Kura po murzyńsku

Kilka juz razy poruszany był ów temat na forach rozmaitych, a także na tak drzewiej zwanych listach dyskusyjnych.  Kuchnia amerykańska nie znaczyłaby nic bez wkładu czarnej społeczności.  Gotowanie tych ludzi pełne jest mocno aromatycznych ziół i ostrych przypraw, dość tłuste olejem roślinnym, bogate w sosy i kondymenty sporządzane osobno raczej niż na bazie przygotowywanego produktu.

Skoro taki autorytet, jak Łysiak zatytułował swe epokowe dzieło Malarstwo Białego Człowieka, to stworzywszy precedens, upoważnił nas do posłużenia się w tym miejscu równie rasistowskim tytułem, choć w przeciwnym kierunku.  Otóż nikt tak nie potrafi piec i smażyc kurczaków, jak to czynią amerykańscy murzyni z Południa.  Tradycja sięga czasów mrocznych, gdy to wuj Tom szedł ze swej chaty na plantację bawełny, zaopatrzony w drugie śniadanie, którego częścią był chrupiący kawałek kurczaka lub dwa po murzyńsku.  Do dzis tradycyjnie mieszkańcy gett i innych dzielnic zasiedlonych przez przedstawicieli murzyńskiej subkultury, odżywiają się zimą kurczakami, a latem arbuzami.

Murzyni również doskonale posługują się barbecue grillem, ale o tym będziemy rozmawiać kiedy indziej.

   Aby poczuć całym sobą atmosferę Louisiany, czy też Mississippi, usmażmy sobie kurę po murzyńsku.  To jest łatwiejsze, niż sie wydaje, albowiem w gorącym klimacie nikomu sie nie chce tracić czasu na przebywanie w gorącej kuchni, a raczej wskazanym jest czas spędzać na plaży Zatoki Meksykańskiej.

Pomińmy pełnym klasy milczeniem sprawę wyboru kurczaka.  Wiemy, o co chodzi i czym kura hodowana przy domu różni się od tej z ciasnej klatki. Weźmiemy zatem kure i jeśli nie jest juz podzielona, czynimy to sami w sposób klasyczny:  Cztery ćwiartki, ewentualnie pierś i za przeproszeniem kuper.

I przygotowujemy mieszankę, dzięki której nasza kura zasługiwać będzie na nazwę kury po murzyńsku.  W skład tej że tak powiem posypki wejdzie mąka, a właściwie śruta kukurydzianna w ilości pół szklanki, łyżeczka lub półtorej sproszkowanego suszonego czosnku, tyle samo mielonego kminku, pół łyżeczki tymianku, dwie łyżeczki sproszkowanej suszonej cebuli, bardzo niewiele albo wcale soli, pieprzu troche mniej niż łyżeczkę i pieprzu cayenne albo cajun łyżeczek dwie (tak powiadaja murzyni, ale dla nas pół łyżeczki i tak będzie troche za dużo).

Wymieszamy te wszystkie składniki i wsypiemy do dużego worka z folii, zapinanego na zamek Ziplock.  W owym zamknięciu będziemy wytrząsać kawałki kurczaka, po czym obtoczymy w jajku i jeszcze raz w tej torbie. Jeśli mamy nos odporny na kichające zioła, możemy po prostu kurę obtaczać w przyprawach na głębokim talerzu.

I będziemy tę kurę smażyć na gorącym oleju o temperaturze 177 stopni C.  Możemy gotowość dania sprawdzać kuchennym termometrem, otóż gdy wnętrze mięsa osiągnie temperaturę 185 stopni F, czyli 85 stopni C, posmażymy jeszcze kilka minut i wyciągniemy na papierowy ręcznik, celem odsączenia.  Jeśli takiego urządzenia nie posiadamy, radzimy sobie nakłuwając mięso i jeśli wypływający sok jest klarowny, uznajemy, że danie jest gotowe.

Podajemy z ryżem, który gotujemy na sypko.  Szklankę ryżu płuczemy czterokrotnie, następnie dodajemy dwie szklanki i jeszcze trochę wody i mniej niż łyżeczkę soli, a także przyprawy według naszego uznania, tylko niewiele, aby smak ryżu nie przyćmił kurczaka.  Zagotowujemy, garnek przykrywamy przykrywką, zawijamy w ręcznik, następnie w poczwórnie złożony koc i wstawiamy pod kołdrę na czterdzieści minut albo dowolnie dłużej, bez obawy o przypalenie, czy nadmierne rozgotowanie.  Potem rozwijamy, odkrywamy, zamieszamy widelcem z odrobiną masła i mamy dodatek do kury po murzyńsku.

Aby było rzeczywiście po Południowemu, danie podajemy nie z surówką, a z sałatą, której nazwę jakiś idiota przetłumaczył nieudolnie z języka angloamerykańskiego jako sałatę lodową.  I tak sie przyjęło w Starym Kraju, jak wszystko, co amerykańskie. Ja tam w tej sałacie żadnego lodu ani loda nie widzę.  I jeszcze może podamy leciuchno słodkawą kukurydzianną bułę, albo wręcz gotowaną kukurydzę polaną masełkiem.  Popijamy wodą sodową z lodem i odrobina burbonu rodem z Kentucky, a dla dzieci będzie lemoniajda ze świeżych cytrusów i miodu.  Miejscowi nagminnie raczą się przy tym tym takim lekko żółtym czymś, co eufemistycznie nazywają piwem, ale znacie moją opinię w sprawie popularnych amerykańskich piw,  jeśli nie, to przypomnę po raz któryś:  Amerykanie świetnie wiedzą, jak się gotuje dobre piwo, ale z jakichś przyczyn nie chcą tego czynić, pozostawiając te funkcję piwowarom domowym i mikrobrowarnikom.

Obrazek

Powyżej obrazek autorstwa pani Ani Kulesz, który pozwoliłem sobie bez jej wiedzy zatytułowac:  Louizjana.

 

 

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Fantazje kulinarne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

10 odpowiedzi na „Kura po murzyńsku

  1. Romank pisze:

    Mniammmmm..ale do kury koniecznie po murzynsku in Mississipii style- nalezy podac okre..jako obowiazkowa przystawke i corn bread z jalapeno …….i zimne watermelon wine… w wielosci smakow….wedle pragnienia i uznania:-))))

  2. bardzo pisze:

    O, tak. Okra to mus. Corn bread to wlasnie ten slodkawy kukurydzianny wypiek, o ktorym byla wzmianka, a z gorącym pieprzem będzie jeszcze lepszy. Natomiast wino z arbuza znam jedynie ze slyszenia.
    Tylko ze w Starym Kraju okra jest raczej niedostępna.

  3. Tralala pisze:

    Czy okra to piżmian jadalny ?
    Przeczytalam juz wszystkie przepisy, czekam na c.d.
    Ida wakacje, moje wnuki lubia pichcic z babcia i wpadna w zachwyt przed murzynskim kurczakiem.

  4. bardzo pisze:

    Tak, to jest to. Wikipedia w obydwoch jezykach podaje taką samą łacińską nazwę. To jest całkiem smaczne warzywko, a jak się poleje po polsku masełkiem z bułeczką tartą, to jeszcze lepsze.

    To ile już tych wnuków, Tralalo?

  5. Dzonyy pisze:

    W Starym Kraju….. jak w filmie. Pięknie. Wino z watermelona niedostępne absolutnie.
    Panie Bardzo, kiedyś Pan pisał, ale nie pamiętam gdzie, piwo marcowe, co to takiego?

  6. Tralala pisze:

    Bardzo lubie okre, ale ma ona i przeciwnikow, bo „sie slimaczy”.
    Wnukow ? Ano, narazie jest piatka, od 3,5 do 14.

    Ostatnio czesto jadamy rozne kasze: amarant, komose ryzowa, jaglana no i moja ulubiona – gryczana. Czy jest jeszcze jakas ciekawa?

  7. bardzo pisze:

    Okra nie ma prawa sie slimaczyć! Może w Europie jakaś inna. I skąd u Was amarant? Myslałem, że to zboże wymarło juz dawno i tylko istnieje jako ciekawostka przyrodnicza. Z ciekawych kasz to tylko jeszcze specjał zwany w starożydnym Rzymie orizum, a w Indiach vriti. Chodzi o ryż. Komosa ryżowa… Chyba pozapominałem krajskiej terminologii, bo komosą u nas zwało sie zwyczajną lebiodę, która po ugotowaniu smakuje jak szpinak z bobem. Doskonała zresztą jarzynka podawana z jajkiem. Gryczanna oczywiście najcenniejsza I krajska. Słowianie żywią się nią od wielu tysiącleci (bo przecież to nie jest tak, że wzięliśmy sie znikąd lat temu tysiąc I pięćdziesiąt). Jeszcze jest kasza, ponoc w dzisiejszych czasach nie tak zdrowa, jak ongiś za przyczyną rzekomo manipulacji genetycznych – otóż kasza manna, która jest po prostu grubiej zmieloną pszenicą. Gdy twardą pszenicę (durum) zemleć bardziej miałko, otrzymujemy twardą make semolinę na makarony, bajgiełki, i inne zwarte wypieki. Bardzo gruba śruta z twardej pszenicy to kuskus.

    W USa mąka pszenna jest słabsza od tej, do której my jesteśmy przyzwyczajemy, warto więc dosypać do niej troche semoliny.

    Nabrałem z tego wszystkiego smaka na chałę, ale taką żydowską, prawdziwą, słodszą nieco od gojskiej i ruianą, chrupiącą. Obamiam się, że następny minifelieton dotyczyc będzie tego rodzaju cymesów…

    Uściski dla Wnucząt, pani Tralalala.

  8. bardzo pisze:

    Piwo marcowe to piwo gotowane tradycyjnie w marcu (kiedyby indziej?). Chodzi o to, że w tym miesiącu powietrze jest najczystsze jeśli chodzi o drobnoustroje i było można prowadzić fermentacje w otwartych kadziach bez obawy o zakażenia z powietrza. W tym okresie piwo wychodzilo najczystsze smakowo. Także bezpiecznie sporządzało sie piwo lambiczne, czyli takie, w którym drożdże pochodzą z powietrza. Współcześnie piwo marcowe można sporządzać o każdej porze roku, ponieważ niezależnie od sezonu utrzymuje sie ostre rygory higieniczne. Nawiazując do tradycji, a z inspiracji doc. D., klasyka polskiego i środkowoeuropejskiego piwowarstwa, w Olsztynie we wczesnych latach siedemdziesiątych przez rok lub dwa gotowano piwo marcowe ciemniejsze niż bursztynowe, intensywne w smaku i goryczce.

  9. Tralala pisze:

    Amarant ? ano, ze sklepu. Poszlam jednak sprawdzic – z Peru !
    Komosa ryzowa/ quinoa – w Ameryce Lacinskiej, owszem to jest to samo co u nas lebioda, czyli szpinakowate ,ale wlasciwie to nie jest taka zwykla kasza, bo dostarcza bialka/protein. Jezeli napisze jakies glupstwo, to przyjmuje korekcje z podziekowaniem. Na lebiodzie przezyla ludnosc Stalingradu.
    Czekam na chale, moze byc zydowska.
    Wnuczetom usciski przekaze; dzisiaj przerabialismy poczatki panstwa francuskiego, olej z nie-lnu (ma Pan racje – jest wyborny), duszenie kapusty gufrowanej (nie znam polskiej nazwy) z pomidorami i lody z zamrozonych kawalkow melona, czyli melon na patyku.
    Powniez Pozdrawiam bardzo Pana Bardzo.

  10. bardzo pisze:

    Quinoa, to rozwiązuje sprawe. Rozumiem. Wszystko jest kwestia terminologii.

    Studenci z Kortowa tez przeżywali na komosie czyli lebiodzie, tyle że z jajkiem.

    Będzie chała. ale prosze o cierpliwość. Na razie kasza (powyzej) i pare refleksji dotyczących chudych grubasów, włączając ukradzioną ze Sieci ilustrancje.

    Każdy olej jest dobry do czegoś innego. Do smażenia tropikalne oleje nie maja sobie równych, zachowuja sie jak szmalec, tylko że nie wykazują tego specyficznego smrodku (który nota bene posiada swój urok), oraz nie dostarczają cholesterolów jak szmalec. Olej kokosowy naturalny jest wyjątkiem, wykazuje dośc mocną woń orzecha. Do sałatek rzepak albo oliwka, a najlepiej to mieszanka. Może byc lnianny. Niektórzy zalecaja smażyc na oleju arachidowym, czyli z tzw. fizdaszków, ze względu na wysoki punkt kopcenia się, ale uważam, że niewydajny, jako jednorazowy. Ponieważ ma dużo wiązań nienasyconych, podatnych na oksydacje, a tlenki i nadtlenki w olejach wiadomo, że działaja rakotwórczo. Dlatego oleje tropikalne wracaja do łask, nawet w margaryniarstwie i teraz mogę ze spokojnym sumieniem powiedzieć, że tropikalne margaryny są niemal nieszkodliwe. Uwodornianie oleju na drzewie, takie naturalne, nie popoduje powstawania tłuszczowych izomerów trans, typowych dla przetwarzania ciekłych olejów w wyrafinerii.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s