (ostatnio na Chmielną do takiej miłej węgierskiej piwniczki), i ona te wina wybiera, a ja bez oporów korzystam. 🙂 Natomiast proszę nie myśleć, że ja tylko sępię, bo ja jak najbardziej rewanżuję się, zapraszam ją np. do Wedla na pyszne gorące czekolady i w inne miejsca, gdzie np. jest duży wybór likierów. Oj, likiery to ja bardzo lubię. Chyba za bardzo. A jeśli chodzi o piwa, to też tak nie za bardzo się znam, ale Pan tu pisze o tradycjach piwowarskich to się uczę. Sama ostatnio piłam piwo w Holandii. Ale piwo było belgijskie. Smakowało mi, pewnie dlatego że w smaku przypominało lemoniadę.
    Widzi Pan … już się rozpisuję. 😉
    Moją historię zaserwuję w takim razie w drugim polu komentarza.

    • bardzo pisze:

      W przypadku osobowosci poziomowac jest niefajnie, chyba, ze ktos inny rozpocznie. O likierach tez będzie, tylko nie wszystko naraz. Nie pamiętam, gdzie, ale chyba w Warszawie w którejs knajpie (czy nie u Szwejka na emdeemie?) daja po obiedzie maleńki kieliszek wiśniówki na koszt firmy.

  4. Jolanta Król pisze:

    Moja historia dotyczy czosnku. Bo Pan pisze o czosnkowym oddechu naszych strasznych braci, przepraszam, te literówki, mam na myśli braci starszych, oczywiście. Ja nad tym czasami się zastanawiam i myślę, że to jest jakiś mit kulinarno-kulturowy (ten oddech). Oczywiście nie mogę stwierdzić tego w sposób autorytatywny, bo z braćmi jako takimi nie mam kontaktu, ale muszę Panu powiedzieć, miałam kontakt ze starszą siostrą, to znajoma córuni i mieszkała nawet u nas jakiś czas. Mogę na 100% stwierdzić: czosnku nie czułam. Natomiast owa niewiasta przyjechała (właściwie przyleciała) do nas z innym problemem. Była mianowicie w cugu alkoholowym. Proszę Pana, moja rodzina przeżyła szok. To była kilka lat temu i za sprawy logistyczne związane z tym przyjazdem był odpowiedzialny mój mąż, on też się na tę kobietę najbardziej zżymał, bo on jest wrogiem alkoholu numer jeden. A jednocześnie wiązała nas nasza gościnność, nie mogliśmy gościa źle traktować. Ale działy się rzeczy bulwersujące. Ona piła na umór, wszędzie znajdowałam te butelki, w pościeli, w szufladach, a w lodówce to po prostu panoszyły się. Groza. Albo taka sytuacja. Jemy sobie kolację, jakiś twarożek, sałatka, dobry chlebek, siedzimy sobie w pokoju stołowym w blasku pięknej witrażowej lampy, atmosfera więc cudna, ona wchodzi z tą swoją szklanką, pustą lub pełną, siada, i ona proszę Pana nie je. Ona nie je, tylko pije i staje się coraz bardziej agresywna. Gada głupoty o wojnie. Nie ma o niej pojęcia, bo rodzina jeszcze przed wojną zrobiła aliję, więc te problemy to jak przez mgłę. Próby dyskusji z pijanym bez sensu. I kilka wieczorów takich było, albo i gorszych. W końcu po dwóch tygodniach mąż wyekspediował kobietę na lotnisko, choć już miał i taką myśl, żeby ją odstawić do ambasady. Jakoś to przeżyliśmy, tylko ja potem pytam córunię, jak jej rodzina (tej kobiety) miała sumienie w takim stanie wyprawić ją do Europy. A córunia mi na to: zapakowali do samolotu, wysłali do Polski, pozbyli się kłopotu. Widzi Pan … ja tak wszystko przeżywam, a córunia jakby ślizga się po powierzchni problemu. Może tak jest z młodym pokoleniem.
    Ale zmierzam do pointy. Czy ja na podstawie tego indywidualnego doświadczenia, mogę tej nacji przypisać tę cechę: skłonność do alkoholizmu. No chyba nie powinnam. Ta kobieta ogniskowała w sobie raczej uniwersalne doświadczenie, złe oczywiście, doświadczenie, które nazywamy uzależnieniem. Celowo nie piszę: od alkoholu, bo wiadomo, uzależnień jest cała masa. A z alkoholowym, jak tłumaczy mądrze dr Woronowicz, jest tak, że jak ktoś ma skłonność, to szlaban kompletny, nie powinien pić nawet jednej kropli, ani zjadać cukierka z likierem.
    Dlatego ja jestem sceptyczna wobec wszelakich generalizacji, ale też rozumiem używanie pewnych utartych zwrotów; to taki kod językowy, ekonomiczny wysiłek, żeby się zrozumieć. Oczywiście rozumiem.
    Mam nadzieję, że nie zanudziłam Pana moją historią, ani Pana gości, bo w ciszy zapewne wiele osób czyta Pana blog, bo jest po prostu świetny.
    Pozdrawiam serdecznie. 🙂

  5. bardzo pisze:

    Tez mam nadzieję, że to jest czytane. Kazdy nałóg wynika z uwarunkowania. Sam wyroslem w tradycjach piwowarskich i jakos alkoholikiem sie nie czuje. Wodka mi nie smakuje, a wino może by i smakowało, ale nie poto strawiłem tyle lat na wyzbycie się pociągu do słodkiego smaku, żebym teraz raczył sie winem, które posmak słodki zawsze wykazuje, nawet wytrawne. Chociaz do gotowania, nie powiem, uzywam. Takze piwo w kuchni spisuje sie znakomicie. Na przykład golonke można gotowac nie w kapuście, a właśnie w piwie. Bratwursty obowiązkowo podgotowuje sie w piwie z dodatkiem łyżeczki masła, a dopiero potem podsmaża, czy podpieka. Szanownej córce podpowiem jedną rzecz. Do nalesników nie używa się prawie wcale oleju ani oliwki. Klasycznie to sie przeciera patelnie kawałkiem słoninki nadzianej na widelec („nie drap nożem po teflonie! – Sam jestes poteflon ty palancie!”), albo jak nie mamy, to kawałkiem papierowego ręcznika lekko zwilżonego olejem, w tym przypadku co drugi albo trzeci nalesnik. Wtedy można efektownie podrzucac naleśnik żeby sie przekręcił, o ile oczywiście w międzyczasie nie przyklei sie do sufitu. Historia pouczająca, że w każdym srodowisku, nawet narodu wybranego (do czego???), zdarzaja sie patologie. Ale to chyba na inna tematykę.

    Wracajac do meritum, mam tez miłe wspomnienia winne z okręgu Eger na Węgrzech, gdzie z Cyganami zdarzyło mi się kiedys podróżowac. Kiedys opiszemy przy okazji win.
    A czosnek – w 1987 roku byłem na zjeżdzie zwiazku technologów zywności, który wtedy odbywał się w Nowym Orleanie. Rzecz jasna zaraz po wystawach i sesjach, trzeba sie było wyrwac do francuskiej dzielnicy, a tam po ulicach krążyły orkiestry nowoorleanskiego folklore. Mały murzynek moze dziesięcioletni grał na trąbce jak stary wirtuoz, a stary, siwy murzyn tańczył z parasolką. nagle czuję za plecami potworny fetor niedotrawionego czosnku. Patrze, a to poznani na wystawie Koreańczycy, a jedzie od nich mimo odległości chyba z sześciu metrów.

    tak, ze nie tylko straszni bracia, ale i ci dalekowschodni…

    Pytanie: Czym aktualnie jedziesz. Tramwajem, autobusem rowerem, czy czosnkiem.

  6. Jolanta Król pisze:

    Święta racja we wszystkim, co Pan tu pisze (jakoś schodkowo nie mogę tych komentarzy wpisywać, WordPress nie łapie wtedy G+). Córuni przekażę uwagi o smażeniu. Ona szybko takie rzeczy przyswaja. Dziecko dobrze gotuje. Ma instynkt.
    Z tematami nie poganiam, broń Boże. Mamy czas. Dużo czasu. I cała książeczka się Panu z tych wpisów nawarstwi, z dzielnym działem Pani Ilustratorki, oczywiście.
    Tylko proszę w bogactwie tych różnych inspiracji nie zapomnieć o Egerze. To jest pyszny wątek. Bardzo mi na nim zależy.
    Końcowe Pana pytanie świetne: to jest właśnie ta słowna ekonomia procesu komunikacyjnego. Notabene problemy komunikacji językowej, werbalnej bądź alternatywnej, są mi b. bliskie.
    Pozdrawiam serdecznie. 🙂

  7. bardzo pisze:

    Ajajaj. Chyba zawiązuje nam sie jakies polityczne stronnictwo. Pani Ilustratorka też zorientowana na artyzm kuchenny (artyści juz tak mają, że sa wrażliwi na każdy rodzaj sztuki), to juz trzech partyjnych, szanowna córka, moje młodsze dziecko, które od maleńkości coś tam piecze I smaży I jeszcze starsze, które jeszcze nie sięgało nosem ponad kuchenny blat, a jak jej ojciec mówił, chodź, zrobimy cos dobrego, to ono bez słowa wyciągało nóż I dawaj kroic cebulę (jako iż wiedziało, że u nas każda kuchenna działalnośc rozpoczyna sie od krojenia cebuli).

    No to juz byłaby partia nie mieszcząca sie na kanapie. Wypraszam sobie. Skoro mogła byc ongiś pppppppp (partia milosnikow piwa), to teraz może być ZZZŻ (zażarty związek zwolenników żarcia)

    Apropo cebuli, za chwile spróbujemy wrzucic przynajmniej jeden przepis na zupę dziadowską.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s