Grubym i chudym pod rozwagę

   Nierzadko przechodnie, czy goście zadają mi pytanie dość standartowe, mniemając, iż uważam sie za eksperta w sprawie nauki o żywieniu człowieka.  Brzmi ono zawsze i niezmiennie:  Ile mogę przybrac na wadze, zjadłszy….  i tu pada nazwa, i czasami ilość spożytego produktu żywnościowego. Zanim rozpiszemy się w temacie ważkości, czy też nieważkości zagadnienia, niech mi wolno będzie po raz pięćsetny wyjaśnić pewien szczegół, który jest istotnym aspektem rozmów i jedzeniu.  Bo diabeł, jak wszędzie, i tu tkwi w szczególe…

   Do rzeczy.  Żywieniowcy to specjaliści zajmujący się nauką o żywieniu. Znaja oni właściwości rozmaitych produktów żywnościowych, ich skład, rolę każdej z ingrediencji pożywienia, a także wiedzą, ile czego człowiek powinien spożywac. Żywieniowiec może pracować na stanowisku dietetyka. Brzmi prosto, nieprawdaż?

   Otóż to nie jest takie łatwe. Każdy człowiek ma inne potrzeby żywieniowe, wynikłe z typu, z genów, stylu życia, rodzaju wykonywanej pracy, miejsca zamieszkania na tym łez padole, a także, tak, z rasy. Zatem żywieniowiec uwzględniając owe dywersyfikacje, jest z definicji rasistą.  Bo definicje tworzone są przez przedstawicieli środowisk uzurpujących sobie funkcję tworzenia i sterowania mentalnościa narodów, a ostatnimi czasy całej ludzkości w imię idei urawniłowki.  Toteż nauka o żywieniu nie tylko rozrosła się do niezwykle szerokiego zakresu wiedzy, ale i weszła na wielce chybotliwy pomost politycznego poprawniactwa, czy też niepoprawniactwa. Tak, że żywieniowiec jest w zasadzie jak ten skrzypek na dachu, i to stromym, musi mianowicie grać niczym Paganini, a równocześnie starać się nie spaść na swój naukowy pysk.

   Żywnościowiec natomiast zajmuje się nie tylko nauką o żywności, choć nie tak dogłębnie, jak jego kolega z wydziału, żywieniowiec, ale również technologią, inżynierią przetwórswa żywności w drodze od rolnika do kucharza, a także magazynowaniem, transportem, dystrybucja, a nawet sprzedażą. Dlatego musi wykazywać podstawową choćby wiedzę w wielu dziedzinach, włączając nieco ekspertyzy żywieniowca, a także mieć jakieś pojęcie o uprawie roślin, czy hodowli.

  Mile widziana jest pewna doza praktycznego doświadczenia żywnościowca (technologa żywności) w pracach związanych z rolnictwem, a także pewne pojęcie o drugiej stronie łańcucha żywnościowego, a więc o kuchni.  Mój dyplom i praktyka opiewa na ekspertyzę w technologii i inżynierii żywności. Wyjaśniam, iż większość prac polowych osobiście potrafię przeprowadzić, a to zaorać, zabronować, nawet zasiać to i owo, posadzić, oplanetować, zebrać, włączając sianokosy, czy żniwa i tak dalej.  Mimo urodzenia i wychowania w Stolycy.

   Za to krzątając się po kuchni odpoczywam sobie, a mając w sobie parę genów wschodniosłowiańskich, bardzo sie czuję podbudowany, gdy ludziska wpylają z wielkim apetytem produkty mojego kuchennego szaleństwa, mimo, że najsamprzód zarzekali się jak jeden w stylu: „…i kto to potem będzie jadł?”Obrazek

  Prosze wybaczyć ten przydługi i przynudnawy wstęp. Przystąpmy teraz do udzielenia tak precyzyjnej, jak tylko to możliwe odpowiedzi na przytoczone na początku pytanie: Ile można przytyć od tego, czy owego. Respons jest dość brutalny, a oparty na zwyczajnej arytmetyce. Zjadłszy porcję żywności przybieramy na wadze dokładnie tyle, ile ta porcja ważyła przed skonsumowaniem. Albowiem waga jest instrumentem bezdusznym i jest jej zupełnie wszystko jedno, czy owo pożywienie dzierżymy w dłoni, czy w żołądku, czy też w jakiejkolwiek innej części naszego ziemskiego ciała. Tak, że wszystko jedno, czy spałaszujemy z apetytem dziesięć deko fasolki szparagowej, czy tyle samo homara, czy dziesięć deko prozaicznych kartofli, czyli gruli, albo wypijemy niecałe pół szklanki piwa, waga przed i po pokaże nam dokładnie taką samą różnicę.

   Tak to wygląda z punktu widzenia żywnościowca, którego odpowiedzialność kończy sę na dostarczeniu kucharzowi surowca jakości bez zarzutu. Natomiast to samo pytanie zadane żywieniowcowi, specjaliście od żywienia człowieka, wymagać będzie odpowiedzi nieco bardziej złożonej. Albowiem dla dietetyka liczy się nie tylko ilość przyswojonego żarcia, czy napitku, ale przede wszystkim to, co owe substancje wyczyniają w człowieczym organiźmie.

   Najłatwiej byłoby bazować na materiałowym i energetycznym bilansie, uwzględniając kaloryczność, przyswajalność poszczególnych składników, zawartość trzech podstawowych substancji odżywczych, wody, błonnika i z różnicy świnioujścia i świnioprzyjścia, wyliczyć na kieszonkowym kalkulatorku stopień przytycia.

   Jednak to takie proste nie jest, a nauka o żywieniu to kolosalna wiedza, włączająca znajomość nie tylko milionów  rozmaitych składników żywności, ale także czynników obecnych w organiźmie, które owo pożywienie przetwarzają na pożyteczne dla nas materiały oraz energię. A także procesów tamże zachodzących i ich wzajemnych interakcji. Z uwagi na niesamowitą złożoność tej dziedziny (jak zreszta wszystkich nauk biologicznych), nauka o żywieniu bezustannie dynamicznie sie rozwija.

   Przeciętny konsument jednakże znać powinien bazowe informacje, które potrzebne mu są do prawidłowego odżywiania się.  Do utrzymania podstawowych procesów życiowych i codziennej aktywności potrzebna jest człowiekowi dzienna doza energii.  Jeśli tę energię zużytkuje w ilości przyswojonej, to nie przytyje, ani nie schudnie. Jeśli wypracuje więcej aniżeli zje, to rzecz jasna straci na wadze.  Jeśli się obeżre po same skrzela, a potem dzień spędzi na oglądaniu idiotycznych pokazów w szklannej skrzynce, wtedy, wiadomo, że dupa mu urośnie o nadmiar niezużytkowanej energii, która wyraża się na każde 9.25 kalorii przyrostem jednego grama  tłuszczu nagromadzonego w ciele jako odłożony zapas.

   Ostatnimi czasy obserwujemy wielce niebezpieczne zjawisko. Otóż dietetycy pod naciskiem koncernów produkujących suplementy żywności (środki mające uzupełniać żywność), ustalają coraz to bardziej restrykcyjne normy wagowe, najczęściej z pominięciem różnic w typach budowy człowieka. I tak powiada się, że człowiek powinien ważyć tyle i tyle. Kropka. Czasami jeszcze stosuje się niewielkie poprawki dla różnic wzrostu, to znaczy dopuszcza sie kilka kilogramów odchyłki dla osób wysokich. Także telewizornia pokazuje aktorki i modelki o figurach takich, jakby za chwilę miały umrzec z głodu. Co zresztą kilkakrotnie zdarzyło się na wybiegach pokazów mody. Chodzi rzecz jasna o zajęcie ludzkiego umysłu problemem chudości dla odwrócenia uwagi od spraw istotnych. Poza tym wygłodzony umysł gorzej myśli, niż odżywiony, a czynnikom władczym niekoniecznie w smak jest myślący, światły podwładny.

   W samym USA sprzedaż owych produktów uzupełniających czy wręcz mających zastąpić żywność, sięga ponad dziesięciu miliardów dolarów rocznie!  W skali światowej strach nawet sobie to wyobrazić. Ludziska kupują wrzaskliwie reklamowane mieszanki w nadziei schuścia.

   A tu zagwozdka. Publiczne media w tej materii zwyczajnie kłamią, świadomie, albo nieświadomie.  W świetle tego, co wyjaśniliśmy sobie w powyższych paragrafach, NIE MA, powtarzam NIE MA takiego produktu, który spożywając będziemy tracić na wadze. Możemy jeść produkty niskokaloryczne, reklamowane jako light, ale w takim razie po co w ogóle jeść? Taki sam efekt osiągniemy spożywając jedzenie tańsze, prostsze, normalne, tylko w mniejszej ilości. Produkty light są najczęściej mocniej przetworzone niż naturalne, a nierzadko zawierają niezbyt ładne dodatki.

   Jak zatem należy się odżywiać, żeby się nie rozchorować, ani nie zagłodzić? Ano, żywienie to jest część stylu życia. Patrzmy wstecz, jak jedli nasi przodkowie, najlepiej cofnijmy sie do czasów prasłowiańskich i żyjmy tak, jak nasi protoplaści. Nie, nie propaguję, byśmy zgodnie z Naturą przetwarzali po dziesięć tysięcy kalorii dziennie, biegając za zwierzyną (za Dziewczynami to co innego), wspinając się za miodem wonnym od dzikich pszczół leśnych na wysoką aż pod samo niebo palmę, czy też po orzechy kokosowe, albo całym plemieniem polując na mamuta albo innego hihipotama. Albo walcząc z krwiożerczymi sąsiadami w obronie naszych niewiast i domostw. Nie. Nie to mam na myśli.

   W naszym życiu lwią część czasu i energii odbiera nam lśniąca niebiesko skrzynka, która stoi w najbardziej honorowym punkcie naszej jaskini, pardon, chciałem powiedzieć mieszkania. Otóż aby życ zdrowiej, zalecam następujące postępowanie. Najsampierw, gdzie to konieczne, należy postarać sie o odpowiednie zezwolenie i nabyć dwururkę o niezbyt długiej lufie, zwaną strzelbą dyliżansową (coach gun), albo w ostateczności jednorurkę, zwana jeleniówką, o średnicy lufy (bo tu nie mówi się o kalibrze) 12 Ga. Następnie załadować owo wyposażenie breneką, czyli ładunkiem 30 gramów ołowiu i zrobić z tego właściwy użytek, a żałosne szczątki ogłupiającej pokolenia skrzynki pozamiatać i precz usunąć.

   Teraz wolny czas będziemy spędzac chodząc, biegając, pływając, spotykając się na rowerowych wycieczkach a przyjaciółmi, którzy zakładam, że dokonali tego samego wyboru, co my, a zimą jeżdżąc na sankach, nartach, a przede wszystkim na łyżwach. W ten sposób zachowamy do późnych lat kondycję fizyczną, nie nabawimy sie zgrubień w miejscach niepożądanych, a i ukłąd kostno mięśniowy osiągniemy proporcjonalny, wystrzegając się rzecz jasna skłonności do aparycji anorektyczki, tak propagowanej przez współczesne przekaziory. Bo nadmierna chudość jest tak samo odpychająca, jak nadmierna grubość, z tym, że grubi ludzie mają przynajmniej dobroduszna psychikę, podczas gdy ci wymuszenie chudzi są wiecznie żli i rozdrażnieni, co rzecz jasna jest skutkiem przewlekłego głodu.

   Czy istnieja procedury, nawet drastyczne, dzięki którym możemy w ciągu krótkiego czasu zyskać figurę modelki? Ależ tak, ale to jest ingerencja w Nature, przez co szalenie ryzykowne, ponieważ przeciw Naturze się nie wygrywa. Zarzekam się w tym miejscu, że nie zalecam żadnej z nich, a wręcz odradzam, kierując zainteresowanych do zasięgnięcia opinii specjalistów w medycynie.

   Najpaskudniejszą metodą szybkiego schuścia jest operacja chirurgiczna zwana liposuction. Polega ona na wprowadzeniu pod skórę głowicy emitującej fale takie jak w przypadku kuchenki mikrofalowej.  Energia owych fal literalnie niszczy komórki tłuszczowe i wysmaża tłuszcz do formy płynnej, który się potem odsysa próżnią, czyli rodzajem odkurzacza.

   Przede wszystkim, jest to zabijanie komara za pomoca armaty. Poza przypadkami otłuszczenia zagrażającymi życiu, ta procedura moim zdaniem jest szkodliwa i etycznie naganna. Zreszta sam Hipokrates nie uważał chirurgów za lekarzy, a za innego rodzaju uzdrowicieli (dygresja). Otóż prosze sobie wyobrazić, co tam pod skórą musi sie dziać, gdy się z człowieka wysmaża tłuszcz na żywca.  I to w imię dążenia do anorektycznej aparycji. Powikłania są zjawiskiem częstym, a niewygoda pooperacyjna z pewnością jest ceną zbyt wygórowaną do stosowania sie do zaleceń redachtorów z kolorowych magazynów drukowanych w Niemczech dla polskich czytelniczek. Ponadto, tak usunięty tłuszcz najczęściej wkrótce się odnawia, ponieważ czując się chudszą, bez większych oporów sięgamy po wysokokaloryczne słodkości, wylegując przed nadmienianym wyżej świecącym instrumentem do ogłupiania mas.

   Mamy jeszcze jeden aspekt problemu. Jeśli chirurg nie jest artystą, może niechcący dokonać modelowania sylwetki pacjenta w sposób nieproporcjonalny, owocujący kształtami nieestetycznymi.

   Inny sposób to hydroterapia. Tu nie mamy do czynienia z usuwaniem tłuszczu, ale pozbywamy się złogów w jelicie grubym, złogów, które często emitują szkodliwe, a wręcz trujące produkty procesów gnilnych. Metoda jest bezinwazyjna, nic sie nie nacina, ani nie wycina, niemniej, wymaga wysokiego poziomu umiejętności od terapeuty.

   Operator dość prostej aparatury wprowadza system przewodów do… jakby to wyrazić w sposób kulturalny.  Niech będzie do końcowego wylotu nieczystości z organizmu. Strumień ciepłej wody wypłukuje mechanicznie zanieczyszczenia z zagłębień i zakamarków jelita, a druga większa rurka działa jako ściek i odprowadza brudną wodę bezpośrednio do zamkniętego odbieralnika. W ten sposób po półgodzinnym zabiegu możemy stracić do 11 kilogramów wagi, ale to nie jest utrata tłuszczu, ale zanieczyszczeń nagromadzonych za przyczyną niewystarczająco aktywnego trybu życia i zbyt bogatej diety. Ponieważ jest to także poprawianie Natury, acz delikatniejsze niż w przypadku operacji chirurgicznej, nie zaleca sie poddawać temu zabiegowi zbyt często.

   Podobny efekt można osiągnąć stosując lewatywę przez kilka dni z rzędu, ale po szczegóły odsyłam do publikacji księdza Klimuszki.  Tenże autor podaje prostsza metodę oczyszczania jelita grubego ze złogów, a to poprzez picie soku buraczanego naprzemian z kefirem lub jogurtem.

   Puste miejsca po usunięciu zanieczyszczeń wypełnia się jedząc pewne ilości kaszy, co równiez zaleca ksiądz Klimuszko.

   Nie chcę zagłębiać sie w szczegóły nauki o żywienu człowieka, jedynie dzielę się z Czytelniczkami tą odrobiną wiedzy żywieniowej, jaką z racji profesji należało nabyć żywnościowcowi, czyli technologowi żywności.  Na polonijnych łamach istnieje cykl felietonów mojego skromnego autorstwa, opisujących nieco bliżej charakter i funkcje składników żywności, ale nie będziemy ich powielać, albowiem nie bawimy się tu w salę wykładową, a raczej spotykamy się by swobodnie sobie porozmawiać o jedzeniu.  Prawda?

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s